Pijmy, pijmy, za zdrowie Matki Ziemi!
Czcijmy, czcijmy, połacie jej zieleni!
Potem palmy, śmiało, co tylko płonąć może!
Pójdzie z dymem, zniknie, już teraz możesz orzec
Jaki los Jej, Matki, Żywicielki ludów
Wysadźmy ziemskie piękno dynamitem złości
Po co czekać na wschód, oczekiwać cudów!
Skąpmy nocne niebo łuną potworności!
Cieszmy się, tępo, nieświadomi faktu,
Że Matce naszej życia nie zostało wiele lat już!
"Mało?"-Powiesz-"Sto lat, dwieście, trzysta?"
"Toć to tysiąc, dwa, ba, trzy co najmniej!"
Powszechne jednostki myślenie na pół gwizdka
W skali Wszechrzeczy wygląda dość marnie...
Fantasmagoria : Pierwsze trzy wersy są świetne i oczarowały mnie. Niestety dalej jest...
Błądząc gdzieś pomiędzy marzeniami,
na skrzyżowaniu jestestwa z obłędami.
Znalazłem śmietnik z ambicjami,
z przeszłości swej błędami.
Z tymi co najprawdziwszą z dróg
tamtejszych czasów iść bym mógł.
Rzeczywistości przekraczały próg,
w nich był młodzieńczego buntu Bóg.
Ma wiara być niezłomną się zdawała,
pod jej sztandarem czekała chwała.
Lecz gdy rzeczywistość przenikała wyobrażenie,
zawsze jedyne co zostało to Stach i zwątpienie.
I tak błąkały się w sercu wątpliwości cienie,
które niewiary dawały korzenie.
Melancholia i trwoga mnie ogarnęły,
moje drogie ideały w ogniu czasu spłonęły!
Długie chwile w cichym płaczu mijały,
Myśli na ulicy z obłędu i jestestwa także płakały.
To ja, ale czy ten sam?
Jakie ideały teraz mam?
Błądząc gdzieś pomiędzy marzeniami,
na skrzyżowaniu jestestwa z obłędami.
Stało me sumienie z pełnych cierpień łzami,
Samo nie wiedziało co zrobić z życia ostatnimi tchnieniami.
Blask Księżyca
Spływa kroplami rtęci
Ze skóry
Zimny dotyk nocy
Na wargach
Piersiach
Brzuchu
I udach
Oplata ramiona
Krępuje dłonie
Igra w załamaniach
Powiek
Rozlewa się jak woda
Na brzuchu
Skrapla się
Obok pępka
A Ty kiedy podejdziesz
I spijesz łakomie
Każdą łzę nocy
Z mojego ciała...?
Gdynia, 6.03.2008
Jestem tylko wspomnieniem
Twoich dłoni
Płomieniem palców
Na twarzy
Rosą pocałunków
Jak krew
Na wargach
Później zmywam
ślady twych rąk
Ścieram szorstkim ręcznikiem
Aż krew
Skapuje ze skóry
Gdynia 18.05.07
Tak nam było dobrze razem,
A Ty musiałeś odejść.
Teraz stoję nad Twym grobem
I myślę sobie,
Ile dałabym, abyś do żywych wrócił.
Kwiaty w wieńcach zwiędły dawno temu,
Ale Ty ich nie widzisz.
Nie możesz zobaczyć też łez moich
I łez Twoich dzieci,
Które tyle nadziei mają,
Że jeszcze Cię kiedyś zobaczą.
To wszystko dzieje się dla mnie
Jakby w spowolnionym tempie.
Boli mnie stanie tutaj.
Męczy mnie słuchanie ludzi,
Którzy mówią, że tak współczują.
Oni przecież nie mają pojęcia,
Co straciłam, ile mi dałeś.
A te dwa najpiękniejsze skarby od Ciebie
Łkają cicho, patrzą na Twoje zdjęcie
I myślą, jak to teraz będzie?
Czy w ogóle damy radę żyć?
Ja…
One…
Mamy życie. A czym ono jest dla mnie,
Jeśli nie mam powietrza i zimną krew w żyłach?
Tknąłeś we mnie chęć do życia,
A teraz ją odbierasz.
Ale to nic.
Ja pragnę do Ciebie dołączyć.
Minął już tydzień od Twojego pogrzebu
I jeden dzień od mojego.
Nie odszukałam Cię w świecie zmarłych.
Pozostało mi tylko czekać, aż może Ty…
Może mnie znajdziesz.
Popełniłam błąd. Osierociłam dzieci.
Poczekam.
Może to one znajdą mnie pierwsze?
Tyle pytań i mało ludzi, którzy potrafią odpowiedzieć.
Za życia pomyliłam się
I teraz drogo muszę zapłacić
Za miłość moją do trupa.
Gdzie się podziałeś?
Czemu Cię nie ma?
Na próżno pytam…
Na próżno myślę.
To nie jest mi potrzebne,
Ponieważ już nic nie czuję.
Nie kocham Cię już.
A Ty musiałeś odejść.
Teraz stoję nad Twym grobem
I myślę sobie,
Ile dałabym, abyś do żywych wrócił.
Kwiaty w wieńcach zwiędły dawno temu,
Ale Ty ich nie widzisz.
Nie możesz zobaczyć też łez moich
I łez Twoich dzieci,
Które tyle nadziei mają,
Że jeszcze Cię kiedyś zobaczą.
To wszystko dzieje się dla mnie
Jakby w spowolnionym tempie.
Boli mnie stanie tutaj.
Męczy mnie słuchanie ludzi,
Którzy mówią, że tak współczują.
Oni przecież nie mają pojęcia,
Co straciłam, ile mi dałeś.
A te dwa najpiękniejsze skarby od Ciebie
Łkają cicho, patrzą na Twoje zdjęcie
I myślą, jak to teraz będzie?
Czy w ogóle damy radę żyć?
Ja…
One…
Mamy życie. A czym ono jest dla mnie,
Jeśli nie mam powietrza i zimną krew w żyłach?
Tknąłeś we mnie chęć do życia,
A teraz ją odbierasz.
Ale to nic.
Ja pragnę do Ciebie dołączyć.
Minął już tydzień od Twojego pogrzebu
I jeden dzień od mojego.
Nie odszukałam Cię w świecie zmarłych.
Pozostało mi tylko czekać, aż może Ty…
Może mnie znajdziesz.
Popełniłam błąd. Osierociłam dzieci.
Poczekam.
Może to one znajdą mnie pierwsze?
Tyle pytań i mało ludzi, którzy potrafią odpowiedzieć.
Za życia pomyliłam się
I teraz drogo muszę zapłacić
Za miłość moją do trupa.
Gdzie się podziałeś?
Czemu Cię nie ma?
Na próżno pytam…
Na próżno myślę.
To nie jest mi potrzebne,
Ponieważ już nic nie czuję.
Nie kocham Cię już.
Uśmiech szczery ukaż!
Cóż to za grymasy?
Krew na zębach pokaż!
Przyszły nasze czasy!
Posród liści martwych
Słychać wilków wycie...
Nasz Szkarłatny nektar
Skończy się o świcie.
Bądź wtedy gotowa
Trumny wiekiem trzasnąć
Życiem nocy jesteś
Nie pozwól mu zgasnąć..
Cóż to za grymasy?
Krew na zębach pokaż!
Przyszły nasze czasy!
Posród liści martwych
Słychać wilków wycie...
Nasz Szkarłatny nektar
Skończy się o świcie.
Bądź wtedy gotowa
Trumny wiekiem trzasnąć
Życiem nocy jesteś
Nie pozwól mu zgasnąć..
Tonąc w ramionach Kobiety..
Kobiety której nie ma..
..to jak płonąć bez ognia
Kochać Kobietę której nie ma..
..to jak łapać oddech pod wodą
Stracić Kobietę..
..to jak dusić się powietrzem
Żyć bez Kobiety..
..to jak zapadać się pod ziemię
Żyć samemu..
..to jak budzić się martwym
...co dzień...
...::: Aki No Tsuki - Katami :::...
<16 09 2004> <3 05 2006>
Księżyc owiany szkarłatna wstęgą
Na marmurze wspomnień zatapia swój blask
Zastyga fizycznych myśli udręka
Ogłuszanych krzykiem zapomnianych łask
Księżyc rozjaśniony kolorem chłodu w ręku
Ciepłem oślepia powinność materii bytu
Przyćmiewa bladopurpurowy płacz jęku
Uderzającego czerwienia milknącego snu
Księżyc zapisujący w spojrzeniu czasu formy
Obdarowuje korowodami jałmużny marzeń
Wytycza naznaczonego pojedynczym krokiem przeznaczenia normy
Dotykając sióstr bliskością nakreślając bieg przyszłych zdarzeń
Księżyc zawieszony przymusem nieprzejednania czasu
Usztywnia tętniący kamień wiekami bezruchu
Bólem uśmierza ból, plamiąc wonią bezdennego hałasu
Pieczętując myśli - koronując je - blaknie w opustoszałym duchu
<16 09 2004> <3 05 2006>
Księżyc owiany szkarłatna wstęgą
Na marmurze wspomnień zatapia swój blask
Zastyga fizycznych myśli udręka
Ogłuszanych krzykiem zapomnianych łask
Księżyc rozjaśniony kolorem chłodu w ręku
Ciepłem oślepia powinność materii bytu
Przyćmiewa bladopurpurowy płacz jęku
Uderzającego czerwienia milknącego snu
Księżyc zapisujący w spojrzeniu czasu formy
Obdarowuje korowodami jałmużny marzeń
Wytycza naznaczonego pojedynczym krokiem przeznaczenia normy
Dotykając sióstr bliskością nakreślając bieg przyszłych zdarzeń
Księżyc zawieszony przymusem nieprzejednania czasu
Usztywnia tętniący kamień wiekami bezruchu
Bólem uśmierza ból, plamiąc wonią bezdennego hałasu
Pieczętując myśli - koronując je - blaknie w opustoszałym duchu

