rozpościeram skrzydła nicości
nad polami martwych myśli
pól lodu krwistej purpury
niczym syn Naukrate
w swym ostatnim locie
gnam niesiony wiatrem rozpaczy
przesiąkniętym krzykiem upadłych
wygląd krainy podemną
to ich dzieło
krew łzy ból
wykuły swe wieczne piętno
nieśmiertelna wieczne
dokąd dotrę?
potępiony
sam tego nie wiem
nad polami martwych myśli
pól lodu krwistej purpury
niczym syn Naukrate
w swym ostatnim locie
gnam niesiony wiatrem rozpaczy
przesiąkniętym krzykiem upadłych
wygląd krainy podemną
to ich dzieło
krew łzy ból
wykuły swe wieczne piętno
nieśmiertelna wieczne
dokąd dotrę?
potępiony
sam tego nie wiem
Gdybanie, za które powinnam dostać w mordę.
Może napisze ten wiersz,
gdy wychodząc za próg zdepnę płaszcz,
i wypełzną fałdy spomiędzy,
nagich ciał
Być może napiszę, że jutro
na swoich miejscach ogrzane
futra na nowym zwierzęciu z człowieka
odżyją
Być może,
słowa innych słów przestrasznone
naplują mi prosto w twarz
Może napisze ten wiersz,
gdy wychodząc za próg zdepnę płaszcz,
i wypełzną fałdy spomiędzy,
nagich ciał
Być może napiszę, że jutro
na swoich miejscach ogrzane
futra na nowym zwierzęciu z człowieka
odżyją
Być może,
słowa innych słów przestrasznone
naplują mi prosto w twarz
Komentarze
Stinkfist : cos jeszcze zapodam Draven jak sie z tym zbiore a apropo tego wierszyka...
Stinkfist : Hm Macabria pieknoto... nom dzieki... Wiesz nie zamieszczam wierszy bo a) nie...
Draven : Wiersz wydaje mi się bardzo zwyczajny, lecz zwyczajny w dość intrygu...
Stinkfist : cos jeszcze zapodam Draven jak sie z tym zbiore a apropo tego wierszyka...
Stinkfist : Hm Macabria pieknoto... nom dzieki... Wiesz nie zamieszczam wierszy bo a) nie...
Draven : Wiersz wydaje mi się bardzo zwyczajny, lecz zwyczajny w dość intrygu...
Coś napisane na gorąco, bez zastanowienia
O miłości, dwóch zakochanych.
( )^.^( ) palce po klawiaturze same śmigają
Jedne drugie wyprzedzają
Chcąc słowa do ciebie, prędko skierować
Twoją dusze nimi całować
Długo i namiętnie, a potem szybko i szalenie
By dać jej ulge i upojne zapomnienie
O troskach wszelkich,
Małych i tych wielkich
Oczy świecą czytając twe słowa
Coś w nich zamiera, coś w nich kona
By narodzić się znowu jak feniksa dziecie
Płomieni śliczne małe kwiecie.
Samotność to czas, powiadasz ma miła
Samotność to śmierć, stara i zgniła
Samotność jest kobietą, piękną i urzekającą
Samotność kobietą cierpliwą, czekającą.
Nie daj się jej stłamsić, tańcz w rytmie życia
Tańcz w blasku ksieżyca, wilkołaków wycia
Tańcz i nie ustawaj, bo to życia tańce
Naszego świata niewidoczne krańce.
Będe na nich czekał, choćby i lat tysiące
Boś ty moja muza, moje ciepłe słońce.
O miłości, dwóch zakochanych.
( )^.^( ) palce po klawiaturze same śmigają
Jedne drugie wyprzedzają
Chcąc słowa do ciebie, prędko skierować
Twoją dusze nimi całować
Długo i namiętnie, a potem szybko i szalenie
By dać jej ulge i upojne zapomnienie
O troskach wszelkich,
Małych i tych wielkich
Oczy świecą czytając twe słowa
Coś w nich zamiera, coś w nich kona
By narodzić się znowu jak feniksa dziecie
Płomieni śliczne małe kwiecie.
Samotność to czas, powiadasz ma miła
Samotność to śmierć, stara i zgniła
Samotność jest kobietą, piękną i urzekającą
Samotność kobietą cierpliwą, czekającą.
Nie daj się jej stłamsić, tańcz w rytmie życia
Tańcz w blasku ksieżyca, wilkołaków wycia
Tańcz i nie ustawaj, bo to życia tańce
Naszego świata niewidoczne krańce.
Będe na nich czekał, choćby i lat tysiące
Boś ty moja muza, moje ciepłe słońce.
niby lepiej
niż gorzej
ale wciąż
osacza ciemność
powstaje z ruin
nieśmiałych marzeń
o zmroku
wypływa z krwi
płynącej po nadgarstku
w świetle świec
wyłania się zza rogu
ofiarując okrutne ukojenie
w cichych cieniach
tylko ona
mimo iż przyszło
wybawienie
(nieudolne?)
nie potrafię zapomnieć
o jego podłości
tak przeze mnie uwielbionej
odciskającej się goryczą
na mym życiu
o jego inności
wyjątkowo okrutnej
którą wywyższyłam
pośród wszystkich okropności
mego świata
o niszczycielskiej sile
każdego jego słowa
jednego wyczekanego uśmiechu
i cierpienia spojrzeń
oraz ich braku
darował mi tylko
perfekcyjną ignorancję
po tym wszystkim
co tak bardzo
pasujące do siebie
nigdy nie dostałam
ohydniejszego prezentu
(choć w tak pięknym
opakowaniu
ku mej zgubie)
w niebie toczy się walka
o moją duszę
przerażona
przyglądam się pojedynkowi
Boga z Szatanem
niczym Maria Magdalena
towarzysząca największej spośród śmierci
remis
pakt ze złem
niezawarty
pieczęć w dłoni
nieużyta
dobro nie pozwala
próbuje wyszarpać
i wziąć mnie do siebie
ale dusza martwa
dłoń wyciągana ku górze upada
i tak tu pozostanę
w nicości
z nadzieją
że boska dłoń dotrze jednak
i otrze łzę
chwilowe przypływy wzrastania
tłumione wewnętrznym sztormem
i miażdżącą falą
wyobcowania
pośród łąk i szczytów
głucha przepaść tkwi
wypełniona krzykiem do nieba
i leśnych sanktuariów
echo
na drugim brzegu
utracony raj
czy niezdobyty
a tu
tylko chluśnięciem farby
zapomniane kwiaty
o intensywnym uśmiechu
podczas gdy obok
zgnilizna i zwiędłe wszystko
otulone smołą
szkaradną rosą
topniejącą
echo bez odpowiedzi
znów wraca
xxxxx
deszcz
szarugą spływa po nieboskłonie
jedność z naturą
moja ciemność
spoczywając
z widokiem
na szelest drzew
mieszam się z kroplami
(aniele
nie płacz
chmura swą głebią
otuli)
Cosik nie tyle poważnego co zabawnego
Komentarze Wild_Child : Bez ogonka ?? Nie odciacham sobie przecie ogonka... :lol:
Kumo-Kyaroru : Hah, może dlatego że to DarkPlanet? :) Ale fakt, czasem warto wyluzow...
Stary_Zgred : Brakuje mi takich tworów na DP - po przeczytaniu gęba się sama uśmie...
W kominku dźwięku
szeptu spoconych ciał
mokra kołdra
nabity na pal
głos za ściany
spalony
zamienił się w kominowy dym.
ranek
po ranku wieczór
po wieczorze noc
ja siedzę dalej w tym samym miejscu
złożony koc na wersalce
niespocony
i czekam aż dotkniesz mnie
po głaszczesz po przytulasz
gdy opada jesieni puch
na umysł mój
zmęczony przykryty liśćmi
myśleniem rozmyśleniem
zmyślony
zmażesz pocałunkiem
moje złe myśli
nastroisz mnie pozytywnie
jak gitarę wyzwalając dźwięki
mych spojrzeń niespokojnych
i chciałbym aby ogień w kominku
nie wypalił się
aby stał na straży dumnie
i zwalczał chłód
naszych nagich ciał
noc przeminęła
obudził się ranek
swymi delikatnymi paluszkami
otworzył moje powieki
a potem twoje
i już wiedziałem
po co wstaję
szeptu spoconych ciał
mokra kołdra
nabity na pal
głos za ściany
spalony
zamienił się w kominowy dym.
ranek
po ranku wieczór
po wieczorze noc
ja siedzę dalej w tym samym miejscu
złożony koc na wersalce
niespocony
i czekam aż dotkniesz mnie
po głaszczesz po przytulasz
gdy opada jesieni puch
na umysł mój
zmęczony przykryty liśćmi
myśleniem rozmyśleniem
zmyślony
zmażesz pocałunkiem
moje złe myśli
nastroisz mnie pozytywnie
jak gitarę wyzwalając dźwięki
mych spojrzeń niespokojnych
i chciałbym aby ogień w kominku
nie wypalił się
aby stał na straży dumnie
i zwalczał chłód
naszych nagich ciał
noc przeminęła
obudził się ranek
swymi delikatnymi paluszkami
otworzył moje powieki
a potem twoje
i już wiedziałem
po co wstaję
Wiersz o Czarnym Aniele będącym wśród ludzi... Pokazuje wiele, ale należy umieć patrzeć...

