zegar życia zatacza koła
a zegar wnętrza zepsuty
nic sie nie zmienia
wskazówki sterczą w martwym punkcie
(już bardziej nie da się mnie zabić)
zegarmistrzu
na urlopie na czas nieokreślony
przeklinam cię
przeklinam o ile istnieje
przekleństwo większe
niż nieudolność uczuć
przeklinam
na szarość dni
niedostrzeganie tego co
ujrzenia godne
przeklinam
na twoje własne ja
za to że siłą woli
nie poruszasz mych
wskazówek
(marna ze mnie czarownica
- rzucam fatum na samą siebie)
zegarmistrzu
tak dla mnie odległy
bo zakład zamknięty
z powodu remontu
(nieotwarcia? nie doczytałam ogłoszenia)
będę szukać dalej
i dalej
gdyż zegar wnętrza
musi w końcu dorównać
temu życiowemu
inaczej nieodwracalnie stracę rachubę
i przestanę dostrzegać upływający czas
niewerbalny
zatracę siebie
ostatecznie
(nie pozwól
taka twoja praca
nie pozwól)
w chorych gierkach
karłowatych postaci
tegóż teatru
który życiem się zwie
któż mi święty
gdy świętość upada wokół
jak znaleźć wybawienie swe
będąc łańcuchami spętanym
odpowiedź? jej brak
żeśmy zbyt ogłupieni
smakiem brudnej krwi
kropla po kropli
Białe róże więdną
wiedzą że zatrułam mleko
płaczą gdy umierają
Wlewam atrament do mleka
kropla po kropli
Dziś w wazonie stoją sztuczne kwiaty
dumne i kolorowe
nie przeszkadza im zatrute mleko
Nikt nie zauważył
że kwiaty są martwe
Będę nienawidzić kochając
Będę śmiać się płacząc
Będę gardzić szanując
Będę milczeć krzycząc
Będę kpić podziwiając
Będę radować się cierpiąc
Będę dumnie trzymać głowę upadając coraz niżej
Będę złoscić się mając nadzieję, że odezwiesz się
do mnie
A wszystko po to, byś
nie widział mojej miłości,
bo kocham Cię,
a Ty dajesz rozkosz innej...
ze strzępków dobrych wspomnień
Ona jest ze skrywanych łez
z pochowanych w kątach żali
z niedokończonych rozmów o wszystkim
Ona jest cała ze spojrzeń
z drżących niedomówień
Ona jest delikatna jak zimowa pajęczyna
Ona jest złożona z niedopasowanych ziarenek
lotnych jak błękitny senny pył
Nigdy nie chciałyśmy jej skrzywdzić
wymknęła się z rąk
zbyt krucha
rozpadła się
Odłamki nadal tkwią w nas
nadal do niej należymy
ona nie jest już nasza
Idę przez park
Po prawej stronie drzewa
Po lewej i owszem
Gdzieś w duszy strach się
Ukrywa
Idę uliczką
Brukowaną kostką czerwoną
Jakby litry krwi wylane
Tylko ciał nie ma
Poszatkowanych
I patrzę w prawo
Ławka z kartką
Świeżo malowaną farbą
I patrzę w lewo
Pod ławką butelka
Pusta od alkoholu
Idę przez świat
Przez latarnie gwałcony
Przebrnąwszy przez wszystkie
Kartki papieru brudnych gazet
Noc swym pocałunkiem
Pozostawiła autograf
Na mojej nagiej
Przez kobietę zapomnianej
Piersi.
Na schodach ślina
Leży rozbita
Kiedyś splunąłem ją ja
Nieudanego dla mnie dnia
Szepnęła do mnie wtedy
Kochanie
Spojrzałem i liznąłem
Połknąłem z powrotem
Poszedłem na śniadanie
Pierwsze.
Piszę wiersze
Od roku któregoś
Pamiętam – emocjonalnego
Dogłębnie
Wtedy pamiętam powstawały
Jeziora smutku
Wodospady łez
Śmieszne dzisiaj
Ale ówcześnie – było to straszne
Ponure.
Pisałem wtedy szitem
Aj lowju
Tęsknię i takie tam
Nie chcem mi się żyć
Stworzyłem nawet odę do żyletki
I inne bajery wszechpolskie
szlagiery
Prawie romantyczne
I tak się rozwijałem stojąc w miejscu
Misją mą była poezją
Pozostał szit i kit.
Nie rozumiem o co chodzi w wierszu.
Obawiasz się że nie przetrwamy
Że zamilkniemy któregoś dnia
I odejdziemy
A ja Ci mówię –
Że nawet jak deszcz przestanie
padać
Straci swe kolory blasku
W nas zamilknie romantyczność
Chce się budzić obok ciebie o
brzasku
Duszą i ciałem
Światłem czterech ścian
Naszych dłoni i pocałunków
Nie będzie potrzebny żaden szept
Wystarczy nasza wspólna cisza
A ja ci obiecuje –
Będziesz jedną osobą
Która nieśmiertelność zdobędzie
W mym sercu
I położymy się na łące
Naprzeciw nasze twarze będę w
siebie wpatrywać
Dotykać niewidzialnymi nagimi
ciałami
Złapiemy się za ręce
I w końcu – nie odejdziemy
Tworząc to coraz niezwykłe
opowieści
Nasze – wspólne i życiowe.
na środku klatka
w środku ja i łańcuch
przykuty do szyi
ciągnę
próbuję wyrwać
odgryźć swoje gardło
podrapać twarz brzydoty
połamać palce
i nogi
wybić zęby
nie chodzić nie czołgać się
wyrwać swe serce
zagłębić się w dziurkę od klucza
otwarta moja dusza.
Mówisz że świat nie istnieje
Że dawno przeminął
Tylko my zostaliśmy
Brak bezludnej wyspy
Zakopani w kartonach
Po butach
Na płocie miauczące koty
Winni mej bezsenności
Pieszczonej co nocy
Nocą kroczę ja
Za mną ty kroczysz
Naga i drżąca z zimna
Patrzę jak przemieniasz się
W krople deszczu
Brak parasola
W powietrzu pozostały
Zarysowane czerwoną szminką
Twoje usta.
Całuje się z płomieniem
białej jedynej świeczki
w pokoju
tulę go w swym wzroku
a w dłoni pieszczony kielich
nie zatrzymanego czasu
w ciemnościach oczy zamykane
ostatni raz wspominane zdjęcia
naszych wspólnych lat
gdzieś w klepsydrze
zapamiętane gdy trzymaliśmy się za nagie
dłonie - czuliśmy przepływającą krew
jak mała łódeczka kanałami pływała
na niej nasze życie
nasza przyjaźń a nawet
może - może - miłość
tego się nie dowiem już dzisiaj
chyba że spotkam cię przypadkiem
gdzieś w sklepie
bądź w kawiarni popijającą kawę
i zapytam
Ale może w innym świecie
gdy będziemy mieli inne dusze
wolne jak chmury na niebie
poznam ciebie od nowa
od nowa poznam twe piersi
twe nagie uda a nawet płuca
i przeobrażę się w twoją miłość
płonąc na twych dłoniach
w postaci nagiego płomienia.
Są rzeczy nieosiągalnei czynyktórych wciąż się wstydzimy
Jest świati życie w nim ciężkiei miłośćkochanie nieodwzajemnione
Są ludziektórzy ranią bez powodui deszcz zastępujący każdą łzę
Są słowa i myśliktóre straciły sens
Death_Dealer : To kolezanka musi koniecznie musi uzywac jakis padokasanych sformulowan a...
Borderline : "czy to życie jest do piachu?"
Lupp : Śmielej z głębokością metafory - transformacja rzeczywistości w...
Gryźć ci się zachciewa?
Już ja znam tą twoją minę.
Podgryźć byś coś chciał.
W sumie to ci się nie dziwię.
Tyle kształtów smacznych.
Tyle pachnących odcieni.
Kocham zasypiać bezmyślnie.
Gdy jesteśmy wykończeni.
Dobrze, że jeszcze tyle nas w nas.
Dzięki temu czasem jeszcze oddychamy głębiej.
Szczery uśmiech w samotności.
Zawsze chodzą parami.
Gryźć?
Wiem, wiem…
Kochać…
Ach…
Lśniący szron srebrzystych łąk
Wolno się toczące zamarznięte koło
Leniwie śniąca postać słońca
I twoja postać
Histeryczny orgazm
Halucynogenne rzęsy
Fatamorgana żółtych wydm
Taniec turkusowych fal
Razem z ruchem twoich rzęs
Oddalam się jeszcze dalej w dal
Wyrywasz grawitację spod nóg
Lecę nad lodami łąk
Srebrzystą ścieżką nieba
Tuż za zmarzniętym słońcem
Szmaciana kukiełka łka...
To człowieka spektakl gra...
Ktoś wznosi rączki?
Ktoś domaga się lizaka?
To człowiek niecierpliwe rży!
Krzyczy, gryzie, gna
Szalenie popada w cwał
Ociekającą śliną nieustannie bazgra...
Niech cisza wiwatuje!
Niech czas wariuje!
Niech echo nie odpowiada nam...
Zuchwale tryumfując
Zabaweczkę w łapkach obraca
Oto człowiek zagarbie skarb!
A Bóg?
Bóg ogradza się od nas warstwą chmur
Bo echo czasu zniszczy nas...
chwila za godziną
chcę znów śnić przy Tobie
czując wrażliwie
nocą tą jedyną
zaklętą w osobie
Dzień za dniem mija
skryta w bieg wydarzeń
noszę ciężar w Sobie
co radość mą spija
i mąci świat marzeń
w krótkiej życia dobie
Myśli rozpędzone
mijają rozsądek
schwytane obumrą
wolnością stęsknione
nastanie porządek
zatrzaśnięty trumną
Władca rozsądny - niegodziwość świata
Który był, jest i PRZYJDZIE - niezależność
Jezus - Belial
BUM!!!
"trzy po trzy"
nożyczki - kamień
nie przyjdzie!
Siła Mroku!

