Paradoks
Castle Party 2018
Muzyka :

Sezon ogórkowy

Okres wakacyjny ma to do siebie, że wszyscy wtedy jeżdżą na urlopy i nie ma komu zapierdalać. W muzycznym światku lato to okres wielkich festiwali i ciągłego koncertowania. Mało kto więc decyduje się na wydawanie płyt, a jeśli już, to są to zespoły niższego formatu, które na sławę muszą zapracować. Podczas gdy muzycy jeżdżą po koncertach odwiedzając tak znamienne wygnajewa jak Węgorzewo, Szczytno, Ostróda czy Nysa, organizatorzy prześcigają się w tworzeniu nowych festiwali, konkurencyjnych dla tych spoza kraju. Tutaj na ogromną pochwałę i gromkie brawa zasługuje krakowski Knock Out Festival z plejadą gwiazd takich jak Testament, Meshuggah, Apocalyptica czy Cynic. Cieszy też fakt, że pojawiło się kilka festiwali w mniejszych miastach - zawsze to dobrze wróży na przyszłość.
Jednak w tym miesiącu nagrodę Złotej Małpy za głupotę pragnąłbym podarować organizatorom HunterFestu, którzy dali popis amatorszczyzny i totalnej ignorancji klienta. Najpierw chcieli nachapać kasy nie ujawniając kto będzie grał. Potem, gdy uzbierali całkiem interesujący zestaw (Machine Head, Motorhead, Tarja, Tiamat, Arch Enemy, Epica), zaczęło wychodzić na jaw, że to nie tylko zespoły widmo, ale i festiwal widmo. Koniec końców - sam Hunter zrezygnował z występu, a gwiazdą pierwszego dnia festiwalu w akcie desperacji został Jelonek (nie umniejszając talentowi muzyka). Tak czy owak - ludziom się podobało: ci, którzy kupili bilet za 100 zł mogli chociaż za grosze obejrzeć prawdziwą gwiazdę. Ale to i tak tylko jedna świeczuszka w ogromnym gównie jakim był ten festiwal. Podobny wałek miał miejsce w Czechach, gdzie Unholy Fest  również okazał się być festiwalem widmo i z 30 zaplanowanych zespołów na występ zgodziło się jedynie 5 czy 6.

Odbyło się też Castle Party - największe święto miłośników muzyki gotyckiej i elektronicznej. Pomimo przeciwności losu, jakie płatała pogoda, organizatorom udało się przeprowadzić festiwal od początku do końca, pomimo tego nawet, że jedna scena dosłownie odleciała w powietrze i musiała zostać rozebrana. Nie przeszkadzał nawet fakt, że w tym roku obsada festiwalu wydawała się trochę słabsza niż w poprzednich latach, a wiele z tych grup wystąpiło tydzień wcześniej na konkurencyjnym Amphi Festival w Niemczech. Niemniej jednak impreza w Bolkowie to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim klimat, więc całość jak najbardziej udana.

Tymczasem warto sie przyjrzeć lipcowym wydawnictwom, bo kilka z nich zasługuje niewątpliwie na szerszą uwagę. Zapraszam do lektury.

METAL:

Arsonists Get All The Girls - Portals (Century Media)
Wbrew nieciekawej nazwie zespołu, "Portals" posiada o wiele bardziej ambitną i intrygującą zawartość niż można było się spodziewać. Na swoim trzecim krążku kalifornijski sekstet odważnie łączy motywy sci-fi (czytaj elektronika w stylu The Locust) z klasycznym graniem z pogranicza metalcore'u i deathcore'u. Bardzo wysoki poziom wykonawczy, odważne pomysły i ciekawy charakter kompozycji zapewnia kilkadziesiąt minut pożytecznie spędzonego czasu, nawet jeśli niejednokrotnie te dźwięki wydawać się będą dość abstrakcyjne. Muzyka dla ludzi otwartych na eksperymenty.
Ocena: 7/10 (Harlequin)

Augury - Fragmentary Evidence (Nuclear Blast Records)
Death metal i Kanada - to musi iść w jakość. Augury wytacza działa po raz drugi - tym razem spod skrzydeł Nuclear Blast, i trzeba przyznać, że oręż ma pokaźny. "Fragmentary Evidence" to fantastyczny pod względem warsztatowym materiał, pełen delikatnych melodii, jazzujących wstawek i muzycznej progresji. Niestety niejednokrotnie brakuje temu albumowi spójności, a łyżkę dziegciu dokładają te okropne, patetyczne partie wokalne rozmiękczające to wydawnictwo. Mimo to warto posłuchać.
Ocena: 7/10 (Harlequin)

Avulsed - Nullo (The Pleasure Of Self-Mutilation) (Xtreem Music)
Zawsze uważałem Avulsed za słabego drugoligowca. Szósty album hiszpańskiej hordy mojego zdania nie zmienia - grupa dalej gra prosty jak konstrukcja cepa death metal, w którym nie ma krzty finezji, zadziora, techniki i dzikości. Na szczęście muzycy nie tworzą sztucznych pozorów, dlatego "Nullo" słucha się dość bezboleśnie.
Ocena: 4/10 (Harlequin)

Bone Gnawer - Feast Of Flesh (Pulverized Records)
Kolejna deathmetalowa supergrupa, która nieudanie próbuje wskrzesić oldschoolowego ducha death metalu. Bone Gnawer prezentuje przyzwoity poziom wykonawczy, ale niestety mizerny poziom kompozytorski. Połączenie klasycznej szkoły z Tampy wraz ze szwedzkim graniem w stylu Unleashed wypada tu nadzwyczaj blado, a magia nazwisk (w składzie m.in. Kam Lee z legendarnego Massacre) powoduje, że wszelkie potknięcia muzyków liczone są podwójnie. "Feast Of Flesh" jest więc najzwyczajniej słabe.
Ocena: 4/10 (Harlequin)

Cage - Science Of Annihilation (Music Buy Mail)
Od lat heavy i power metal są w regresie. Najnowsza propozycja Cage zatytułowana "Science Of Annihilation" na pewno tego nie zmieni. Grupa ewidentnie zawiązuje do twórczości Judas Priest oraz Primal Fear, ale niestety przy wysokim poziomie wykonawczym prezentuje zbyt słaby warsztat kompozytorski, aby móc przebić się na rynku.
Ocena: 4/10 (Harlequin)

Coalesce - Ox (Relapse Records)
Kolejna pozycja z cyklu powroty. Jakieś 10 lat temu muzycy Coalesce trochę namieszali na scenie nowoczesnego hardcore, po czym się rozpadli. Teraz powracają z nowym materiałem "Ox", który hańby zespołowi nie przynosi, a nawet potwierdza jego solidną dyspozycję. Nie jest to może odkrywcze granie, ani nawet szalenie odważne (podobne rzeczy tworzy Converge tylko robi to lepiej), ale na przyzwoitym poziomie.
Ocena: 6/10 (Harlequin)

DevilDriver - Pray For Villains (Roadrunner Records)
Z płyty na płytę muzycy DevilDriver coraz bardziej odchodzą od metalcore'owych dźwięków na rzecz melodyjnego death metalu. "Pray For Villains" jest zgrabnym połączeniem tych dwóch nurtów, grupa umiejętnie wplata najbardziej klasycznie dla tych gatunków motywy, czyniąc to wydawnictwo spójnym, przemyślanym i przyjemnym w odsłuchu. Zabrakło tu jednak tego pazura i świeżości jaką miał w sobie "The Fury Of Our Maker's Hand", który moim zdaniem nadal pozostaje szczytowym osiągnięciem zespołu.
Ocena: 6/10 (Harlequin)

Destroyer 666 - Defiance (Season Of Mist)
Cztery lata oczekiwań na kolejny album ekipy z krainy kangurów może być dla niektórych czasem zmarnowanym. "Defiance" to kawał soczyście brzmiącego, ale wciąż surowego thrash/blacku, który tym razem dostał przesadnie duży zastrzyk melodii. Największym problemem tej płyty jest jednak jej bardzo nierówny poziom - obok momentów porywających mały całkiem sporo jałowej pizganiny, z której nic nie wynika. Jest świeżość, ale zabrakło pomysłów.
Ocena: 5/10 (Harlequin)

Divine Heresy - Bringer Of Plagues (Century media)
Dino Cazares i Tim Yeung powracają z drugim pełnym krążkiem. Jak on brzmi? Soczyście metalcore'owo, z monstrualna ilością shreddów - shred tu, shred tam, shred jako podkład, shred z zwrotce, shred w refrenie, shred pod łóżkiem, shred w szafie, shred nawet jak instrumenty milkną. Synchronizacja muzyków budzi podziw, lecz zdolności kompozytorskie wołają o pomstę do nieba. Głupia muzyka, której się dobrze słucha - wodogłowie gwarantowane.
Ocena: 4/10 (Harlequin)

Indukti - Idmen (Inside Out Music)
Cztery lata czekania i ekipa ze stolicy wraca z drugim albumem, inspirowanym tym razem starożytnością. "Idmen" jest naturalnym krokiem naprzód w rozwoju muzycznym grupy, ale wielkich rewolucji nie przynosi. Zwraca uwagę szeroki asortyment wykorzystanych instrumentów oraz bardzo interesujące kompozycje okraszone gościnnymi występami m.in Nilsa Frykdahla (Sleepytime Gorilla Museum) czy Macieja Taffa (Rootwater). Z każdym kolejnym odsłuchem płyta zyskuje co tylko świadczy o tym, że okres wyczekiwania nie poszedł na marne.
Ocena: 8/10 (Harlequin)

Insidious Decrepancy - Extirpating Omniscient Certitude (Brutal Bands Records)
Trzecia odsłona jednoosobowego zespołu Shawna Whitakera. Już patrząc na nazwę zespołu i tytuł płyty można odnieść wrażenie, że ciężko będzie przez to przebrnąć. I tak też jest. Selektywny, ale bardzo sucho brzmiący i pozbawiony kreatywności brutalny death metal jakiego wiele na tym padole. Poprawne wykonanie nie rekompensuje kompozycyjnego bezsensu. Nie polecam.
Ocena: 3/10 (Harlequin)

Job For A Cowboy - Ruination (Metal Blade Records)
Oryginalnością Job For A Cowboy nigdy nie grzeszyło, ale świetnego warsztatu instrumentalnego nigdy nie można było im odmówić. "Ruination" jest dokładnie tym, czego można było od grupy oczekiwać - kawał świetnie zagranego deathcore'u, nienagannie skomponowanego, przemycającego wszystko co dla tego gatunku charakterystyczne. Nic wybitnego, ale album bezpretensjonalny, którego słucha się z przyjemnością.
Ocena: 7/10 (Harlequin)

Kult Ov Azazel - Destroying The Sacred (Arctic Music)
Mrrr... satanistyczny black metal, jak ja to lubię... Amerykańskie trio oferuje słuchaczowi po raz piąty porcję surowego black metalu podbarwianego thrashem. Niejeden zespół potrafi zrobić z tego użytek, ale w przypadku KOA sprowadza się to do powielania tych samych schematów w kolejnych utworach. Poprawne wykonanie z nieciekawym poziomem kompozycji nie może działać na korzyść tego wydawnictwa.
Ocena: 4/10 (Harlequin)

Man Must Die - No Tolerance For Imperfection (Relapse Records)
Choć Man Must Die jest etykietowany jako techniczny death metal, to jego nazwa się raczej rzadko przewija jeśli ktoś już wymienia reprezentantów tego nurtu. Trzeci płód Szkotów "No Tolerance For Imperfection" zapewne tego nie zmieni, ale jest to mimo wszystko kawał solidnego, sprawnie zagranego materiału z ciekawą pracą perkusji. Nie jest to album ani nadzwyczaj szybki, ani brutalny, ani przekombinowany pod którymkolwiek względem. Po prostu solidny.
Ocena: 6/10 (Harlequin)

Rootwater - Visionism (Mystic Production)
Muzyczne odkrycie, czy rodzima imitacja Sepultury z czasów "Roots"? Zawsze skłaniałem się do tej drugiej opinii i "Visionism" tego nie zmieni, nawet jeśli jest to najciekawsza pozycja w dorobku Rootwater. Połączenie nowoczesnego grania z thrashem, funkiem i muzyką etniczną może robić wrażenie na młodych adeptach metalu, a nie na bardziej wyrobionym słuchaczu. Niejednokrotnie brakuje tu spójności, a wokal Taffa ma tyluż zwolenników ilu przeciwników. Poprawny materiał, ale zachwytów nie podzielam.
Ocena: 5/10 (Harlequin)

Sacred Oath - s/t (Angel Throne Records)
Sacred Oath istnieje już od 25 lat, a dostaliśmy dopiero trzeci studyjny album grupy. Krążek przynosi porcję naprawdę dobrze zagranego, nowoczesnego heavy metalu, w stylu Queensryche i Saxon, tyle, że w trochę cięższym wydaniu. Nie bardzo jest się tu do czego przyczepić, wszystko zagrane bardzo nienagannie. Śmiało można posłuchać, bez żadnej krzywdy.
Ocena: 6/10 (Harlequin)

Suffocation - Blood Oath (Nuclear Blast Records)
Suffocation to jeden z takich zespołów, który niby zawsze gra to samo, ale każdy ich album ma swoje charakterystyczne oblicze. Tak też jest i teraz - "Blood Oath" to 10 krótkich, świetnie zagranych i skomponowanych kompozycji, potwierdzających świetną dyspozycję zespołu. Niestety - zbyt zbasowane brzmienie, oraz brak świeżości jaka towarzyszyła poprzedniej płycie grupy sprawia, że "Blood Oath" z każdym kolejnym odsłuchem wywołuje coraz mniejsze emocje.
Ocena: 7/10 (Harlequin)

Tenet - Sovereign (Century Media)
Długo wyczekiwany debiut Tenet, to kolejny dowód na to, że tzw. "supergrupy" wcale nie musza oznaczać sukcesu. Gene Hoglan (m.in. ex- Death), Jed Simon i Byron Stroud (obaj SYL, Zimmers Hole), Steve Souza (ex- Exodus) oraz Glen Alvelais (ex- Testament) dostarczyli 9 nieźle zagranych numerów utrzymanych w stylistyce nowoczesnego thrash/death metalu. Niestety, za dobrym poziomem wykonawczym kryją się słabiutkie kompozycje pozbawione dobrych pomysłów i chwytliwości. Materiał jawi się jako zbyt nowoczesny i zbyt wrzaskliwy, aby słuchacz mógł czerpać z niego przyjemność. Rozczarowanie.
Ocena: 4/10 (Harlequin)

The Project Hate MCMXCIX - The Lustrate Process (Vic Records)
Czołowi reprezentanci industrialnego death metalu powracają z nowym, siódmym krążkiem. Grupa nie odbiegła stylistycznie od tego co robiła dotychczas - grindowe gitary ścierają się z dość wydatnym parapetem, a growling przeplatany jest damskimi wokalami w pseudogotyckim stylu. I bym powiedział, że "The Lustrate Process" jest dobrym albumem, gdyby w tych 9-10 minutowych kawałkach działo się dużo więcej. A tak wszystko przelatuje jak woda będąc niczym innym jak muzyczna poprawnością.
Ocena: 5/10 (Harlequin)

ROCK:

Ageness - Songs From The Liar's Lair (Presence Records)
Fińscy neo-progowcy powracają z kolejnym albumem, który po raz kolejny zbyt mocno odwołuje się do twórczości Genesis, Rush YES i Pendragon. Choć "Songs From The Liar's Lair" jest dobrym albumem od strony warsztatowej, to niestety kompozycjom zabrakło spójności, a przede wszystkim własnej tożsamości. Można posłuchać, ale tylko z braku ciekawszego zajęcia.
Ocena: 5/10 (Harlequin)

Astra - The Weirdning (Rise Above)
Kto myślał, że klasyczny psychodelic/space rock umarł, ten chyb a się trochę przeliczył. Amerykańska Astra, na swoim debiutanckim albumie czerpie garściami z dokonań wczesnego Pink Floyd wrzucając do tego kotła wyraźne inspiracje Black Sabbath i Neurosis. Efekt końcowy jest taki, że "The Weirdning" choć kompletnie pozbawionego oryginalności to brzmi bardzo świeżo i dostarcza sporą dawkę melodii na bardzo wysokim poziomie. Szkoda tylko, że dobrych pomysłów wystarczyło gdzieś na 40 z 75 minut muzyki, bo momentami wieje nudą.
Ocena: 6/10 (Harlequin)

Chickenfoot - s/t (Redline)
Joe Satriani, Sammy Hagar, Marc Anthony (obaj Van Halen) oraz Chad Smith (Red Hot Chili Peppers) - nazwiska znane, ale czy potrafiące funkcjonować w kolektywie? Chickenfoot dowodzi, że nie. Zamiast prawdziwego rockowego wyziewu zaobserwowaliśmy zjawisko synergii regresyjnej, gdyż każdy z muzyków gra tutaj zdecydowanie poniżej swoich możliwości. Obnażona został niemoc twórcza wielkich muzyków, którzy nie potrafią napisać dobrych, spójnych rockowych numerów. Chickenfoot jest jak kurze łapki – niewiele do obgryzienia.
Ocena: 4/10 (Harlequin)

Dope Stars Inc. - 21st Century Slave (Trisol Records)
Tak jak zapowiadało się na EP jest ostrzej i brutalniej. DSI atakuje nas szybkimi, brudnymi dźwiękami, które równocześnie zaskakują melodyjnymi elementami elektroniki. Muzycznie bardziej podoba mi się to wcielenie zespołu. Z drugiej jednak strony drażni mnie wokal, który bardziej nadawał się do spokojnych kawałków, jednak momentami wokalista udowadnia nam, że potrafi się dostosować. Niestety tylko momentami.
Ocena: 7/10 (Nenar)

Iggy Pop - Preliminaires (Astralwerks)
O nie. Ikona punk rocka, na starość zapragnęła zgłębić tajniki piosenki francuskiej, czego owocem jest "Preliminaires". Płyta to słaba - zwłaszcza, że Iggy próbuje śpiewać po francusku z angielskim akcentem, co brzmi karykaturalnie. Jedynie, gdy słuchacz obcuje z najspokojniejszymi utworami, w których Iggy śpiewa znużonym głosem możemy poczuć odrobinę muzycznej przyzwoitości.
Ocena: 4/10 (Harlequin)

Kotebel - Ouroboros (Musea Records)
Od ładnych kilku lat nie słyszałem instrumentalnego, progrockowego wydawnictwa, do którego bym chętnie wracał. Piata płyta hiszpańskiego Kotebel, to progresywne monstrum, podparte bajeczną techniką muzyków, jak i szerokimi horyzontami muzycznymi głównego kompozytora grupy - Carlosa Plazy. Hiszpanie w bajeczny sposób łączą współczesny jazz z klasycznym rokiem progresywnym w stylu wczesnego Genesis i King Crimson oraz z muzyką klasyczną (Ravel, Debussy), dają w sumie szalenie spójny, bardzo bogato zaaranżowany, drapieżny i zapadający w pamięć progresywny album.
Ocena: 9/10 (Harlequin)

Project:Komakino - The Struggle For Utopia (Parlour Records)
Jeśli 3/4 waszej muzycznej płytoteki zajmują albumy dziedziczące styl i brzmienie brytyjskiej nowej fali i post-punka a każdy tego typu krążek dokładacie na zasadzie przyzwyczajenia i sentymentu to niby dlaczego mielibyście zrobić wyjątek dla płyty "The Struggle For Utopia" grupy Project:Komakino? Album wyspiarskiego kwartetu posiada wszystkie elementy, którymi kierowaliście się dotąd przy wyborze wcześniejszych tego typu wydawnictw - buntowników z wyboru w składzie (w ciuchach pożyczonych od nestorów rodu), którym grają w duszy smutnawe melodie Bauhausa, Joy Divison czy The Sisters Of Mercy oraz utwory budowane na prostych i minimalistycznych dźwiękach nagrywanych (koniecznie) na cudach techniki sprzed 20 lat nadających całości pozorowanego muzycznego odosobnienia, izolacji i przygnębienia. Całość nie ma w sobie krzty oryginalności a płyta to tylko solidne kopiowanie wszystkiego, co w tym gatunku zostało już powiedziane.
Ocena: 6 (verdammt)

The Dear Hunter - Act III: Life And Death (Triple Crown Records)
Indie-rockowa grupa próbująca grać progrock? Jak najbardziej możliwe, a w przypadku trzeciej płyty amerykańskiego The Dear Hunter wręcz zadziwiające. "Act III: Life And Death" to trzecia z sześciu zaplanowanych części opowiadających historię życia pewnego chłopca. Liryczny koncept idzie też w muzyczna jakość - pomimo bardzo piosenkowych konstrukcji, utwory naszpikowane są bardzo różnorodnym instrumentarium i szeroką paletą przeróżnych, często zgrzytliwych melodii, a całość zaaranżowana na spektakl teatralny. Album nieco szorstki, ale szalenie intrygujący.
Ocena: 8/10 (Harlequin)

The Dead Weather - Horehound (Third Man)
"Horehound" to debiutancki album supergrupy, w której składzie znaleźli się Jack White (The White Stripes), Alison Mosshart (The Kills), Deadn Fertita (Queens Of The Stone Age) oraz Jack Lawrence (The Raconteurs). Grupa łączy w sobie szorstki rock alternatywny z nieśmiałymi elementami bluesa i grunge. Niestety od strony muzycznej nie odbiega to daleko od twórczości The White Stripes, dlatego zastanawiam się, czy taki album jak "Horehound" był potrzebny. Raczej album dla miłośników twórczości The White Stripes.
Ocena: 5/10 (Harlequin)

The Galvatrons - Laser Graffiti
(Warner Music)
Muzycy australijskiej grupy, albo jak wielu im podobnych, podłapali kursujący po całym świecie trend do przeistaczania się w hard rockowe i hair metalowe bandy sprzed kliku dekad albo rzeczywiście ich dziecinnym i niewinnym zabawom często i gęsto towarzyszyły systematyczne odsłuchy płyt Queen, Van Halena itp., które odebrane zostały przez nich jako impuls do założenia w przyszłości brzmieniowopodobnego bandu. Może właśnie dlatego The Galvatrons dość zgrabnie i z gracją przeskakuje przez poszczególne gatunki muzyki rockowej i metalowej nie unikając pod drodze spotkań ze wspomnianymi już Queen, Van Halen, Devo, Kim Wilde, Kennym Logginsem, Gary Numanem i Tears For Fears (tak, tyle i wiele innych inspiracji znajdziemy w twórczości tych młodzików). Niestety debiut "Laser Graffiti" ogranicza się jedynie do regularnego odtwarzania zgranych pomysłów i niejednokrotnego ich pastiszowania. Strawne na kilka odsłuchów.
Ocena: 7 (verdammt)

Ulterior - Sister Speed (Single) (DiscError Recordings)
Na singlu głównie wyczuwa się silne inspiracje starszymi kolegami z branży, swego rodzaju chaos w muzyce oraz kierowanie swoich kroków w stronę własnego, oryginalnego i niezależnego grania wzorowanego jednak na legendach sceny gotyckiej. Brudne gitarowe granie na pewno przypadnie do gustu fanom starego gothic rocka, do mnie jednak zdaje się nie przemawiać.
Ocena: 5/10 (Nenar)

JAZZ:

John Zorn - Alhambra Love Songs (Tzadik)
Oto kolejny album sygnowany nazwiskiem Johna Zorna, na którym muzyk się nie udziela jako instrumentalista. Ron Burger, Greg Cohen i Ben Perowsky, muzycy na codzień związani z awangardowym graniem, udowodnili za sprawą "Alhambra Love Songs", że balladowa estetyka nie jest im obca. Delikatne, subtelne melodie kojarzące się ze współczesną sceną skandynawskich pianistów jazzowych dają raczej podstawę do nazwania tej płyty dobrze ogrzanym kotletem niż powiewem świeżości.
Ocena: 5/10 (Harlequin)

ELECTRO:

Agonoize - Bis Das Blut Gefriert (CDM) (Out Of Line)
Agonoize nigdy mnie nie zachwycało i zapewne ta płyta nie zmieni mojego podejścia do zespołu. Jednak trzeba jej przyznać, że jest dobrze zrobiona. Już oryginalne wersje utworów są miłe dla ucha  nie mówiąc o remiksach, szczególnie tych w wykonaniu Centhron i Wynardtage. Jednak CDM w porównaniu do reszty sceny electro zdaje się powielać schematy i podążać dawno wydeptanymi ścieżkami. Brak oryginalności razi tu najbardziej. Nic z tej płyty nie zapada na dłuższą metę w pamięć.
Ocena: 5/10 (Nenar)

Chainreactor – X-Tinction (ProNoize)
Dobre na parkiet i tylko na parkiet, gdzie nie wymaga się zbyt wiele od muzyki. Brudne power noisowe dźwięki, jedna sekwencja mówiona czasem powtarzana do znudzenia przez cały utwór, czy szaleńczo szybki bit sprawiają, że w domowym "zaciszu" szybko ma się dość "X-Tinction" i szuka się czegoś spokojniejszego, czyli dokładnie mówiąc czegokolwiek.
Ocena: 4/10 (Nenar)

Clan Of Xymox - Emily (CDM) (Trisol)
Obiecany powrót do korzeni Clan Of Xymox stał się faktem. Na singlowym "Emily", pierwszej muzycznej zapowiedzi nowej płyty, pojawia się charakterystyczne dla grupy instrumentarium -  do którego zespół zdążył już wszystkich przyzwyczaić. W nagraniu tytułowym notorycznie przewija się pamiętliwy motyw syntezatorowy, który w połączeniu z ponurym (jak zawsze) głosem Ronny Mooringsa tworzy gustowny kawałek łączący najlepsze momenty Clan Of Xymox złożone w hołdzie darkwave i gothic rockowi. Resztę płyty wypełniają dwa remiksy nagrania tytułowego oraz utwór "Chemistry" utrzymany w klimacie, który nie powinien nikogo ani zaskoczyć ani rozczarować.
Ocena: 7 (verdammt)

Depressive Disorder - The Chronicle Of Fear (Monopol Records)
Duet zza południowej granicy na swoim trzecim krążku w sposób wręcz mistrzowski połączył styl starego EBM z nowymi elektronicznymi wpływami w muzyce tworząc muzykę dobrą jednak zdecydowanie za wolną i usypiającą, co sprawia, że trudno wysłuchać 11 zawartych na niej utworów bez zaśnięcia czy kubka mocnej kawy.
Ocena: 6/10 (Nenar)

Filthy Dukes - Nonsense In The Dark (Polydor)
"Nonsense In The Dark" to album wręcz kipiący odważnymi muzycznymi eksperymentami, swobodnym i śmiałym zacieraniem granic między gatunkami z odległych gałęzi muzycznego drzewa genealogicznego - miejscem gdzie fani "kraftwerkowskiej" jak i współczesnej elektroniki bawią się na tych samych prawach co odbiorcy hip-hopowych słownych sklejek rodem z Bronxu czy nowofalowi romantycy. Z drugiej strony czy z takim zastępem gwiazd i potężnym ładunkiem pomysłów wynikających z inspiracji mogło się nie udać? Swój udział w powstanie płyty (głównie wokalny) mieli m.in. Samuel Dust, Tommy Sparks, Brandon Curtis, frYars i Orlando Weeks. Olly Dixon i Tim Lawton natchnienie i swój zapał twórczy czerpią natomiast od tradycjonalistów spod znaku Kraftwerk, Pet Shop Boys, Human League czy Davida Bowie, aż po nowatorów współczesnych dźwięków: Daft Punk, The Chemical Brothers, Cut Copy. Wszystko to tworzy wyborny w odsłuchu koktajl dźwięków o nazwie Filthy Dukes.
Ocena: 8 (verdammt)

La Roux - La Roux (Polydor)
To na co latami pracują całe szeregi artystów i zespołów, brytyjski duet La Roux dostał praktycznie od ręki. Choć płytowy debiut Elly Jackson i Bena Langmaida pod tytułem "La Roux" miał swoją premierę z końcem czerwca oboje już kilka miesięcy wcześniej pławili się w deszczu nagród i nominacji. Ciężko mówić czy ogół wyróżnień jest współmierny do włożonego w płytę wysiłku i (według wielu wątpliwego) talentu damsko-męskiego duetu - jedno trzeba przyznać: nie ma to jak wrodzona intuicja przy wyborze singli. Wybór najbardziej reprezentatywnych i najsilniej lokujących się w pamięci utworów na kawałki promocyjne wystarczyło by o La Roux mówić w kategoriach zjawiska, nadziei sceny electropop mimo, że reszta nagrań z płyty (a jest ich razem 11) dość szybko umyka uwadze słuchacza tworząc w głowie przeświadczenie grania na "jedną modłę". Zresztą, cokolwiek powiem o tej płycie każdy kto zechce wpisać się w społeczno-muzyczny trend pod nazwą La Roux i tak po nią sięgnie.
Ocena: 6 (verdammt)

Life Cried - Banished Psalms (NoiTekk)
Life Cried zabiera słuchacza w podróż w głąb siebie, wręcz wysysa wszystkie negatywne emocje, aby je na powrót wcisnąć w głąb człowieka. Dokonuje tego za pomocą pięknej i wzruszającej muzyki łączącej w sobie dark electro oraz najmroczniejsze elementu gotyku wraz z odrażającym i skrzeczącym, przeharshowanym wokalem. Zaczynając od ostrzejszego electro przechodzi wprost w delikatne i melancholijne kawałki. Całość dodatkowo uzupełniają ekscentryczne teksty frontmana i wprost idealne zakończenie "Derelict" wprowadzające uczucie niepokoju, strachu i grozy. Dawno nic nie zrobiło na mnie aż tak wielkiego wrażenia.
Ocena: 8/10 (Nenar)

Marsheaux - Lumineux Noir (Out Of Line Records)
Moda na egzaltowane i krygujące się paniusie, rozpowszechniona przez brytyjski żeński skład Client, z powodzeniem wędruje po europejskiej mapie muzyki elektronicznej. Kolejnymi, które z pozorowanym wdziękiem przekonywać nas będą do swojego ogromnego uwielbienia do starej szkoły elektronicznej (Depeche Mode, Yazoo, OMD, Blancmange, Human Legaue, Rational Youth czy A Flock Of Seaguls) co stało się ponoć głównym impulsem do założenia formacji, o której mowa jest grecki duet Marsheaux. Album "Lumineux Noir" oparty głównie na dwugłosach Marianthi i Sophie i muzyce nie odbiegającej od standardów electroclash (minimalistyczne, przesłodzone melodyjki z wdzięcznymi i pretensjonalnymi aranżacjami) niestety nie wnosi do gatunku nic prócz kolejnych niezaskakujących i przewidywalnych utworów nadających się jedynie jako niezobowiązująca muzyczna oprawa do wakacyjnego odpoczynku.
Ocena: 7 (verdammt)

MonsterGod - Black Star (CDM) (płyta do ściągnięcia za darmo)
Zapowiadało się naprawdę dobrze. "Black Star" to kawałek, który dawał mi duże nadzieje na płytkę, od której nie będę mogła się oderwać. Niestety z kawałka na kawałek tę nadzieję traciłam. "Der Instant Bull" utrzymywał mnie jeszcze w tym przekonaniu, jednak potem zostałam uraczona zbyt dużą ilością gitarowych brzmień, a już ostatni kawałek nachalnie przywodził na myśl początkujący zespół gothic metalowy.
Ocena: 6/10 (Nenar)

Neuroactive - Antidote (A Different Drum)
Kiedy inni (czytaj: konkurencja) uganiają się za współczesnymi prądami muzyki elektronicznej, fiński techno popowy Neuroactive zdaje się zatrzymać w miejscu. Długoletnie, niemal celebracyjne i sentymentalne podejście do uprawianej przez siebie elektroniki, z którą mózgowi projektu - Jarkko Tuohimaa naprawdę ciężko się rozstać znajduje swoje odniesienie w muzyce. "Antidote" jest bowiem kontynuacją żmudnego wiązania w jedną, bardzo dojrzałą całość urokliwych, sentymentalnych i melancholijnych pop-dźwięków z nieco mocniejszym i konkretniejszym beatem i aranżacjami. Podobnie jak na płycie poprzedniej - "N-Gin" prócz gdzieniegdzie przewijającego się wokalu Jarkko usłyszymy również gościnne wokale (Geoff Pinckney z brytyjskiego Alien 6 i Tenek, Kirk z The Dignity Of Labour, Albert z Neuropa) nadające całości indywidualnego, intymnego i różnorodnego stylu.
Ocena: 7 (verdammt)

Obscenity Trial - Uber's Wasser Gehen (CDM) (Sony Music)
Nowy singiel niemieckiego Obscenity Trial to niemal słownikowy przykład sympatycznie wyluzowanego utworu nagranego z myślą o łatwej, przyjemnej i bezproblemowej wakacyjnej promocji. "Uber's Wasser Gehen" łączy w sobie wyraziste harmonie z miłymi melodiami i przekonuwojuącymi rytmami o wszelkich cechach pozwalających im na łatwe dotarcie do "urlopującego" electropopowego odbiorcy. I chyba w tym celu powstał głównie ten utwór. Resztę albumu dopełniają trzy remiksy singla, w tym śpiewanej po angielsku wersji akustycznej dla ckliwych romantyków i dwa utwory na żywo, które traktować należy w formie ciekawostki.
Ocena: 6 (verdammt)

Psyche - Until The Shadows (Metropolis Records)
Choć pierwszą część kompilacji z serii "Until The Shadows" w przeważającej mierze wypełniły dobrze znane kawałki niemiecko/kanadyjskiego Psyche (co pozwoliłoby twierdzić, że fan projektu uzupełniający stale płytotekę o wydawnictwa Darrina Hussa mógłby sobie tę kompilację darować) to zawiera ona również kilka atrakcyjnych i niepublikowanych wcześniej dodatków, remiksów i odzysków, z których obserwatorowi i miłośnikowi twórczości projektu po prostu ciężko będzie zrezygnować. Rzecz konieczna dla fanów Psyche, reszta niech sięgnie po regularne płyty.
Ocena: 7 (verdammt)

Tamtrum - Fuck You I'm Drunk/Stronger Than Cats (Alfa Matrix)
Gdy wytwórnia Alfa Matrix zapowiadała, że część „"Fuck You I'm Drunk" będzie mieć  prowokacyjna, pozbawiona sensu i pełna niepasujących do siebie tekstów i muzyki spodziewałam się czegoś bardziej szaleńczego. A tutaj jeśli jeszcze teksty są prowokacyjne to o muzyce trudno to powiedzieć. Jak dla mnie jednak łączy się w jedną całość, może i zróżnicowaną, ale nic tu się nie gryzie na co miałam nadzieję. Za to "Stronger Than Cats" serwuje nam kawał szaleńczo szybkiego dark electro z wyczuwalnymi electro punkowymi wpływami. Powiedziałabym wprost, że ona jest bardziej pozbawiona sensu niż pierwsza część. Dodatkowo całość jest zupełnie inna niż to co wcześniej poznałam pod marką Tamtrum.
Ocena: 8/10

The Eternal Afflict - Ion (Afflict:Me Records)
Niemieckiemu The Eternal Afflict zawsze zależało na innowacyjności swojej muzyki, prześciganiu się w reformowaniu nałożonych z góry standardów muzyki elektronicznej, tworzeniu brzmień dalekich od przedawnienia. Cele tria nie są wcale dziecinnymi mrzonkami, co potwierdza ich nowy album "Ion" pełen przekonujących i zachwycających dźwięków, namiętnych melodii, które pozwalają sobie raz po raz na przeniknięcie do umysłu słuchacza. Charakterystyczna atmosfera, innowacyjność brzmień w połączeniu z ekspermentalnymi skłonnościami The Eternal Aflict czyni z płyty niezbędnik dla fanów "ponurej" elektroniki o długim terminie przydatności.
Ocena: 7 (verdammt)

ALBUM MIESIĄCA:











Shining - VI-Klagopsalmer (Indie Records)
Premiera nowej płyty Szwedów przekładana była od pół roku, mówiło się, że muzycy wzięli na warsztat odpadki z poprzednich sesji... Nawet jeśli było tak faktycznie, to słuchacze dostali najpyszniejszą póki co porcję black metalu w tym roku. "Klagopsalmer" brzmi niesłychanie świeżo, brutalnie, jest urozmaicony i zapada w pamięć. Płyta robi ogromne wrażenie od pierwszego odsłuchu i z każdym kolejnym jest ono takie samo. Choć niekoniecznie odkrywcze, to szóste wcielenie Shining przemyca wszystko to co najlepsze w progresywnym black metalu.
Ocena: 9/10 (Harlequin)

Podsumowanie miesiąca zredagowali: verdammt, Harlequin, Nenar
Komentarze
DEMONEMOON : Obczaiłem DESTROYERa-DEFIANCE i powiem ze przypierdalaja z kopytem ,je...
HardKill : no dobra 8) w takim razie to :arrow: * Clan Of Xymox - Emily * Psyc...
Harlequin : Zapraszam do dyskusji - typujcie Waszych lipcowych faworytów :)
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły