Lem
Zabawa w chowanego
Relacje :

Ulver, Zweizz - Eskulap, Poznań (5.04.2011)

Można by powiedzieć, że Ulver zaczął nadrabiać te lata, w czasie których unikał występów na scenie jak ognia. Ostatni koncert Norwegowie zagrali w roku, w którym zespół powstał, tj. w 1993. Zastój w graniu na żywo trwał aż do 2009 roku. Od tego czasu Ulver zagrał w Polsce już trzy koncerty. A ostatni z nich - w poznańskim Eskulapie, 5 kwietnia.

Wbrew temu, co mogą myśleć inni na temat częstych odwiedzin polskiej
sceny przez norweskich wilków, ja byłam zadowolona, że w ciągu tak
krótkiego czasu ponownie pojawili się z koncertem w naszym kraju. Nie
dane było mi być ani w Krakowie, ani w Warszawie. Wedle zasady: do
trzech razy sztuka – udało mi się zjawić w poznańskim Eskulapie. I mimo
że z koncertu nie wyszłam zachwycona, wiedziałam jedno: jestem w
błędzie, jeśli myślałam, że widziałam już chyba wszystko.

Eskulap – skromny klub, wszędzie czarno, surowo, zimno. Wysokie okna w
sali koncertowej zakryte płachtą czerwonego materiału. Jest godzina 19.
Ludzi przy barze można by policzyć na palcach rąk. Wśród fanów
przemykają muzycy bez "gwiazdorzenia" i wygórowanych ambicji.

Kilkadziesiąt minut później na scenie pojawia się niski, nieco masywny
pan. Niewielu chyba było przygotowanych na to, że pod pojęciem Zweizz
kryje się pseudonim muzyka, pod którym występuje w samodzielnym
projekcie. Klęcząc tyłem do widowni na samym środku sceny, zaczął swoje
eksperymenty z mikserem. Skądinąd dobiegały do moich uszu pytania typu:
czy to akustyk? Po co on się bawi tym sprzętem, przecież tego nie da się
słuchać. Ci, którzy zastanawiali się nad jego rolą, nie wiedzieli
nawet, że jest nim norweski muzyk i kompozytor - Svein Egil Hatlevik.

Kilka słów o nim. Od 2003 roku, po opuszczeniu norweskiej kapeli black
metalowej – Dødheimsgard, założył, jak sam to określa, jednoosobowy
zespół, którego twórczość krąży wokół kilku stylów muzycznych: noise,
eksperymentalnej muzyki elektronicznej, określanej jako IDM z domieszką
muzyki elektroakustycznej i black metalu. Realizując swój jednoosobowy
projekt, wydał EP-kę „Black Necrotic Obfuscation” (2004), 30 egzemplarzy
kasety „Untitled” (2007) oraz pełnometrażową płytę „The Yawn of the New
Age” (2007). To właśnie kawałkami z tych albumów uraczył nasze uszy
Zweizz.

Wszedł na scenę bardzo niepozornie. Cicho, bez zapowiedzi. Niewielu go
zauważyło. Nawet fotografowie mieli dylemat, czy ten, który wszedł, to
nie czasem kolejny z technicznych, który będzie przygotowywał sprzęt na
koncerty gwiazd... Dopiero po kilku minutach, kiedy piski z ogromnych
głośników nie ustawały, pod sceną pojawiło się kilku fotografów z
prasowymi plakietkami. Wtedy już wszyscy wiedzieli, że to, co nie tak
dawno zaczęło dziać się na scenie to realizacja pasji Hatlevika.

Nie
wszyscy byli w stanie wytrzymać tego, co docierało do ich uszu. Nie
wszyscy byli też w stanie oglądać tego, co działo się na ogromnym
ekranie tuż za sceną. Zweizz wykorzystał „wynalazki cywilizacji” do
tego, by samemu móc stworzyć coś na kształt muzyki, bo szczerze
powiedziawszy, to, co tworzył na naszych oczach, było raczej czymś
okołomuzycznym. Muzyk jednak starał się przekonać widownię, by zachowała
powagę i w ciszy słuchała tej jakże pięknej i wzbudzającej emocje
twórczości.
Nieuporządkowane dźwięki wydobywające się z mikrofonów
przymocowanych do mikserów leżących luźno na scenie, przebłyski
logicznego uporządkowania, wysokie natężenie dźwięku, w którym decybele
przekraczały normę – oto, jak bardzo skrótowo można by opisać występ
supportu Ulvera. Jednak nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie cała
otoczka, a wręcz zbudowana przez samego muzyka filozofia, którą miał nam
do przekazania. Hasło „sztuka dla sztuki” nie byłoby pełne, tak myślę,
gdyby nie fakt, że całemu przedstawieniu towarzyszyły rekwizyty, którymi
otoczył się Zweizz.

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, patrząc na scenę,
to sedes. Sedes był łącznikiem między muzykiem a publicznością. W tym
znaczącym elemencie wyposażenia ubikacji zamieścił kamerę, ale w ten
sposób, że gdy wsadzał do niego głowę, publiczność widziała na
wspomnianym ekranie twarz Hatlevika. Nie mówił do nas, patrząc w naszą
stronę, ale do sedesu. Czy jest sens doszukiwać się jakiś głębszych
filozofii? Sam muzyk pewnie jakąś miał. Moja myśl krąży wokół tego, że
zapewne wspomniana filozofia związana była ze światem kierującym się nie
tyle fizjologią, ale naturalizmem opisywanym przez Emila Zolę, w którym
dominuje instynkt, a świat homo sapiens żyje zgodnie ze zwierzęcymi
prawami natury. Jeśli znalazł się ktoś, kto nie potrafi sobie tego
wyobrazić, odsyłam do jednego z jego występów również w ramach trasy
Ulver: Le Trabendo w Paryżu.

Kolejne z akcesoriów to szczoteczki do zębów, które, między innymi,
przygniatane do zamkniętej muszli klozetowej, drżąc, wydobywały z siebie
nierówne dźwięki. Róg - inny z rekwizytów będzie wracał jeszcze
wielokrotnie. Błyszczący instrument prostych ludów służył od zawsze do
informowania o niebezpieczeństwie lub triumfie. Miałam wrażenie, że w
przypadku Zewizza, róg dostał się do jego rąk zupełnie przypadkowo. Nie
wydał bowiem z niego żadnego czystego dźwięku.

Apogeum tego 30-minutowego występu stał się moment, w którym muzyk prosi
o skupienie i uwagę, bo to, co wykona będzie niezwykle piękne, po czym
zdjął spodnie i usiadł na sedes. Nie zapominajmy, że kamera w sedesie
była cały czas włączona. I zaczęła się walka: czy słuchać prób wydobycia
jakichkolwiek dźwięków z rogu, z którego jednocześnie wydobywał się dym
palonego papierosa, czy patrzeć na wielki ekran, na którym w znacznym
powiększeniu widać odbyt Norwega. Dla niektórych obie z opcji były nie
do przeskoczenia i dla nich skończył się koncert – opuścili salę.
Bardziej wytrwali śmiali się, gwizdali, wykrzykiwali coś w stronę sceny,
a Zweizz, kładąc palec na swoich ustach, prosił o powagę. Miałam tylko
nadzieję, że pokazanie odbytu było szczytem swobodnej twórczości muzyka i
więcej już na ekranie nie zobaczymy. Ku mojej wyraźnej uldze, na tym
etapie Zweizz zakończył swój występ. Jak niepostrzeżenie pojawił się na
scenie, tak zniknął. Dosłownie kilka chwil później techniczni zaczęli
przygotowywać scenę do koncertu gwiazdy tego wieczoru.

Ulver. W 1993 roku 16-letni Garm zakłada kapelę black metalową. Razem z
ówczesnymi kolegami z zespołu gra kilka koncertów, by promować swoje
demo „Vargnatt”. To były pierwsze i ostatnie do 2009 roku występy
norweskiego zespołu. Powody grania na żywo były dwa: kłopoty z wydaniem
kolejnych płyt i osobiste uprzedzenia lidera do grania dla publiczności.
Zresztą sam Garm nigdy nie ukrywał tego, że czuje niechęć do występów
przed widownią. I o ile przed koncertem Ulver poruszał się swobodnie
wśród fanów, tak podczas koncertu nastawienie, w szczególności Garma,
jakby diametralnie zmieniło się. Wyraźnie rozzłoszczony podczas koncertu
wychodził do backstage'u. A pewnemu z fotografów, z wielkim napisem "PRESS" na plecach podziękował za uwagę, bardzo dosadnie i
minimalistycznie, jednym słowem: „fuck off” z chwilą gdy ów pan, niemal położył się na scenie ze swoim wielkim teleobiektywem. Zanim jednak przejdę do
szczegółów koncertu z 5 kwietnia, warto zwrócić uwagę na lata 2000 i
2009 w życiorysie norweskich wilków.

Pierwsza data przynosi album „Perdition City”, który jest już zupełnie
inny od poprzednich. Ulver odchodzi od podziemnej atmosfery, klimat
black metalu, tak popularnego w Norwegii, zanika, a na jego miejsce
wkracza elektronika, eksperyment i alternatywa. Od wydania tejże płyty
głos Garma znika z utworów na wydawanych EP-kach. Pojawia się dopiero
trzy lata później w  „A Quick Fix of Melancholy”. Kolejna ważna data to
rok 2009. Wtedy bowiem Ulver gra swój pierwszy po kilkunastu latach
przerwy koncert w ramach Norweskiego Festiwalu Literatury. I wtedy
również do zespołu dołącza Daniel O'Sullivan. Młody Anglik jest
multiinstrumentalistą. Gra nie tylko u boku Garma. W Ulverze świetnie
odnajduje się zarówno za klawiszami, jak i jako gitarzysta, basista i
wokalista. Zresztą jego głos nieco przypomina głos lidera.  

Obok Kristoffera Rygga (Garm) i Daniela O'Sullivana zespół tworzą: Jørn
H. Sværen (teksty, wizualizacje), Tore Ylwizaker (klawisze, fortepian) i
Tomas Pettersen (perkusja).

W tym składzie muzycy zagrali przed poznańską publicznością. Wyszli na
scenę i zostali na niej nieco ponad godzinę. Cel odbywającej się właśnie
trasy koncertowej jest jeden: zero sentymentów do starych kawałków, a
promocja płyty. Płyty, której premiera wypada właśnie w kwietniu.

„Wars Of The Roses” - taki tytuł nosi najnowszy krążek Norwegów, którego
tracklista zawiera 7 utworów. Całość to nieco ponad 45 minut muzyki,
której nawet nie będę próbować szufladkować. Słusznie bowiem mówi się,
że brzmienie Ulvera jest nieszablonowe i oryginalne. Najnowszy album
przypieczętował tę opinię. Mimo że tematycznie Ulver wciąż rozważa
kwestie upadku człowieka, jak i całego świata, tym razem spojrzał na
człowieka, nie stojąc tuż obok, ale z lotu ptaka, z dystansem. W ramach
trasy Ulver European Tour 2011 Part I  zespół zaprezentował godzinny
materiał z płyty oraz jeden ze starszych kawałków na bis.

Koncertowa lista przedstawiła się więc następująco:

1. February MMX

2. Norwegian Gothic

3. Providence

4. September IV

5. England

6. Island

7. Stone Angels

+  Hallways of Always

Całość, zaprezentowana przed poznańską publicznością, to jednocześnie
tracklista „Wars Of The Roses”, jednak nieco bardziej surowa. W jakim
sensie? Przede wszystkim podczas koncertu nie usłyszeliśmy pojawiających
się w albumie kobiecych wokali. Ponadto, mimo dość dobrej akustyki w
Eskulapie, użycie elektroniki do odegrania jednych z ciekawszych motywów
płyty było  ograniczone na tyle, że albo ich nie usłyszałam, stojąc
przy głośnikach, które ich nie wychwyciły, albo nie były do odegrania na
żywo. Ulver coraz częściej sięga do wynalazków cywilizacji. Muzycy nie
rozstawali się ze swoimi elektrofonami. Mimo wciąż widocznych gitar i
perkusji, swoją muzykę Ulver wzbogacił o elementy czysto elektroniczne. I
mimo że tę przemianę słyszymy już od kilku wydań, każde z nich jest
inne, wprowadza do twórczości Norwegów coś nowego. Teraz słyszymy nie
tylko wokal Garma. Ich muzyka tylko pozornie wydaje się niepoukładana.
Można by nawet powiedzieć, że jest niepoukładana logicznie,
matematycznie. Być może jest to wpływ Daniela O'Sullivana, ale zauważam
więcej melodii. Elektroniczny nieład ustąpił pierwszeństwa melodyjnemu,
wręcz bardzo emocjonalnemu graniu. Wyraźniej słychać również tradycyjne
instrumenty niż w ostatnich kilku albumach.

Popisy muzyków, szczególnie
najmłodszego z nich, robiły wrażenie. O'Sullivian operował swobodnie
trzema instrumentami, do tego jeszcze śpiewał. Rytm i dźwięki talerzy
idealnie nastrojonej i nagłośnionej perkusji były dla mnie czymś
zaskakująco miłym. Rzadko bowiem zdarza się, by tak wyraźnie i tak
głośno było słychać perkusję podczas koncertu na żywo. Z przyjemnością
słuchało się idealnie współgrających instrumentów z często wracającym
wokalem. 5 kwietnia był dla mnie ucztą dla uszu. Razem z całą publiką
wkroczyłam w kolejny etap twórczości Ulvera. Okazuje się bowiem, że po
tylu latach grania, potrafią za każdym razem, z każdą nową płytą,
zaskoczyć nas czymś nowym, jeśli nie nowatorskim.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły