Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Wishbone Ash - Eskulap, Poznań (17.02.2010)

Wishbone Ash to jedna z największych legend rocka. Razem z  takimi tuzami jak Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath, Pink Floyd czy Uriah Heep stworzyli podwalinę pod to, czym czarują współcześni reprezentanci gitarowego rzemiosła. Jako że w ubiegłym roku grupa świętowała 40-lecie działalności, celem uczczenia tego jubileuszu jej członkowie ruszyli w trasę koncertową, na której znalazło się miejsce na dwa występy w Polsce. Koncert w poznańskim klubie Eskulap był drugim z nich, bowiem dzień wcześniej formacja zagrała w stołecznej Proximie.
Planowo koncert miał się rozpocząć o godzinie 19.00 występem wschodzącej bluesowej gwiazdy - Jimmy'ego Bowskilla ze swoim trio. Dziwnym trafem nie byłem zaskoczony, gdy po dotarciu na miejsce okazało się, że młody bluesman zacznie rozgrzewać publikę z godzinnym opóźnieniem. Zaopatrzenie się w złocisty trunek - w przypadku tego lokalu ohydny jak zawsze - było więc obowiązkowe. Dało się od razu zauważyć, że docelowa grupa wiekowa wśród fanów  miała powyżej 40 lat, choć dało się spotkać także i młodych adeptów klasycznego rocka.

Tak jak było zapowiadane, tak i o 20.05 na scenie pojawili się panowie z Jimmy Bowskill Band. Młody muzyk ze swoimi dwoma kompanami zaprezentowali porcję całkiem przyzwoitego bluesrockowego łojenia. Oczywiście prominentną role odgrywała tu gitara Bowskilla raz po raz czarującego melodiami sprzed pół wieku. Uroku dodawał też niewątpliwie jego głos, mocno przypominający Geddy'ego Lee z Rush. Choć sala była wypełniona po brzegi, to półgeriatryczny tłum raczej dość spokojnie reagował na to co dzieje się na scenie i nagradzał muzyka brawami jedynie w przerwach pomiędzy utworami. Oczywistym było, że dla tych ludzi, tego wieczoru liczył się będzie tylko jeden zespół. Po 45 minutach scenicznego szaleństwa i popisowych solówek instrumentalnych Bowskill z kolegami zeszli ze sceny nagrodzeni brawami.

Na występ Wishbone Ash czekać  trzeba było około 25 minut, jako że ustawiano i strojono sprzęt. O godzinie 21.15 na scenie pojawiło się czterech panów, którzy dla wielu osób obecnych pod sceną zafundowali jedno z największych życiowych przeżyć. Choć pierwsze dwa kawałki w wykonaniu Andy'ego Powella (nota bene - jedynego oryginalnego członka zespołu) i kompanów zabrzmiały zadziwiająco niemrawo, to już "Sometime World" dobitnie rozbujał publikę. Od tego momentu dało się wyczuć, że między muzykami a fanami nawiązała się nic porozumienia.

Muzycy zaczęli występ od staroci, głównie z płyty "Argus". Poleciało m.in. "Blowin' Free", "Throw Down The Sword", "The King Will Come", "Jail Bait", "Errors of My Way" oraz niegrany od blisko czterech dekad "Lady Jane". Potem usłyszeliśmy kilka nowszych numerów np. "Stormy Weather". Na zakończenie poleciło "Phoenix" i bisowe "Ballad Of The Beacon". Zabrakło natomiast kultowych utworów "Persefone" oraz "Warrior", choć nie sądzę, aby publika była tym faktem wielce zniesmaczona.

Pomimo zaawansowanego wieku, widać i słychać było, że muzycy Wishbone Ash to sceniczni wyjadacze, którzy doskonale opanowali warsztat instrumentalny. Zabrakło może klasycznych, gitarowych pojedynków, ale dziadkom można to wybaczyć - zafundowali wystarczającą porcję pysznego rockowego łojenia, której ciężko szukać wśród młodszych kapel. Koniecznie trzeba wspomnieć o nagłośnieniu - nigdy przedtem nie słyszałem go tak świetnego - każda nuta, każdy dźwięk brzmiał czysto, jakby leciał z płyty - to też jest kwestia doświadczenia i wypracowanego stylu.

Kiedy tłumy opuszczały lokal, podejrzewam, że nie było ani jednej osoby, która czułaby się zawiedziona tym koncertem. Wishbone Ash byli klasą sami dla siebie. Ja natomiast czuję zaszczyt, że mogłem obejrzeć legendę na żywo, gdyż nie wiem, czy druga taka szansa kiedykolwiek się powtórzy.

http://www.darkplanet.pl/gallery/photo/87914
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Fotorelacja

Whishbone Ash - Fotorelacja

Podobne artykuły