Anotherland
Lem
Relacje :

Blaze Bayley, Rain, Privateer - Eskulap, Poznań (18.03.09)

Wybierając się na koncert Blaze Bayley, byłego wokalisty Iron Maiden nie spodziewałam się specjalnych fajerwerków. Muzykę zespołu znałam wyrywkowo, jednak gdy pojawia się szansa zobaczenia takiej legendy nie można było jej zmarnować.

W poznańskim Eskulapie zjawiłam się parę minut przed godziną 20. Zdziwiłam się bardzo niską frekwencją, gdyż na sali było niecałe 15 osób, kilka kryło się gdzieś w eskulapowych zakamarkach i zanosiło się, że sytuacja niewiele się poprawi. Nie chciałabym się tutaj rozwodzić na temat przyczyn takiego stanu, jednak umiejscowienie imprezy w samym środku tygodnia mogło być jedną z przyczyn.

Koncert rozpoczął się niezwykle punktualnie, gdyż tuż po godzinie 20:00 na deskach Eskulapa pojawił się Krakowski zespół Privateer w składzie: Marcin Maliszewski - wokal; Andrzej Pichliński - gitara basowa, Daniel Kesler - gitara, Amadeusz Krebs - perkusja oraz na klawiszach Piotr Sikora. Miałam okazję widzieć ich występ za czasów gdy wokalistą był Szymon Kostro (obecnie Pathfinder), a za bębnami zasiadał Jan Gabryś i muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem, dlatego z tym większą niecierpliwością oczekiwałam ich poznańskiego występu. Niestety jednak chłopcy zawiedli moje oczekiwania. Zagrali bardzo przeciętnie choć muzycznie prawie poprawnie. Prawie, gdyż perkusja brzmiała strasznie tępo, stopy były zdecydowanie za słabe i całość zaprezentowała się niestety jak przysłowiowe "walenie po garach". Basista brzmiałby lepiej gdyby w ogóle było słychać dźwięki tego instrumentu - czyżby zespół pokłócił się z dźwiękowcem? Podczas całego koncertu udało mi się rozpoznać tylko 1 utwór - "Origami", no i niestety "szału nie było". Po krótkim, 30 minutowym secie Krakowiacy ustąpili miejsca kolejnemu suportowi, włoskiej formacji Rain.

Nie od parady mówi się o włoskim temperamencie, którego huraganowe działanie można było odczuć już w momencie gdy chłopcy pojawili się na scenie. Wokalista Francesco Grandi, perkusista Andrea Baldi, dwóch gitarzystów: Marco Rizzi i Alessio Amorami wraz z basistą Gabriel’em Ravaglia (który na tej części trasy zastępuje Gianni Zenariego) momentalnie roztopili lód którym publiczność przymarzła lekko do podłogi, zmywając dokumentnie nudę z obliczy fanów, jak to „Deszcz” ma w zwyczaju. To co działo się na scenie podczas koncertu Włochów można jedynie określić jako czysty, heavy metalowy ogień. Zespół istnieje od 1990 roku, jednak pierwsza płytę "Bigditch 4707" wydał dopiero w 1998 i momentalnie z lokalnej, znanej jedynie w Bolonii formacji stał się znany na całym Półwyspie Apenińskim. To, że chłopaki nie grają „od wczoraj” doskonale słychać w ich muzyce, a na poznańskim koncercie pokazali sporo świetnego, heavy metalowego grania, które było więcej niż poprawne. Ostre, przesterowane gitary nieustannie toczyły ze sobą boje na riffy prześcigając się w krótszych i dłuższych solówkach. Sekcja rytmiczna tym razem sprawowała się znacznie lepiej, o dziwo perkusista grał dokładnie na takim samy zestawie perkusyjnym, potrafiąc wydobyć znacznie głębsze i czystsze, charakterystycznie ostre brzmienie. Charyzmatyczny, długowłosy wokalista dwoił się i troił na scenie, skacząc, prężąc się i prezentując taką mimikę, której profesjonalny mim by się nie powstydził rozgrzewając publiczność do czerwoności. Gorąca, południowa włoska krew burzyła się nie tylko w żyłach muzyków, ale i publiczności, która żywiołowo brała udział w występie skacząc i skandując donośnie. Sceniczną prezencję i charyzmę, oraz muzyczne doznania oceniam na 666 w skali piekielnej. Chłopaki zaprezentowali znaczną część swojego nowego materiału pochodzącego z krążka Dad is Dead i zagrali długi, bo ponad godzinny set. Obok własnych kompozycji usłyszeliśmy kilka roverów, m. in. „Rain” zespołu The Cult oraz AC/DC „Highway to Hell”. Piekielna autostrada zabrzmiała na zakończenie świetnego, płomiennego koncertu zespołu Rain, którego z żalem pożegnałam schodzącego ze sceny.

Tak rozgrzani i rozruszani udaliśmy się po kojący, złoty napój. W powietrzu natomiast wyczuwało się napięcie przed występem headlinera dzisiejszego wieczoru: Blaze'a Bayley’a. Na intro usłyszeliśmy utwór Krzysztofa Pendereckiego „Siedem Bram Jerozolimy” oraz rozentuzjazmowane okrzyki tłumu. Tak, tak tłumu, gdyż podczas koncertu Rain publiczność rozmnożyła się kilkakrotnie. Blaze Bayley pojawił się na scenie punkt 22:00 wraz z zespołem, w składzie: Nico Bermudez i Jay Walsh dzierżący gitary oraz w sekcji rytmicznej: David Bermudez – bass oraz Larry Peterson za perkusją. Jak można się było spodziewać, najwięcej utworów pochodziło z najnowszej płyty wokalisty "The Man Who Would Not Die". Także usłyszeliśmy oczywiście tytułowy kawałek, poza tym m.in.: "Smile back At Death", "Samurai" ,"Crack The System", "Robot", a także z poprzedniej płyty, "Blood And Belief" m. in. "Ten Seconds" i "Blood and Belief". W repertuarze koncertowym, ku uciesze zebranych pod sceną fanów nie zabrakło również coverów zespołu Iron Maiden, gdzie Blaze wystąpił na dwóch studyjnych albumach: "The X Factor"oraz "Virtual XI", reprezentowanych przez: "The Clansman", "Futureal"oraz "Man on the Edge". Bayley wokalnie zabrzmiał wręcz rewelacyjnie, znacznie lepiej niż na studyjnych nagraniach. Fani reagowali bardzo entuzjastycznie, niemal wyjmując słowa utworów z ust wokalisty. Charyzmatyczni muzycy wzbudzali niesamowite emocje w tłumie zebranym w poznańskim Eskulapie. Moją szczególną uwagę zwróciła świetnie brzmiąca, ostra perkusja, a oczy otworzyły mi się ze zdumienia, gdy zorientowałam się, że znów jest to ten sam zestaw perkusyjny. Peterson potrafił wydobyć z niego maksymalną głębię i brzmienie, co potwierdza tylko wysoką klasę tego perkusisty. Duet gitarowy Bermudez - Walsh brzmiał wyśmienicie, ostre brzmienie siedmiostrunowej gitary Bermudeza, doskonale skomponowane solówki i riffowe potyczki obu gitarzystów po raz kolejny tego wieczora wzburzyły krew w żyłach zebranych osób.

Podsumowując środowe koncerty, subiektywnie stwierdzę, że Rain zmył wszystkie zespoły ze sceny poznańskiego Eskulapa. Ich płomienna charyzma dowiodła iż muzyka heavy metalowa może być nadal świeża i żywa. Nie trzeba było być fanem formacji by bawić się na maksa. Ogromny plus należy zapisać na koncie obsługi technicznej koncertu, dzięki której oczekiwanie na kolejne występy zmniejszone zostało do minimum. Koncert świetny, szkoda tylko, że publiczność nie była tak liczna jak na to zasługiwała ranga występujących zespołów. Podsumuję słowami usłyszanymi z ust Jay’a Walsh’a po koncercie: „If the crowd is good - everything else is perfect! Today was a fantastic day.”- "Jeśli publiczność jest dobra, wszystko inne jest znakomite. Dzisiaj był świetny dzień!"
http://www.darkplanet.pl/modules.php?name=usergallery&op=show_photo&id=65650

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły