Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Felietony :

Szatańska horda DarkPlanet

Wakacje się skończyły i trzeba się ostro brać do roboty. Dzieci zasuwają do szkoły z plecakami ważącymi co najmniej tyle co one same, studenty tracą na wadze stresując się poprawkami i spożywając kolejne potężne dawki złocistego trunku, który poprawi im krążenie i lepiej natleni umysł, zaś muzycy skończyli wygrzewać jajka w słońcu i zmuszeni byli zamienić festiwale i sceny na żłopanie browarów w studiach nagraniowych. Efekt? Cała masa przeróżnych wydawnictw, nierzadko bardzo wysokiej próby.
Szatańska horda DarkPlanet też nie próżnuje - patrząc na ostatnie nasze podsumowania, na reakcję czytelników jak i samej redakcji, zdecydowaliśmy się poszerzyć nieco grono diabelskich pomiotów, tak aby jak najmniej wydawnictw nam uciekło, a także żeby pozbierać trochę zaległych śmieci. Trzeba przyznać, że dawno nie byliśmy tak zadowoleni z efektu. Dodatkowo, z racji tego, że jest nas teraz tu trochę więcej - zdecydowaliśmy się wprowadzić objaśnienie skali oceniania - gdyż zapewne każdy z nas okrutnych sędziów ma swoje kryteria. W celu ujednolicenia systemu oceniania warto więc co nieco objaśnić. Na dzień dzisiejszy - jako, że to jest pierwsza próba usystematyzowania ocen, nie każdy z recenzentów miał okazję, aby się do niej dostosować, ale wkład włożony w zredagowanie tych pozycji my Wielka Trójca nakazujemy wręcz przymknąć oko, na pewne pobłażliwości. No więc, skoro stosujemy skalę od 1 do 10, pytając nielicznych o zdanie i nie licząc się z przyszłymi opiniami przyjęliśmy następujący system oceniania:
1-2 - beznadziejna3-4 - słaba5-6 - średnia7 - dobra8 - bardzo dobra9 - rewelacyjna10 - absolutny geniusz
Niestety - DarkPlanet nie jest żadnym Metal Hammerem, Teraz Rockiem czy jakimkolwiek innym zinem i dlatego uważamy, że stosowanie PEŁNEJ SKALI jest wskazane a nawet pożądane. Tutaj nie ma litości - jesteśmy muzycznymi fanami i mamy prawo oczekiwać od naszych idoli najlepszego. Za wysiłek włożony w usatysfakcjonowanie nas  będą pochwały, za odpierdalanie fuszerki, będziemy rąbać dupska! Oto co szatańska horda wymodziła tym razem.
METAL:
Alastor - Spaaazm (Metal Mundus Records)Choć pochodzący z Kutna Alastor działa na scenie muzycznej już 23 lata, to nigdy nie udało im się zdobyć szerszego uznania. Teraz po 12 latach grupa próbuje wskrzesić mrzonki za sprawą czwartego studyjnego albumu "Spaaazm" i niestety robi to nieudolnie. Thrash w wykonanie ekipy z Kutna jest pozbawiony mocy, kreatywności i najzwyczajniej w świecie męczy - tym bardziej, że to aż 13 kawałków.Ocena: 4/10 (Harlequin)
Achokarlos - Forget All You Know (płyta wydana przez artystę)Achokarlos to 24 letni młodzieniec, który zaistniał przez okienka YouTube swoimi popisami gitarowymi. Nie byłoby nic w tym dziwnego gdyby nie fakt, że w zaciszu domowym prezentuje pełen profesjonalizm na poziomie światowym. Potrzeba jest matką postępu więc kolejny krok  Achokarlosa jest całkowicie zrozumiały. Ciekawe, przemyślane melodie bez nachalnej wirtuozerii, stylistycznie osadzone gdzieś w okolicach Pestilence, Death czy Testament, znajdą sobie wielu zwolenników. Wróżę ciekawą przyszłość. Ocena: 6/10 (Dementia)
Black Anvil - Time Insults The Mind  (Relapse Records)Nowojorscy hardcore'owcy z Kill Your Idols w domach poodwracali krzyże i postanowili grać black metal. Brzmi śmiesznie? Raczej niezupełnie, bo wychodzi im to świetnie i rozpoczęli trasę po Stanach z Mardukiem. Koledzy nie kryją swoich fascynacji Venom, Celtic Frost i Bathory, co jest mocno wyczuwalne. Nie znajdziemy tutaj norweskich cukiereczków z krainy jednorożca a jedynie czystej krwi prymitywny old skull, czasem podszyty punkowymi riffami. Dobrze przemyślane utwory z fajnymi melodiami, bez blastowej galopady za to z ciężarem tylko dla HC grubasków! Na deser cover Celtic Frost. Ocena: 9/10 (Dementia)
Blood Mortized - Blood Mortized (Vrykoblast Productions)Szwecja znów daje się we znaki i to cieszy mnie bardzo, ale chyba najbardziej ów fakt,  że  powróciła pierwsza liga zgryżliwego i brudnego grania z charakterystycznym brzmieniem dawnego studia Sunlight. Nazwa już trochę zapomniana, lecz gwarantuję że Sunlight Studio to był szwedzki death metal w krystalicznej postaci. Po latach, kiedy studio zaprzestało prac nad charakterystycznym brzmieniem a death metal stał się swojski jak bimber ze śledziem, tęsknota zakręciła łezkę nie jednemu i oto po latach dzwięki znane z albumów Entombed, Grave, Dismember czy Carnage powracają! Rasowym sunlightem ( nie nagrywanym tamże) w tym roku zaatakowali na albumach: Revolting, Paganizer, Ribspreader, Bone Gnawer a zaraz po nich Blood Mortalized, zespół w skład którego wchodzą dawni członkowie Amon Amarth i Excruciate. Trzeba przyznać, że płyta brzmi jak z 1992 roku i słychać że na tapetę wzięli dokonania Entombed i choć tak jest to nie będę wytykał podszywania się wokalisty pod L.G. Petrova, jest to wyrażne a niektóre muzyczne patenty są wprost wyjęte z twórczości Grave i Entombed.  Dla mnie na plus, ale u nich mają bęcki. Nie mniej jednak brzmienie jest pełniejsze i bogate w różne smaczki. Świetny dowód że dużo się dzieje a tradycje szwedzkie powracają do death metalowych łask. Ocena: 7/10 (Dementia)
Burnt By The Sun - Heart Of Darkness (Relapse Records)Podczas gdy wiele zespołów, które kilka lat temu stanowiły trzon mathcora ewoluowało i teraz odważnie eksperymentuje z nowymi brzmieniami, Burnt By The Sun pozostaje wierny swoim korzeniom wprowadzając w swojej muzyce jedynie kosmetyczne zmiany. Na "Heart Of Darkness" znajdziemy wyważoną mieszankę mathcore'a, hardcore'a, grindcore'a i sludge metalu ubrane w całkiem zgrabne, czytelne, dobre, ale trochę zbyt zachowawcze kompozycje.Ocena: 7/10 (Harlequin) 
Caliban - Say Hello To The Tragedy (SCF Records)Caliban sukcesywnie pracował na opinię jednego z najważniejszych zespołów metalcorowych. "Say Hello To The Tragedy" potwierdza, że Niemcy są w przyzwoitej formie i nadal potrafią tworzyć skoczną i wściekłą muzykę, której coraz ciężej jest szukać wśród amerykańskich reprezentantów gatunku. Siódma propozycja grupy, choć daleka od oryginalności i zaskakująco źle wyprodukowana (płyta brzmi jakby była nagrywa na jamniku), to broni się muzycznie, brzmi dość świeżo i na pewno zadowoli miłośników tego nurtu.Ocena: 6/10 (Harlequin)
Despised Icon - Day of Mourning (Century Media)Popularność matematycznego metalcore przyniosła wiele dobrego dla sceny i trudno się z tym nie zgodzić. Nadeszły czasy walki o miejsce na muzycznym podium w każdej dziedzinie ciężkiej muzyki, a w efekcie przeplatania się gatunków. Zacierają się granice między hardcore i death metalem kumulując wokół siebie publiczność kiedyś wrogo do siebie nastawionych gatunków. Despised Icon jest zespołem który dobrze opanowałsztukę gdzieś w domowym zaciszu i teraz jak Karate Kid prezentuje porządny cios w pysk ciemnej strony mocy. Oczywiście więcej tu hardcore lecz precyzja wykonawcza ujawnia kunszt twórczy i rodowód wokalisty Alexa Eriana który ma już za sobą walki u boku Neuraxis i Ion Dissonance. Potężna luta i ołów dla fanów Cephalic Carnage.  Ocena: 8/10 (Dementia)
Diablo Swing Orchestra - Sing Along Songs For The Damned And Delirious (Ascendance Records)Awangardowy sekstet szwedzkiego Diablo Swing Orchestra po raz drugi udowadnia, że łączenie metalu z operetka, operą i kabaretem nie jest czymś niemożliwym. "Sing Along Songs For The Damned And Delirious" jest wypadkową pomiędzy ekstremalnym obliczem Unexpect, a symfonicznym wcieleniem Therion oferując całkiem wyważoną, bogatą, ale łatwo przyswajalną dawkę ambitnych dźwięków. Ziemia się nie wstrząsnęła, ale pozycja do obowiązkowego odsłuchu.Ocena: 8/10 (Harlequin)
Drudkh - Microcosmos (Season Of Mist)Ukraińcy tez potrafią! Drudkh za sprawą swojego najnowszego albumu "Microcosmos" wraca do gry, po kilku latach zastoju twórczego. Na najnowszym krążku znajdzie się co prawda kilka niepotrzebnych dłużyzn, ale niemało jest też przyzwoitych, surowych melodii i harmonii oprawionych w intrygujący klimat i niezły warsztat instrumentalny.Ocena: 6/10 (Halrequin)
Dying Fetus - Descend Into Depravity (Relapse Records)Po nieco słabszym albumie jakim było "War Of Attrition" trio Dying Fetus powraca z nowym albumem, który pokazuje, że zespół wraca do formy. "Desced Into Depravity" oprócz bardzo sprawnie zagranego mixu deathcora i deathgrindu przemyca całkiem sporą dawkę technicznego łomotu w stylu Necrophagist sprowadzającego się do gitarowego neoklasycyzmu. W dalszym ciągu jednak Amerykanie są w stanie dostarczyć sieczkę na wysokim poziomie, na tyle interesującą, aby uznać "Descend Into Depravity" za dobry album.Ocena: 7/10 (Harlequin) 
Elenium - Eccentric Souls Anatomy (Lilith Productions)Najwyższa pora! Po 9 latach doczekaliśmy się w końcu debiutanckiego krążka pochodzącego z Jasła Elenium. "Eccentric Souls Anatomy" to porcja pysznego symfonicznego black/death metalu z niemałą nutką awangardy. Trio świetnie wycisnęło kwintesencję stylów późnego Emperora, Lux Occulty, Theriona i Sceptic i stworzyło 10 naprawdę spójnych i intrygujących kompozycji, które dają podstawę do tego, aby uznać Elenium za przyszłość polskiej sceny metalowej.Ocena: 7/10 (Harlequin)
Ensiferum - From Afar (Spinefarm Records)Finowie mają to do siebie, że każda grupa grająca folk/viking metal opiera swoją muzykę na podobnych schematach. Nie inaczej jest z Ensiferum, który właśnie za sprawą "From Afar" dostarczyli po raz czwarty porcję typowego fińskiego folk/viking metalu. Problem jest jednak taki, że dostaliśmy płytę nierówną - pierwsze utwory raczej nie zachwycają, a nawet rozczarowują. Druga połowa krążka jest jednak o niebo lepsza i pokazuje duży potencjał tkwiący w grupie. Dobre wykonanie, nierówny poziom kompozycyjny, brak oryginalności, nieco suche i płaskie brzmienie oraz przesadny patos raczej nie zachęcają do tego, aby spośród setek podobnych wydawnictw wybrać właśnie "From Afar".Ocena: 4/10 (Harlequin)
Evile - Infected Nations (Earache Records)Brytyjski Evile powraca z drugim albumem, aby potwierdzić to, że młodzi też potrafią grać oldschoolowy thrash. O ile debiut wywołał trochę kontrowersji, o tyle "Infected Nations" raczej nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z bardzo dobrym zespołem. Klasyczny thrash, gdzieś z pogranicza Slayera i Metalliki z czasów "...And Justice For All" jest tu odegrany bezbłędnie na bardzo wysokim poziomie, świetnie wyprodukowany i jeszcze, żeby te niebanalne utwory miały w sobie przysłowiową "iskrę bożą", która by porwała, to byłbym bardzo zadowolony. A tak to jest "tylko" dobrze, ale i monotonnie.Ocena: 6/10 (Harlequin)
Exence - Hystrionic (Punishment 18)Stęsknił się ktoś za Chuckiem Schuldinerem? Debiutancki album włoskiego Exence to pozycja skierowana właśnie do miłośników technicznego acz melodyjnego grania. "Hystrionic" to pozycja pełna energicznych i skomplikowanych riffów, świetnych solówek i przyzwoitych melodii. Choć oryginalnością Włosi nie grzeszą, bo zafundowali słuchaczowi krzyżówkę "Symbolic" i "The Sound Of Perseverance" w nieco mniej jazzowej formie, to materiał zapada w pamięć, brzmi świeżo i śmiało można go uznać za jeden z bardziej udanych klonów "schuldinerowskiej" szkoły. Jednak to tylko klon.Ocena: 6/10 (Harlequin)
Faust - From Glory To Infinity (Paragon Records)Wydawać by się mogło, że mając w składzie Steve'a DiGiorgio i naszego Daraya nie można nagrać słabej płyty. Tymczasem Włosi z deathmetalowego Faust udowadniają, że żaden wielce utalentowany muzyk nie pomoże, jeśli kompozytor jest cienki jak dupa węża. "From Glory To Infinity" to marny, zblackowany death metal pozbawiony kopa, inwencji twórczej, głębokiego brzmienia i dobrych melodii. Omijać.Ocena: 3/10 (Harlequin)
Ghost Brigade - Isolation Songs (Season Of Mist)Krzykliwy growl, ciężkie gitarowe riffy raczej bez wyraźnych pojedynczych solówek oraz klimatyczne wstawki - tak w największym skrócie opisać można by muzykę tworzoną przez Finów z Ghost Brigade. I gdyby tylko w ten sposób określić "Isolation Songs", właściwie nie różniłoby się ono wiele od debiutanckiego "Guided By Fire". Równie często słychać charakterystycznie "fińsko" brzmiące  linie gitar prowadzących jak i wokal wpadający niekiedy w metalcore’ową manierę, ale to co urozmaica wybitnie ten album, to większe niż dotychczas zastosowanie czystego śpiewu (mamy na płycie nawet elementy balladowe - np. początek "Concealed Revulsions"). Wszystko to razem dało dość urozmaicony materiał, którego naprawdę dobrze się słucha! Ocena: 7/10 (minawi)
Goreaphobia - Mortal Repulsion (Ibex Moon Records)Po 21 latach istnienia w końcu doczekaliśmy się debiutanckiego albumu Goreaphobii - formacji, w której udzielają się muzycy m.in. Incantation. Kult kultem, ale po co "Mortal Repulsion" ujrzało światło dzienne - tego nie wiem. Deathmetalowy prymitywizm, który jest jeszcze bardziej dosadny w swojej prostocie niż ostatnie dokonania Obituary czy Six Feet Under najzwyczajniej w świecie nie prezentuje nic - ani dobrego wykonania, ani dobrych kompozycji, ani mocy. Słuchacz za to ma kilkadziesiąt minut wyjęte z życiorysu.Ocena: 2/10 (Harlequin)
Hatebreed - Hatebreed (E1 Distribution)Hatebreed zawsze jawił mi się jako znak jakości w metalcore'owym światku - proste, pełne energii, bezpretensjonalne granie. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej propozycji grupy - co prawda niczego nowego ta płyta nie wnosi do gatunku, ani do wizerunku grupy, ale to wciąż jest porcja solidnego metalcore'a zakorzenionego mocno w harcorowej tradycji. Ocena: 6/10 (Harlequin)
Hellwitch - Omnipotent Convocation (Xtreem Music)Reunionów ciąg dalszy - tym razem techniczno thrash/deathowy Helliwtch oferuje swój pierwszy od 19 lat album i prawdę mówiąc nie wiem po co. "Omnipotent Convocation" prezentuje prymitywniejsze wcielenie tego z czego znany był Sadus. Do wykonania przyczepić się nie można, ale to nie jest techniczny poziom, którym można się zachwycać. Utwory raczej są jednorodnej maści, szybkie, jazgotliwe, jakby wzorowane na niemieckiej szkole. Nie jest to album zły, ale też ciężko o nim powiedzieć dobry.Ocena: 5/10 (Harlequin)
Immortal - All Shall Fall (Nuclear Blast)Miał być huczny powrót - szampan, bąbelki, uczta... a tymczasem goście dostali co najwyżej porządny obiad. "All Shall Fall" przemyca wszystkie elementy stylu, jakie To blackowe trio wypracowała w ostatnich latach przed rozpadem - jest mroźnie, jest komicznie, jest dynamicznie ... ale to wszystko już słyszeliśmy od Immortal, i to niejednokrotnie w lepszym wydaniu. "All Shall Fall" choć jest dobrym albumem, to nie zrekompensował w pełni siedmiu chudych lat oczekiwań.Ocena: 7/10 (Harlequin)
Insomnium - Across The Dark (Candlelight)Takich płyt jak "Across The Dark" jest wiele. Insomnium czerpią garściami z twórczości starego Amorphis i starej Katatonii wplatając w to melancholijne, deathmetalowe plamki rodem z Dark Tranquillity. Choć takiego grania jest obecnie sporo na rynku, to nowa propozycja Insomnium wypada całkiem przyzwoicie na tym tle.Ocena: 6/10 (Harlequin)
Leaves' Eyes - Njord (Napalm Records)Podczas gdy Theatre Of Tragedy od jakiegoś czasu regularnie dają ciała, tak Leaves Eyes z płyty na płytę prezentuje się coraz lepiej. "Njord" to kolejny krok naprzód w rozwoju zespołu, choć płyta teoretycznie niczego nowego do gatunku nie wnosi. Leaves Eyes dostarczyło kawał solidnego gotycko-symfonicznego metalu z zawodzącą panną i growlującym panem za mikrofonem. Niby takiego grania jest obecnie sporo, ale na tym tle nowa propozycja Leaves Eyes prezentuje się nadzwyczaj świeżo.Ocena: 7/10 (Harlequin)
Magrundergrind - Magrundergrind (Willowtip)Ostatnimi laty można zauważyć pewne ruszenie na grindcorowej scenie, pojawiło się sporo kapel, które mają coś ciekawego do zaoferowania. W przypadku debiutu Magrundergrind możemy mówić co najwyżej o przeciętności, gdyż formacja łączy w sobie wpływy Napalm Death, Brutal Truth i Nasum, nie wychodząc jednak poza te ramy. "Magrundergrind" to poprawny grindowy materiał, ale nic ponad to.Ocena: 5/10 (Harlequin)
Marduk - Wormwood (Regain Records)Bardzo miło się zaskoczyłem poprzednim albumem Marduk "Rom 5:12". Po serii słabszych wydawnictw Szwedzi nieco uprościli swoją muzykę, czyniąc ja bardziej chwytliwą. Pomysłów wystarczyło chyba jednak tylko na jeden album, bo "Wormwood" to płyta nierówna - obok naprawdę dobrych, blackowych blasterów, mamy sporo fragmentów, gdzie wszystko brzmi jak nieobrobiony materiał z próby. "Wormwood" jest pełen kontrastów, tak jak i pełne kontrastów są odczucia towarzyszące odsłuchowi.Ocena: 5/10 (Harlequin)
Megadeth - Endgame (Roadrunner Records)Pewno niejeden już powiesił na Rudym Davie krzyżyk i przestał śledzić poczynania thrashmetalowej legendy. Tymczasem współpraca z Chrisem Broderickiem zaowocowała albumem, który nie tylko jest jednym z największych dokonań Megadeth, ale także w gatunku. Fantastyczne heavy/thrashowe riffy, ogrom energii wydobywający się z każdej nuty, miliard pysznych solówek, a wszystko polane tymi charakterystycznymi megadethowymi melodiami. "Endgame" to Megadeth jakiego nikt się nie spodziewał, Megadeth, który niczym profesor pokazuje młodym adeptom jak się gra zapierający dech w piersiach heavy/thrash, Megadeth, który przywrócił mi wiarę w ten gatunek tym bardzo dobrym albumem.Ocena: 8/10 (Harlequin)
Necrophobic - Death To All… (Regain Records)Jak sam tytuł wskazuje, Panowie są ostro wkurwieni, to znaczy zdenerwowani. I taki jest też ich nowe wydawnictwo - mnie melodii, więcej ognia. Niestety ten ogień piekielny nie jest i pomimo tego, że płyty słucha się z niekrytą przyjemnością, czuje się niedosyt, bo poprzednik ("Hrimthursum") zniewalał klimatem. Krok nie tyle w tył, co ostro w bok.Ocena: 6/10 (ignor)
Persefone - Shin-Ken (Burning Star Records)Andora militarną potęgą nie jest, ale póki istnieje Persefone i nagrywa takie albumy jak "Shin-Ken", metalowy światek będzie pamiętał o takim tworze geograficznym. Grupa dostarczyła właśnie kolejna porcje bardzo dobrze zagranego, nowoczesnego, progresywnego death metalu, w którym cos dla siebie mogą odnaleźć zarówno fani Opeth, Agalloch jak i nowszego Dimmu Borgir, Scar Symmetry czy nawet Dream Theater. Ciarki może nie przechodzą, ale o "Shin-Ken" ciężko powiedzieć coś negatywnego.Ocena: 7/10 (Harlequin)
Prejudice - Megalomanic Infest (Soulflesh Collector)Do tej pory belgijski Prejudice był raczej zaściankiem deathmetalowej sceny, gdyż niewiele o tej formacji słyszano. Sytuacja może się zmienić za sprawą najnowszego, czwartego już albumu grupy zatytułowanego "Megalomanic Infest". Grupa odważnie postanowiła połączyć deathmetalową technikę Cryptopsy, rytmikę Meshuggah i energię All Shall Perish, co finalnie zaowocowało całkiem dobrym, wyrazistym deathmetalowym albumem, który jawi się jednak jako trochę ograniczony w formie i zbyt mało urozmaicony, pomimo wysokiego poziomu wykonawczego.Ocena: 6/10 (Harlequin)
Redemption - Snowfall On Judgement Day (Inside Out)Panowie z Redemption pod raz czwarty już dostarczyli miłośnikom gatunku porcje solidnego, sprawnie zagranego, mainstreamowego progmetalu. Dużo tu naleciałości takich formacji jak Symphony X, Vanden Plas czy Evergrey - niby więc nie znajdziemy tu niczego odkrywczego, ale "Snowfall On Judgement Day" w żadnym wypadku nie jest wydawnictwem pretensjonalnym, tendencyjnym czy plastikowym - wszystko jest bardzo dobrze wykonane, kompozycje nie rażą infantylnością, a melodie nie są przesadnie patetyczne. Kto lubi wysoki poziom wykonawczy i nie razi go brak oryginalności może śmiało sięgać po ten albumOcena: 6/10 (Harlequin)
Revocation - Existence Is Futile (Relapse Records)Revocation na swoim drugim albumie odeszli nieco od nowoczesnego death metalu na rzecz nieco bardziej melodyjnych dźwięków. Gdybym miał opisać "Existence Is Futile" to nazwałbym to połączeniem późnych dokonań At The Gates i deathcorowym łomotem w stylu All Shall Perish, polanych nieco bluesujacymi solówkami. Materiał jest solidnie zagrany, skoczny, ale nigdy nie wkracza na grunt przesadnie technicznego grania. Niby nic odkrywczego, ale materiał przyzwoity.Ocena: 5/10 (Harlequin)
Seventh Angel - The Dust Of Years (Bombworks Records)Seventh Angel to kolejna thrashowa legenda, która całkiem niedawno się reaktywowała i niemal od raz u nagrała nowy album. Kto się jednak spodziewał, że Brytyjczycy dalej będą kultywować thrashową tradycję, ten się może rozczarować - "The Dust Of Years" ma w sobie więcej z doometalowego grania w stylu Candlemass czy nawet November’s Doom (growling) niż thrashowego łomotu (choć i elementy tego nurtu są tu obecne). I wszystko byłoby dobrze, gdyby tempo i jakość kawałków nie spadała im bliżej końca albumu.Ocena: 6/10 (Harlequin)
Sepsism - Distorting The Mortal Visage (Sevared Records)Sepsism wrócił z nowym zgniłkiem i szczerze mówiąc to prawdziwy złoty ząbek. Bez zbędnego smrodzenia, instalacji hydraulicznych i chrumkania prosto z chlewika, prezentują same delikatesy. Gitarowe mięsko nabrało wreszcie porządnego koloru a krwiste smaczki old skull'owego wydzwięku. Barwa wokalu to ta sama epidemia którą zarażał Chris Barnes na początku lat 90, co mówi, że infekcja Sepsism wreszcie wpełzała do pierwszoligowego grobowca. Jestem szczerze zadowolony z tej lekcji anatomii. Ocena: 7/10 (Dementia)
Sickening Horror - The Dead End Experiment (Soulflesh Collector)Choć tytuł drugiej płyty greckich tech-deathmetalowców nie brzmi obiecująco, to na całe szczęście nie musimy się omawiać, że muzyka zespołu utkwi w martwym punkcie. Wręcz przeciwnie - "The Dead End Experiment" mocno różni się od debiutu. Muzycy Sickening Horror zaoferowali słuchaczowi nieco utechnicznioną (świetne partie basu) i progresywną mieszankę stylów Immolation i Morbid Angel nie zapominając o tym, aby utwory miały jakąś kształtną formę. Mamy tu do czynienia z dobrym albumem, to jednak jest to wciąż za mało, aby wbić się do elity.Ocena: 7/10 (Harlequin) 
Swashbuckle - Back To The Noose (Nuclear Blast)Piracki thrash metal ! I to taki z dużą ilością punkowych i hardcorowych motywów. Jeśli jednak ktoś myśli, że "Back To The Noose" ma szansę konkurować z nową propozycją Municipal Waste ten jest w błędzie. Bolączką tego wydawnictwa jest to, że ma aż 21 krótkich kompozycji, z czego blisko połowa to akustyczne przerywniki i humorystyczne wstawki, które w ogólnym rozrachunku dekomponują ten album. Szkoda, bo grupa ma potencjał.Ocena: 5/10 (Harlequin) 
The Black Dahlia Murder - Deflorate (Metal Blade Records)The Black Dahlia Murder uchodzą za jeden z najważniejszych zespołów sceny deathcorowej. Niewątpliwie sobie na ten sukces zapracowali, ale ileż to można nagrywać jedno i to samo. "Deflorate" ma świeżość kapci starej babci - zbyt dużo tu słodziutkich melodii i oklepanych motywów, a bardzo dobre solówki, z których z resztą zespół jest, znany raczej niewiele wnoszą do zawartości tej płyty.Ocena: 3/10 (Harlequin)
Theatre Of Tragedy - Forever Is The World (AFM)Sceptycznie bardzo podeszłam do tego wydawnictwa. Tymczasem najnowszy krążek ToT wypada całkiem przyzwoicie na tle ostatnich dokonań zespołu. Nie ma co oczekiwać powrotu do "starych czasów" (to mogło się udać tylko Paradise Lost), zwłaszcza bez charyzmatycznej Liv Kristine, ale mamy tu kilka momentów, kiedy skojarzenia sięgają pierwszych lat działalności formacji - choćby "prawdziwy" growl pojawiający się w kilku utworach i częstsze stosowanie brzmienia czystego fortepianu. Wkurzać mogą trochę kiczowate chórki żeńskie i wtórność kompozycji, a także zbyt lekkie gitary, przez co utwory trącą sztucznością. Mimo wszystko nową płytę uważam za dużo lepszą niż poprzedni "Storm", dlatego posłuchać choćby i raz można. Ocena: 5/10 (minawi)
Threat Signal - Vigilance (Nuclear Blast)Krok wstecz i rozczarowanie - tak można nazwać drugi album modernmetalowego Threat Signal. Grupa w ogóle nie rozwinęła swojego stylu w porównaniu do debiutu - zamiast tego obcujemy z graniem bez energii, bez oryginalności, z płaskim syntetycznym brzmieniem. Takiego grania jest teraz wiele, a w przypadku Threat Signal lepiej sięgnąć po naprawdę dobry debiutancki album niż męczyć się z wtórnym do bólu "Vigilance".Ocena: 4/10 (Harlequin)
Thy Catafalque - Róka Hasa Rádió  (Epidemie Records)Ta płyta MIAŻDŻY. To już piąta płyta w dyskografii tej węgierskiej formacji, ale pierwsza, która w tak doskonały sposób poszerza granicę progresywnego metalu. Zespół miksuje tutaj elementy black, post metalu z ambientem i sporą ilością elektroniki. Coś niebywałego - ekscytujące spotkanie Sigur Ros i Arcturus. Z takimi płytami progresywna scena na pewno nie zginie. Gorąco polecam!Ocena: 8/10 (ignor)
U.D.O. - Dominator (AFM Records)To już chyba 38 identyczny album Udo Dirkschneidera, który z niemałym powodzeniem kultywuje spuściznę twórczości Accept pod szyldem U.D.O. Najnowsze jego oblicze - "Dominator" to porcja naprawdę fajne zagranego heavy metalu, z dobrymi, chwytliwymi melodiami, z których z resztą muzyk jest znany. "Dominator" nie wnosi absolutnie nic do gatunku, ani do wizerunku muzyka, ale trzyma wysoki poziom i bardzo przyjemnie się tego słucha - z resztą, czy mogło być inaczej?Ocena: 7/10 (Harlequin)
Whiplash - Unborn Again (Pulverised Records)Oto kolejny comeback. Po 11 latach milczenia thrashmetalowcy z Whiplash wypuszczają "Unborn Again" licząc, że wypłyną na fali powrotów. Niestety - kiedyś byli drugoligowcami, a teraz jest wcale nie lepiej. Thrash w średnim tempie, dość jazgotliwy, średnio zagrany, bez polotu i pazura. Ewidentnie kryzys wieku średniego doskwiera tym panom. Whiplash wrócił, ale ja do tego albumu na pewno nie powrócę.Ocena: 4/10 (Harlequin)
ROCK:
Alice In Chains - Black Gives Way to Blue  (Virgin Records)Kultowi Alisi powracają! Z nowym albumem i z nowym wokalistą Williamem DuVallem, który świetnie radzi sobie na tym stanowisku. I choć nie ma co porównywać go z Laynem Staley'em to jednak barwa głosu DuValla sprawia, że słuchając "Black Gives Way To Blue" nie zauważamy znaczącej różnicy z poprzednimi wydawnictwami AiC. Zresztą największą robotę i tak odwala niezniszczalny Jerry Cantrell, dzięki któremu na krążku znajdziemy świetne, wpadające w ucho kawałki (np. singlowy, mocarny "Check My Brain"), jak i nostalgiczne ballady (np. tytułowy "Black Gives Way To Blue"). Warto było czekać tyle lat na tak znakomity materiał! Ocena: 9/10 (minawi)
Black Crowes - Before The Frost... Until The Freeze (Silver Arrow)Moda na retro hard rock dała się wielu we znaki i choć oni do jednosezonowców nie należeli, to Czarne Kruki zawisły nad Black Crowes. To nie był dobry moment na to wydawnictwo, szczególnie stojąc w cieniu reaktywacji wielkich grup lat 70. Zespół także postanowił wznowić działalność i nagrać nowy materiał "na żywca" w studio. Choć jest w tym żywioł i duch, to jest to tak świeże jak oddech hippisa. Mając na uwadze ich przerwę w życiorysie i ostatnie dokonania ich konkurentów z The Answer, którzy zalepili dziurę po BC platynowym albumem, nie wiem czy wskrzeszanie trupa jest przemyślanym posunięciem. Słaby moment na słaby album. Ocena: 6/10 (Dementia)
Buckethead - Forensic Follies (TDRS Music)Każdy artysta ma jakiś tam swój wizerunek czy image, no, ale kubka z KFC to jeszcze na głowie u nikogo nie widziałem. Tym bardziej u artysty, który stojąc w czołówce gitarzystów na świecie robiłby to z uwielbieniem. Buckethead jest łatwo rozpoznawalny i niezależny, a z drugiej strony wybitny i rozchwytywany. O tym z kim pracuje na albumach też można pisać "achami", ale on sam traktuje tochyba tylko jako okazję do pogrania z kumplami. Czasem jednak myślę kto jest bardziej szczery w przekazie: facet w wiaderku KFC  czy przerysowany wirtuzik z fryką na "mokrą Włoszkę"? Idea gdzieś tu jest. Podobnie jest z muzyką która stanowi inną formę wypowiedzi, sztucznej i ordynarnej, przeradzając życie w plastikową mechanikę ludzkich zachowań. Utwory porzucają istotę natury i są muzyczną konwersacją człowieka i maszyny. Pełna robotyka, ból i zgrzytanie zębów. Album porzuca model emocjonalny i nadaje wzorzec dokumentalny z fabrycznego procesu przetwarzania. Kolejną odsłoną jest prowokacja, którą stanowi perfekcja wykonawcza - synonim sztuczności i bezduszności nowej muzyki. Polecam industrialnym pasjonatom, humanoidom oraz sprzętom domowym.Ocena: 9/10 (Dementia)
David Sylvian - Manafon (Samadhi Sound)David Sylvian to niesamowicie produktywny facet, od którego wielu może się uczyć jak z łatwością i regularnie wypuszczać świetne albumy. Człowiek, który stoi w jednym rzędzie obok takich artystów jak Brendan Perry, Hector Zazou czy Lisa Gerard, jest prawdziwym muzycznym magikiem i zasługuje na miano prawdziwego artysty a jego sztuka która wychodzi prosto z serca, po raz kolejny pokazała że talent to rzecz wrodzona. Ezoteryka i mistyka przenikają sie w akustycznych pasażach a mgliste i bagniste ballady dają ukojenie umęczonym duszom i czule grzeją emocje jak ognie św. Wita. Spośród wielu artystów na tym albumie na pewno trzeba jeszcze wyróżnić Otomo Yoshihide, którego się akurat nie spodziewałem w towarzystwie Sylviana, ale cieszę się że muzycy podjęli się współpracy, bo bez wątpienia jest to album o którym długo nie będzie mi dane zapomnieć.Ocena: 9/10 (Dementia)
Eureka - Shackleton's Voyage (InsideOut/SPV)Instrumentalny album konceptualny? Czemu nie, ale stworzyć cos takiego to trzeba mieć wielki talent. "Shackleton's Voyage" - najnowszy album niemieckiej Eureki do takich nie należy. Spokojna, mocno ubarwiana elektroniką muzyka nasuwa skojarzenia z Mikiem Oldfieldem czy nawet Ozric Tentacles, zaś cukierkowate, szczątkowe wokale kojarzą się z Pendragon. Materiał jest jednak zbyt rozwleczony i zbyt bezkształtny, aby pojawiające się tu i ówdzie ładne melodie przykryły jego niedostatki.Ocena: 5/10 (Harlequin)
Europe - Last Look At Eden (earMusic)Kiedyś byli wielcy - niby nosili pudle na głowach, niby słodzili, ale piosenki pisali genialne. Niestety, żaden z dwóch albumów nagranych po reaktywacji nie potwierdził klasy zespołu, a i najnowszy długograj Szwedów - "Last Look At Eden" tego nie zmienia. Po raz kolejny grupa podjęła średnio udaną próbę wskrzeszenia ducha przeszłości, co udało się połowicznie. "Last Look At Eden" jest zdecydowanie lepszy od dwóch poprzednich krążków, ale to jeszcze nie to czego oczekiwałem. Ckliwe melodie (które i tak nie dorównują tym sprzed 20 lat) na tle nowoczesnego brzmienia i klasycznych, rockowych podkładów zdecydowanie tłumią ogień, którym ten album mógłby epatować, bo niewątpliwie rockowy potencjał jest tu niemały.Ocena: 5/10 (Harlequin)
Gong - 2032 (Wakyo Records)Trudno o Gong pisać prosto i jednoznacznie, tak jak o każdym zespole który miał potężny wpływ na dzieje muzyki. Tak samo jak Pink Floyd, twórczość Gong przesiąknięta jest psychodelicznym artyzmem co jeszcze bardziej pogłębia trudności wypowiedzi. Model muzyczny jakim była psychodela w latach 60, dopiero dzisiaj odnajduje swoich prawdziwych pasjonatów, których do tej pory można było tylko odnależć wśród brodatych koneserów. Rozwój informacyjny przyniósł nam nie tylko  lepszy dostęp do muzyki, lecz także lepsze inspiracje dla artystów jakim bez wątpienia jest prezentowany zespół. Nagrywają od 40 lat i przez te wszystkie lata zdążyli zgromadzić bogatą rzeszę fanów która nie ujmuje im kunsztu który w psychodelii przypadał Pink Floyd.  Gong systematycznie pracował na swój sukces i to im się należy odpowiedzialność za rozwój gatunków transowych, jak i spory wpływ na industrial ( Psychic TV lub inne dokonania Genesisa P-Orridge'a ). Nowy album to zdecydowanie nowa forma i jakość, która barwnie potrafi udowodnić że ten trudny gatunek może być dostępny dla każdego a muzyka może sprawiać przyjemność i być świetną zabawą. Jest tu radość i szaleństwo, ale też są nieznane orgiastyczne emocje które nafaszerowane jakimiś cudami zdradzają nowe wymiary ludzkiej psychiki. Słuchając tego albumu odnoszę trochę inne wrażenia trochę dziwne, ale mocne i szczęśliwe : czuję się jak w sekcie "new age", czysty i doskonały, a każdy dżwięk utwierdza mnie we własnej nirwanie. Przesłanie i ten rodzinny nastrój oraz kosmiczna przestrzeń są tutaj olbrzymie a tysiące dzwięków błąkające się po pięcilinii w jakiś dziwny sposób każą wracać do siebie!Ocena: 9/10 (Dementia)
Guilt Machine - On This Perfect Day (Mascot)Arjen Anthony Lucassen jest znany z tego, że gra na wszystkim i wszędzie, tworząc cały szereg projektów z kręgu muzyki okołoprogresywnej. Tym razem ukazuje się pod postacią Guilt Machine, nagrywając płytę "On This Perfect Day". Wokalnie, oprócz Arjena, udziela się tu Jasper Steverlinck z Arid, a za bębnami zasiada Chris Maitland (ex-Porcupine Tree). Z takiego połączenia powstaje skomplikowana kombinacja space opery i neoprogrock/metalowych rozwiązań kompozycyjnych. Album jest oczywiście koncepcją, którą tym razem stanowi psychologia winy. Nie szukajmy porównań z np. "Human Equation" Ayreon, choć wiele jest podobieństw, jednak teraz Arjen opowiada inną historię. Ocena: 7/10 (minawi)
Living Colour - The Chair In The Doorway (Megaforce)Podniosłem się po uderzeniu jakim było wydarzenie poprzedniego albumu i bynajmniej nie z powodu zachwytu. Po prostu było słabo i nawet czary voodoo nie pomogły. Teraz chłopaki rzucili nowe 12 zaklęć i tym razem skutecznie. Bez gitarowego zgiełku, który w przypadku Living Colour działa na niekorzyść, utwory aż kipią energią. Znowu słychać szerokie inspiracje: od metalu aż po funk, wszystko delikatnie podszyte emocjami. Podoba mi się że nie pozbyli się tego obrzędowego nastroju który wciąż dodaje ich muzyce magii. Nie rozumiem jednego: ich kolega muzyczny T.M. Stevens potrafi albumem zabić, więc czemu Living Colour tego nie zrobi? No dobra, teraz im się prawie udało...  Ocena: 7/10 (Dementia)
Lynch Mob - Smoke & Mirrors (Frontiers Records)Już od ładnych kilkunastu lat George Lynch ze swoim zespołem działa na muzycznym uboczu, a kolejne albumy Lynch Mob nie cieszą się taką popularnością jak te z końca lat 80-tych. "Smoke & Mirrors" tego stanu nie zmieni, gdyż jest to materiał co najwyżej poprawny, utrzymany raczej w klasycznej rockowej konwencji aniżeli jego amerykańskiej odmianie. Płycie brakuje ognia i spontaniczności, przez co jest raczej beznamiętna, choć do samych utworów za bardzo przyczepić się nie można.Ocena: 5/10 (Harlequin)
KISS - Sonic Boom (Universal)Nigdy nie rozumiałem fenomenu tego zespołu, co zrodziło mój ambiwalentny stosunek do ekipy Paula Stanleya. Nowe wydawnictwo tylko utwierdziło mnie w tej tezie, otóż powód jest prosty: Kiss nie nagrał złego albumu, nie nagrał także dobrego. Kiss nagrał najlepszy album od 20 lat! Czy trzeba było męczyć słuchaczy eksperymentami z remiksami, czy n-tymi wersjami hitów znanych od lat? Ten album to dowód, że trzeba upuścić trochę powietrza i zagrać na miarę swoich umiejętności. Hard rockowy król powrócił na ring!Ocena: 8/10 (Dementia)
Paristetris - Paristetris (Lado ABC)Muzyka bardzo, bardzo niezależna, zresztą jak każdy projekt Macieja Moretti - muzyka, który język ironii opanował niemalże do perfekcji. I taki też jest ten album -  nieszablonowy, nietuzinkowy i jak na polska scenę zjawiskowy. Kompozycje z pogranicza popu, elektroniki, awangardy i miejskiego folku. Nie jest to płyta, która rzuca na kolana (na co wskazuje ocena), ale pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość.Ocena: 6/10 (ignor)
Pearl Jam - Backspacer (Universal Music Group)To oni jeszcze żyją? Ba, nawet grają i nagrywają płyty. Szkopuł w tym, że od czasu "Yield" panowie ze Seattle nie stworzyli nic, co by czymś zainteresowało, przyznam szczerze, że przestali mnie interesować już dawno. I oto mamy album "Backspacer" - krótki, ale treściwy, udowadniający, że Eddie Vedder jeszcze nie stracił głosu i potrafi tworzyć wpadające w ucho piosenki, jak choćby numer "Got Some" czy singlowy "The Fixer". Nowy album to przede wszystkim wesołe melodie, choć mamy też kawałki spokojniejsze, przywodzące na myśl solowe dokonania Eda (np. soudtrack do filmu "Into The Wild"). Płyta może nie porywa i nie jest to "to co kiedyś", ale generalnie jest lepiej niż było ostatnio. Zresztą, nie wymagajmy za dużo… Ocena: 5/10 (minawi)
Porcupine Tree - The Incident (Roadrunner)W założeniu dziesiąty już album Porków miał być "niezwykłą, hipnotyzującą podróżą muzyczną" i składać się z 55-minutowego, tytułowego utworu. W rzeczywistości wyszło tak, że dostaliśmy dwupłytowe wydawnictwo złożone z 14 różnej długości kompozycji + bonusowe 4 kawałki z oddzielnej sesji z grudnia zeszłego roku. Jeśli oczekujecie czegoś na miarę "In Absentia", będziecie jednak zawiedzeni. Nie ma tutaj bowiem tak charyzmatycznych kompozycji, choć wszystko, jak to u Stefcia Wilsona zazwyczaj, stoi na jak najwyższym poziomie technicznym i aranżacyjnym. Brakuje czegoś co by się wybijało ponad przeciętność - ot, poprawny progrock z nutą psychodelii, dla wielbicieli gatunku jak najbardziej cenna pozycja, pozostali mogą być lekko znudzeni. Ocena: 6/10 (minawi)
The 69 Eyes - Back In Blood (Warner Music)Miało być mocniej i jest mocniej, The 69 Eyes wkracza na obszar bardziej klasycznego rocka idąc przetartym przez wiele lat szlakiem. Z ich strony coś nowego, ze strony ogólno-muzycznej flaki z olejem. Do twarzy było im o wiele bardziej w wersji glam/gothic rockowej. Całość wydaje się wymuszona i robiona na siłę.Ocena: 3/10 (Nenar)
The Answer - Everyday Demons (SPV)Jeżeli czujesz po przebudzeniu, że z trudem otwierasz oczy, jeśli masz wrażenie, że opuściły Cię wszystkie siły i potrzebujesz solidnego kopa, który zmobilizuję do działania, skutecznym rozwiązaniem będzie posłuchanie nowej płyty The Answer. Ma ona w sobie bowiem potężny ładunek energetycznego hard rocka. Znakomita odtrutka na podły nastrój i ewidentny brak chęci.Ocena: 7/10 (ignor)
ELECTRO/INDUSTRIAL:
16Volt - AmericanPornSongs (Metropolis Records)Amerykańska scena industrialu uosabiana jest głównie z postacią Trenta Rezora i jego Nine Inch Nails. Mało kto jednak kojarzy, że dokładnie w tym samym czasie (1988 rok) swoją działalność rozpoczął równie znaczący i istotny dla rozwoju tego gatunku w Stanach jak i na całym świecie projekt Erica Powella - 16Volt. Fakt, Powell nie może raczej pochwalić się tak potężną dyskografią jak Reznor, sprzedażą płyt przekraczającą miliony egzemplarzy itp. ale załóżmy, że to świadomy i zamierzony ruch lidera 16Volt w kierunku ubocza sceny industrialnej wynikający z dalszej chęci pozostania w podziemiu. Nie wiem jednak jak długo można pozostawać w cieniu świadomie dobierając sobie do współpracy prominentnych ludzi gatunku (!) - zarówno na debiucie "Wisdom" gdzie do nagrań przyłożył się sam Kevin Ogilvie ze Skinny Puppy jak i teraz gdzie tracklista nowego albumu ugina się wręcz od ciężaru przybyłych gości. Tim Skold, Steve "Pig" White, Joseph Bishara (Danzig, Rasputina), Cyanotic Sean Payne, Scott Robison, Bildeaux Sarver Of Graphic, Jeremy Inkel z Left Spine Down czy samo Front Line Assembly, to tylko garstka ludzi i aktów, którzy przyłożyli łapy do tego rewelacyjnego albumu - esencjonalnej rzeczy pełnej autentycznej siły, agresji, industrialnej furii wyrażonej w natłoku nakładających się na siebie zdezelowanych aranżów, jadowitych sampli, automatycznych beatów i rozważnie aplikowanych emocji raz przybierających formę nie do końca poważnych raz nieżartobliwych. Surowy, bezwzględny, stanowczy i bardzo wymagający album - kolejny, który powinien obowiązkowo znaleźć się w kolekcji każdego fana industrialu.Ocena: 8/10 (Void)
Agapesis - Erotika (Danse Macabre Records)Domeną belgijskiego duetu Agapesis jest głównie artystyczny fetysz/seksualny performance - muzyka jest tu jedynie tłem, przepustką do swawolnych, swobodnych perwersyjnych wybryków Belgów prezentowanych bezwstydnie podczas kameralnych koncertów. Za wizualną stronę działalności duetu i ogromne zaangażowanie w tej dziedzinie należy się duetowi pochwała (choć wielu pokaz Agapesis pełen dosyć prymitywnych środków wyrazu może wydawać się niesmaczny) - pod ocenę podlega jednak zawartość płyty, która nie jest niestety oszałamiająca. Belgom ewidentnie zabrakło tu pomysłów, nagrania kontruowane są według podobnego szkicu: agresywne beaty + potężne linie basowe + kakofoniczne tło pełne sadomasochistycznych odgłosów + damsko-męskie wokale często nie trafiające w odpowiednie tony, przez co materiał po pierwszych kilku utworach zaczyna po prostu nużyć. Duetowi radzę więc dalsze spełnianie się w sypialni i nabywanie dalszych doświadczeń w tej dziedzinie - nagrywanie muzyki pozostawcie innym.Ocena: 4/10 (verdammt)
Angelspit - Hideous And Perfect (Metropolis Records)Niby kanadyjski Angelspit nie wydoroślał - wciąż w głowie siedzą im protestacyjne i ostenctacyjne bunty przeciwko ogólnoprzyjętym standardom, stawianie oporu i barykadowanie przesyłu współczesnych prądów w muzyce i popkulturze a jednak... nowa płyta " Hideous And Perfect" wyraźnie odstaje i wychyla się z szeregu poprzednich wydawnictw. Powód? W tym całym zgiełku, rażących dźwiękowych sprzecznościach i wokalnych dysonansach czai się pewna prawidłość - kawałki przyjemnie się uzupełniają a mnogość wykorzystanych tu gatunków (cyber punk, industrial, electro punk itp. itd.) nie powoduje wcale zawrotu głowy i mdłości. Bardzo idywidualna, dojrzała i unikalna płyta duetu ugruntowująca pozycję przowodników pracy cyber/electro punka.Ocena: 7/10 (verdammt)
Assemblage 23 - Spark (Metropolis Records)Wyparcie EBM ze struktury singlowego "Spark" wyszło Assemblage 23 na dobre. Znów najistotniejsze w muzyce Toma Sheara stały się wysokoenergetyczne melodie, aranżacyjne ozdobniki, przejrzyste wokale będące niezbitym dowodem jego kompozycyjnego potencjału. Szkoda, że tyle dobrego nie można powiedzieć o reszcie materiału z singla - o ile nieco old-schoolowy b-side "Helicopter Girl" przyjemnie angażuje słuchacza w poświęcenie mu chwili uwagi tak pozostałe kawałki kompletnie nie przystają do charakteru i poziomu wspomnianych wyżej nagrań. Liczę, że na pełnym albumie - "Compass" Shear uniknie tego typu wpadek.Ocena: 7/10 (verdammt)
Autodafeh - Re:lectro (Sigsaly Transmissions)Szeregi kolejnych pokoleń czujących się w obowiązku krzewić old-schoolowy EBM systematycznie się wydłużają. Gdzieś dwa lata temu do i tak licznych zastępów "marszujących" w takt 4/4 dołączyło szwedzkie trio Autodafeh. Debiut "Hunt For Glory" z 2008 roku spotkał się z ogromnym uznaniem koneserów prostego, by nie powiedzieć prymitywnego, EBM/electro co zachęciło Skanynawów do kontynuowania misji. EPka "Re:lectro" potraktować można jako dalszą niechybną demostrację mocy i możliwości Autodafeh umacniających swoją stałą pozycję w szeregu EBMowych herosów młodego pokolenia.Ocena: 7/10 (Void)
Black Heaven - History (Trisol)Dzieła wybrane duetu Black Heaven z lat 2001-2008 + kilka remiksów i premier czyli nieco wydłużona lekcja niemieckiego electro/gotyku podzielona na dwa ponad 50 minutowe wykłady z lat 2001-2008. Głównie dla wyznawców gatunku i obserwatorów działalności Martina Schindlera (również Mantus).Ocena: 7/10 (verdammt)
Claire Voyant - Lustre (Metropolis Records)Wstyd się przyznać, ale to moje pierwsze spotkanie z Claire Voyant. Po przejrzeniu dyskografii kwartetu z Sacramento mogę jednak odetchnąć z ulgą, zaległości są do nadrobienia - grupa w przeciągu prawie 15-letniej działalności wydała jedynie cztery płyty. Na ostatnią, "Lustre" przyszło fanom czekać zdecydowanie najdłużej (7 długich wiosen!), ale może zabrzmi to trochę tendencyjnie - naprawdę było warto. Claire Voyant kurczowo trzyma się założonych na początku działalności priorytetów - czarować słuchacza dreampopowymi melodiami umykając przy tym ckliwości, patosowi, i mydlanym, chusteczkowym konstrukcjom rozpływającym się w ogóle codzienności. Czwarty album studyjny to rzecz niemal wymarzona i stworzona na (przy)długie, chłodne jesienne wieczory - delikatne, zwiewne i eteryczne dźwięki, piętrzące się aranżacje układające się nierzadko w mistyczne kulminacje każdego utworu, anielskie wokale i rozważne, nie przesadne wykorzystywanie możliwości instrumentów o cudownie wyeksponowanych barwach. Fascynujące i przejmujące dzieło.Ocena: 9/10 (verdammt)
Clan Of Xymox - In Love We Trust (Trisol)Lekcja na przyszłość - do szumnych deklaracji typu "powrót do korzeni" podchodzić niezwykle ostrożnie. Zwłaszcza jeśli chodzi o grupę pokroju Clan Of Xymox, która od lat nie nagrała płyty, która sprostałaby oczekiwaniom fanów spodziewających się kolejnej mocnej pozycji godnej wpisania ją na listę lektur obowiązkowych gotyckiego rocka. Nowa płyta Holendrów - "In Love We Trust" to niestety zbyt czytelne muzyczne aluzje do wcześniejszych płyt (chociażby utwór "Sea Of Doubt" łudząco podobny do "All I Have" z krążka "Creatures"), podobna "filozofia" doboru temp itp. Chyba za bardzo chcieli nagrać coś "nieszablonowego". W rzeczywistości zespół rozmienił swój potencjał na drobne podpisując się pod muzyką owszem chwilami intrygującą, niestety w większości nużącą i szybko ulatniającą się z pamięci... Ocena: 6/10 (verdammt)
Concrete/Rage - Chaos Nation (Danse Macabre Records)Zastanawiam się czemu z tysięcy ofert projektów EBM/electro/industrial Bruno Kramm i jego wytwórnia Danse Macabre wybrali właśnie Concrete/Rage?! Może to gest solidarności z krajanami, może forma działalności charytatywnej wspierającej biednych i uciśnionych artystów wyrzuconych poza nawias pierwszej ligi ciężkiej elektroniki? W sumie samo Concrete/Rage samo na to sobie zasłużyło - bez problemu bowiem można zaliczyć ich do projektów grzęrzących w cuchnącej kupie beznadziejności, braku zastosowania (parkiety spokojnie obędą się bez "apokaliptycznych, bla bla bla, bezkompromisowych killerów") i schematów tendencyjnej i komercyjnej elektroniki. W sumie - płyta jakich wiele czyli dla nikogo.Ocena: 3/10 (verdammt)
Dexy Corp_ - Fragmentation (Black Rain)Z oficjalnego MySpace francuskiego kwartetu wyczytałam, że po ich muzyce możemy spodziewać się licznych odwołań do twórczości Skinny Puppy, Nine Inch Nails, Ministry, Foetus, Peace Love & Pitbulls, KMFDM, Atari Tenage Riot, Static-X itp. Jednym zdaniem - wielkie zjednoczenie electro z industrialem, rocka z metalem i tak dalej, i tak dalej... Wszystko fajnie - ale gdzie miejsce na własne pomysły? W muzyce Dexy Corp_ takowych nie przyuważyłam ale zważając na fakt, że to ich płytowy debiut przymykam oko z nadzieją, że na drugiej płycie usłyszę coś własnego, oryginalnego i wartego przynajmniej mojej uwagi.Ocena: 6/10 (verdammt)
Dupont - Entering The Ice Age (Progress Productions)Jedni jak ognia unikają prymitywnego i wtórnego grania, dla drugich to dostateczny, istotny, prawdziwy i ważny powód egzystencji na muzycznym rynku. Szwedzki Dupont od początku swojej działalności kojarzony jest z elektroniką "o niskim stopniu rozwoju" i nieco tępawym, marszowym EBMem. Ale właśnie tym (+ traktowanie wszystkiego z ogromnym dystansem i charakterystycznym poczuciem humoru) wkupili się w łaski fanów gatunku dla których dwie pierwsze płyty Skandynawów - "Behave" i "Ukraina" to obowiązkowy element domowej płytoteki. Niestety poprzednia i nowa płyta duetu - "Guilty By Association" to regularne szukanie obejścia dotychczasowego stylu na czym traci muzyka, wciąż minimalistyczna i powściągliwa, ale jednak na dłuższą metę nudna i rozczarowująca.Ocena: 6/10 (Void)
Extize - Hellektrostar (płyta wydana przez zespół)Pozytywne recenzje debiutanckiego wydawnictwa projektu Extize wskazują najwyraźniej na dalsze zapotrzebowanie i dostarczanie tego typu produktów na rynek muzyczny. Szczerze nie spodziewałam się, że kogokolwiek są w stanie zainteresować jeszcze apokaliptyczne electro-hymny obwieszonych toną plastiku "cybergotów" opakowanych w przyciasne skóropodobne ciuszki. A jednak. Debiut czwórki Niemców - "Hellektrostar" oferuje w sumie sześć nagrań utrzymanych w hellectro/trance/industrialnej stylistyce z czego połowa to kawałki premierowe, reszta remiksy Reapera, Studio-X i Nachtmahra. Jedynie dla zintegrowanych z "cyber-światem".Ocena: 6/10 (verdammt)
F.P. - Better Ways (BuDe-Productions)Berlińskie F.P. zawsze kojarzyło mi się z trójką niedojrzałych mężyczyzn roztkliwiających się nad każdym drobiazgiem, wzdychających godzinami do jednego kwiatka czy przeżywajacych nazbyt emocjonalnie pierwsze miłości co znajdowało pełne odzwierciedlenie w ich muzyce - leciutkim, mięciutkim, zwiewnym i... niestety po dłuższym czasie mdłym electro/synthpopie. Jakież było moje zdziwienie po odpaleniu trzeciej płyty tria - proces dojrzewania jednak ich nie ominął! F.P. prezentuje się tu zdecydowanie doroślej i poważniej - trio otworzyło się nareszcie na nowe dźwięki i rozwiązania przez co kompozycje wydają się być bardziej złożone i przemyślane. Album bezwzględnie zasługujacy na uwagę syntezatorowych romantyków.Ocena: 7/10 (Void)
KiloWatts & Vanek - Focus & Flow (Dependent Records)Chęć tworzenia, uwolnienia z siebie muzycznych wizji, obrazów formowanych przez twórczą wyobraźnię i przeniesienie ich w stan faktycznego istnienia tego duetu jest tak duża, że nie przeraża ich nawet odbiegająca od normy forma współpracy polegająca głównie na wymienianiu się strzępkami utworów za pośrednictwem maila. Peter Van Ewijk i Jamie Watts zarówno przy okazji nagrywania pierwszego albumu jak i tego "Focus & Flow" nie spotkali się w studiu ani razu. Obu muzyków dzieli tysiące kilometrów - niejednokrotnie utwory zmuszone są więc przechodzić długą odległość z jednego miejsca do drugiego i odwrotnie. Po przesłuchaniu i jednej i drugiej płyty zaskakuje więc jej spójność, harmonia dźwięków, które zamiast teoretycznie dryfować swoimi ścieżkami i nie zwracać uwagi na zbiegające się w miejscu i czasie odłosy z innych źródeł przepięknie się łączą tworząc płynny, oparty na właściwych proporcjach i zgrany materiał. "Focus & Flow" to nowa i nieszablonowa forma artystycznej eskpresji wyrażająca się głównie homogenią tekstów i muzyki - z jednej strony poetyckimi i inteligentnymi z drugiej bezpretensjonalnymi folk/electroakustycznymi brzmieniami "bez prądu" i przełomowymi rozwiązaniami w dziedzinie inteligentnej elektroniki.Ocena: 8/10 (Void)
Mesh - Only Better (Dependent Records)Prz okazji tego typu wydawnictw, oczekiwanych i wyglądanych długo przed ich premierą, bywam zazwyczaj realistką - nie robię sobie zbytnich nadziei-czekam co najwyżej na ewentualne miłe zaskoczenie. Moja powściągliwość bywa więc czasem nagrodzona - fakt, tytułowe nagranie wyjątkowo mną nie wstrząsnęło (esencja muzycznego wizerunku Mesha skrupulatnie kontynuowana od "We Collide" - przejrzysta i zwarta konstrukcja nagrania, nośna melodia, czytelny wokal, zaakcentowany udział instrumentów klawiszowych [na minus skrzypce z klawisza na początku] i gitary elektrycznej), ale na szczęście singiel mieści w sobie coś jeszcze: intrygujący "Everything I Made" w wersji KLOQ oraz remiks "Only Better" Alien 6 dźwigający głównie ogrom oczekiwań w związku z tym singlem.Ocena: 8/10 (verdammt)
Ministry - The Last Dubber (13th Planet Records)Do grupy fanatycznych i żarliwych zwolenników remiksów nie należę ale dla tej płyty odstąpiłam nieco od swoich zasad traktując ją nie jako zbieraninę nikomu niepotrzebnych i przekombinowanych interpretacji (moja definicja remiksu) a jako kolejny odcinek serialu pt: "pożegnanie Ministry ze sceną", które trwa już dokładnie drugi rok. "The Last Dubber"  to nic innego jak tuzin interepretacji, przetworzeń, reworków, wariacji i dźwiękowych sklejek nagrań z ostatniej płyty długogrającej - "The Last Sucker" dokonanych przez Claytona Workbecka z Revolting Cocks, Johna Bechdela (Killing Joke, Ministry False) oraz DJa Hardware. Polecam szczególnie przytłaczające swym ciężarem "Watch Yourself (The Clocks Strike Thirteen Mix)", intensywne "Death & Destruction (A Vote of Non-Confidence Mix)" oraz wrzynający się w pamięć industrialno/trance'owy dyptyk End Of Days Part". Jeśli wydawanie krążków remiksowych ma być sposobem na przedłużenie ceremonialnego zejścia Ministry ze sceny to ja proszę o więcej - może gdzieś w połowie drogi Jourgensem zmieni jednak zdanie.Ocena: 8/10 (Void)
Perfidious Words - Feel Like Me (Trisol)Choć niemiecki Perfidious Words istnieje już 18 lat - "Feel Like Me" jest dopiero trzecim albumem w ich dorobku, kolejnym po którego wysłuchaniu ciężko będzie uniknąć masy porównań z Depeche Mode. Duet jak może stara się stronić od zbieżności z 'trójcą z Basildonu" (m.in. dyskredytując ich deklaracjami: "jesteśmy lepsi od DM" itp.), ale im bardziej starają się umknąć porównaniom tym lepiej przykładają się do nagrań w studiu, im lepiej się przykładają tym lepszy efekt końcowy Ciągła walka z kompleksem Depeche Mode ma więc dla słuchacza pozytywne strony tj. nagrania zbiegające się konstrukcją do Brytyjczyków, zachowanie charakterystycznego klimatu, zastosowanie podobnego instrumentarium, pełne napięcia melodie i granie na emocjach oraz iście "gahanowy" wokal. Może nie jest to produkcja na światowym poziomie jaką pochwalić może się Depeche Mode, ale jak na warunki i możliwości Perfidious Words naprawdę dało radę.Ocena: 8/10 (verdammt)
Tangerine Dream - Flame (Eastgate)Miło mi się słucha tej płyty, tym bardziej że fajerwerków nie oczekiwałem. Tangerine Dream nie musi już nic udowadniać, bo tyle zrobić dla muzyki co oni to prawdziwa sztuka. Jak to każdy artysta, mieli lepsze okresy i gorsze, ale prawda jest  taka że oni tworzyli mroczny dark ambient wtedy, kiedy naprawdę mało kto myślał żeby tak grać. Te czasy minęły i zespół gra już trochę inaczej, ale legenda pozostała. Co zatem można mówić o nowym albumie pamiętając wspaniałe "Phaedra"  czy "Rubycon"? Tyle że po nich było ze 70 wydawnictw i zespół przeszedł całkowitą metamorfozę. Ha, ale nie do końca. Jest teraz miły dla ucha "ekologiczny" ambient, znany z pózniejszych płyt zespołu, okraszony syntezatorowym graniem. Cieszę się że nie skręca to w stronę J.M. Jarre i nachalnej obrazowości jak w przypadku Vangelisa. Po prostu fajne i miłe Tangerine Dream.Ocena: 6/10 (Dementia)
The Kick - Metal Heart (SupSpace Communications)Pod adresem zespołów-debiutantów zbliżonych brzmieniowo do legendarnych grup padają często zarzuty żerowania na czyjejś popularności, braku własnego pomysłu na siebie, kalkowania sprawdzających się pomysłów, chodzenia na łatwiznę itp. Powiem jednak, że od czasu do czasu tego typu projekty mają też swoje zastosowanie - przykład: co jeśli odsłuchiwanie pełnych dyskografii Nine Inch Nails czy brytyjskiego IAMX wejdzie nam w krew ale koniec końców stanie się przykrą rutyną, obowiązkiem czy machinalnie odtwarzaną czynnością pozbawioną jakichkolwiek emocji i uczuć? Idealnym wyjściem z impasu i alternatywym (w dosłownym tego słowa znaczeniu) wyjściem może okazać się debiut szwedzkiego The Kick. Słuchowych skojarzeń i nachalnych zbiegów okoliczności z IAMX czy NIN naprawdę nie da się tutaj uniknąć - David Sundqvist z lekkim zmanierowaniem i swobodą operuje wokalem zbliżonym swą barwą do Chrisa Cornera z IAMX czy Trenta Reznora z Nine Inch Nails, kokietuje i wciąga w wir brzmieniowego zróżnicowania, może wynikającego jeszcze z małego niezdecydowania, może z sympatii do kolażowania i bawienia się dźwiękiem. Alternatywno/industrial pop, disco, electroclash, rock, funk , shoegaze, synthpop wcale nie musi oznaczać sztraszliwego muzycznego mętliku a dobrą zabawę jaką oferuje ta płyta.Ocena: 8/10 (Void)
Urceus Exit - Compensation for the Sound of Silence (Arttofact Records)W kontekście twórczości kanadyjskiego Urceus Exit często pojawiają się porównania do takich grup jak Covenant, Haujobb czy De/Vision. Słusznie, w muzyce duetu niejednokrotnie da się dostrzec umykanie od gatunkowej sztampy i przerabiania jednego i tego samego materiału, dobieranie starannie wyselekcjonowanych dźwięków z drobiazgową wręcz dokładnością czy ogromną chęć stworzenia czegoś niepospolitego i logicznego w swej strukturze. "Compensation for the Sound of Silence" jest więc automatycznie dość skomplikowanym i niełatwym w odbiorze albumem wymagającym od słuchacza uważnego słuchania i wnikania w szkielet każdego utworu. Pozornie więc to tylko electro/future pop z industrialnymi wycieczkami a jednak nie taki prosty i pospolity jakby się mogło wydawać.Ocena: 7/10 (verdammt)
Xentrifuge - Converting Infinity (NoiTekk)Wymagać rozwoju od projektu takiej "marki" jak Xentrifuge to tak jakby oczekiwać czegoś praktycznie niemożliwego. Drugi album, "Converting Infinity" zastaje amerykański projekt zupełnie w tym samym miejscu co dwa lata temu. Kwartet dalej omamia ludzi apokaliptycznymi opowiastkami skąpanymi w  aggro/harsh/electro/industrialnej oprawie. Idealne na parkiet gdzie nie zastanawiamy się nad sensem i jakością tej muzyki, w domowym zaciszu wychodzą niestety poważne minusy i wtórność tego wydawnictwa.Ocena: 5/10 (verdammt)
Xotox & Detune-X - We Are Deaf (Pronoize Records)Komu potrzebne są takie kooperacje?! Nie dość, że niemiecki Xotox w pojedynkę dostatecznie i bezlitośnie rozprawia się ze słuchem chętnych na jego utratę koneserów to jeszcze dla spotęgowania i rozszerzenia rozmiarów hałasu i chaosu dobiera sobie drugi projekt - Detune-X. Efekt? Oboje świetnie wczuwają się w role okrutnych, bezwzględnych i nie okazujących litości maniaków dostarczających przesadnie dużą dawkę ogłuszających dźwięków, potężnych beatów i rytmicznego power/noise. Albo ja nie widzę sensu w tej "muzyce" albo ona po prostu nie ma sensu.Ocena: 4/10 (verdammt)
Z-Effektor - Zwischen XII Uhr (Danse Macabre)Na egzotyczne nazewnictwo muzyki wynikające głównie z chęci zindywidualizowania swojej twórczości i nadania jej pionierskiego charakteru reaguję alergicznie.  Do niemieckiego projektu Z-Effektor opisującego swą twórczość jako: renaissance electro podeszłam więc nader ostrożnie. Niepotrzebnie - tworzenie bariery i pewien dystans w stosunku do tej muzyki są po prostu zbędne. Debiut kwartetu "Zwischen XII Uhr", przynajmniej do mnie, trafił natychmiast bezbłędnie lokując się w moich gustach. W 14 pieśniach mistrzowsko połączono dwie ery muzyki - tę starożytną i tę współczesną, w pełni wykorzystując pełną paletę dostępnych instrumentów (organy, flet, harfa, lutnia, skrzypce w połączeniu z syntezatorami i beatami elektronicznymi tworzą nieco fikuśną formę) i panujących trendów. Jedni  pełne gracji, powagi, uroczystości i dostojności klasyczne dźwięki połączone z nieco dyskotekowymi brzmieniami odebrać mogą jako prof
Komentarze
HanschenkleinSiebenundneu : a mi nie zostaje nic innego jak polecić nową płytę nietuzinkowego prze...
luter : Czekałem na wrześniowe podsumowanie, bo ciekaw byłem niezmiernie...
Harlequin : hahahhaha, ale przeciez nie wszyscy sie z tą opinia zgadzaja, tym bardziej, ż...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły