Wracać wciąż do domu Le Guin
Castle Party 2020
Recenzje :

John Zorn - Six Litanies For Heliogabalus

John Zorn jest ikoną wszelkiej jazzowej awangardy. W czasie swojej wieloletniej kariery muzyk miał wzloty i upadki, ale jego twórczość zawsze była nieszablonowa, zwariowana i szalenie eksperymentalna. W tym czasie artysta sworzył szereg projektów z Masadą i Naked City na czele. Właśnie krążek "Naked City" z 1989 roku uchodzi za największe dokonanie tego wykonawcy. Myślę jednak, że ubiegłoroczną płytą Zorn zbliżył się, jeśli nawet nie przebił wspomnianego dzieła.
"Six Litanies For Heliogabalus" kończy gwiezdno-astronomiczną trylogię, którą tworzyły jeszcze płyty "Moonchild" oraz "Astronome". Zorn wyszedł z założenia, że projekt musi mieć jakieś filary - oprócz jego osoby fundamentami tego projektu mieli być Joey Baron (perkusja), Trevor Dunn (gitara basowa, Mr.Bungle) oraz genialny wokalista Mike Patton (Faith No More, Mr. Bungle). Trzecią część trylogii uzupełnili Ikue Mori (elektronika), Jamie Saft (organy) oraz trójka wokalistek Martha Cluver, Abby Fischer oraz Kirsten Soller. Ci muzycy stworzyli dzieło, które moim zdaniem ma szansę stać się sporym klasykiem.

Trzeba jednak na ten album spojrzeć w dwojaki sposób. Przede wszystkim niejednokrotnie zarzucano Zornowi, że się powiela, że tworzy wariackie płyty korzystając z tych samych schematów. Prawdą jest, że już niejednokrotnie w twórczości Zorna przewijały się scatowe formy wokalne, że partie saksofonu Zorna świszczały i były chaotyczne, że sekcja wariowała kreując struktury bez składu i ładu. To wszystko znajdziemy na "Six Litanies For Heliogabalus" i pod tym względem jest to materiał trochę wtórny. Nie to jednak jest sednem tego albumu.

Zorn jak na artystę, który wykreował swój styl, tym razem pokusił się o ekspreryment dość zachowawczy. Na tapetę został rzucony temat postaci jaką był rzymski cesarz Heliogabalus, przy którym Neron i Kaligula byli potulnymi barankami. Aby oddać nastrój i skomplikowanie tej osoby, Zorn wprowadził swój jazz w rejony muzyki metalowej. Duet Baron/Dunn po prostu wgniata w ziemię potężnym rytmem. Zwłaszcza pulsujący bas Dunna sieje duże spustoszenie. Już pierwszy utwór "Litany I" pokazuje, że mamy do czynienia z sekcją w stylu Meshuggah. Ale to tylko przedsmak. Ogromnym zaskoczeniem jest to, że Zorn stworzył muzyczny  kalejdoskop, w którym wariactwo jak i spokój dozowane są z umiarem. Na pewno niespodzianką jest fakt, że partie saksofonu samego lidera nie są tutaj priorytetem - one są tylko małym, zadziornym elementem całości. Nie inaczej jest z elektroniką - jest ona ascetycznie oszczędna, ale pojawia się wtedy kiedy trzeba. Dawno bowiem w twórczości Zorna nie słyszałem tyle klimatu. Obok wariackich, miażdżących i agresywnych partii są tu bowiem motywy delikatne, urzekające swoim nostalgicznym, smutnym klimatem obrazującym pustkę. Trzy wokalistki stanowią tutaj jedynie chórek, ale ich szeptu w połączeniu z zimną elektronika robią ogromne wrażenie. Na zakończenie zostawiłem sobie gwóźdź czyli osobę Mike'a Pattona - jego wokal to czysty scat - urywane sylaby, zero śpiewu, zero słów - same wokalne dziwactwa. Jego solowy popis w "Litany IV" to prawdziwe wokalne arcydzieło.

"Six Litanies For Heliogabalus" to płyta przemyślana i wyważona. Jestem pod wrażeniem tego, że John Zorn nie pokusił się o avant-jazzową rzeź i zaserwował muzykę wysmakowaną, urozmaiconą, przekazującą jakieś emocje i równie zwichrowaną jak postać, którą ta muzyka opisuje. Obok "Pilgrimage" Michaela Breckera oraz "In Glorious Times" Sleepytime Gorilla Museum jest to najlepszy album 2007 roku, który powinien znaleźć się na półce muzycznego konesera.

Wydawca: Tzadik (2007)
Komentarze
Harlequin : Masady z Sevilli nie słyszałem. Za to ten PainKiller mnie miazdy - plytka mo...
Ignor : Pewnie tak. W jego jakże szerokiej dyskografii trafiałem na albumy w zupe...
Harlequin : ma kilka takich ;) póki co u mnie wymiata "Live in Nagoya" PainKillera :...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły