Wracać wciąż do domu Le Guin
Castle Party 2020
Film :

John Murphy - 28 Days Later

Czasami się zastanawiam jakby to było, gdyby pewnego dnia nastała wojna nuklearna. W jaki sposób przeobraziłaby się psychika człowieczeństwa, jak człowiek próbowałby przetrwać. Ostatnio zastanawiam się, co by było gdyby wizja prezentowana przez Danny'ego Boyla w filmie "28 Days Later" stała się brutalnym faktem? Gdybym pewnego poranka obudziłbym się ze śpiączki, w pustym szpitalu, a potem przechadzałbym się po wyludnionym od mieszkańców mieście, nie za bardzo wiedząc co jest nie tak, jakbym dopiero co został narodzony.

Ludzie obawiają się takiej przyszłości, złe są wspomnienia o II wojnie światowej, a przecież widnieje zagrożenie, iż nastąpi ta trzecia, najbardziej zaawansowana. Ale swych oczu nie kieruje się w stronę natury, która przecież kiedyś może się zbuntować, stając się zagrożeniem na miarę nuklearnej wojny. Natura ma przecież tyle broni śmiertelnej w swoim zanadrzu, iż człowiek nawet nie przypuszcza, że może nadejść czas jej panowania.

"28 Days Later" jest horrorem, lecz innym, niż większość kręconych filmów dla rozrywki. Wyróżnia się pod wieloma względami, jeżeli chodzi o formę prezentowania, przedstawienia problemu, i paniki. Poszczególne horrory kręcone w końcu XX wieku i na początku XXI wieku, są horrorami typowymi pożeraczami pieniędzy, skarbonkami w postaci różowych świnek, takim mięsem wiszącym w sklepach w czasie PRL-u, który zaraz zniknie po przez zgłodniałe legiony społeczeństwa. W czasowym horrorze chodzi o sprzedanie scen krwi, latających kończyn i dziwnych obłąkańczych postaci. Raczej ma przerazić - z małym skutkiem - rozrywkowo.

Boyle stworzył obraz iście postapokaliptyczny. Świat opanowuje epidemia, a raczej ten problem dotyczy Londynu. Wirus zaraża społeczność, aby po chwili zarazić kilkumilionowych mieszkańców krainy mgły i deszczu, którzy zamieniając się w niedługim czasie w zombie, stają się niezwykle inteligentne, są szybkie i bardzo agresywne. Ci co są nie zarażeni, próbują przetrwać, ale z małym skutkiem.

Film cechuje to, iż obrazy prezentowane w nim - opustoszały Londyn, niezwykle cichy, z pustymi domami i mieszkaniami, gdzie autobusy, pociągi, przestały jeździć, w metrze jest tylko mroczna i ciemna pustka. W supermarketach zimnych od braku klientów, już nikt nie ściga się za promocjami, a w mrocznych zakamarkach czają się zgłodniałe zombie. Dziwie się, że przy takim małym budżecie można stworzyć obraz, który swoją wizją naprawdę wprowadza w niesamowity niepokojący klimat, zimny, bezwzględny, a przyznaje, że mało jaki horror może szczycić się takim plusem. I mało jaki horror, czy film grozy, może być naprawdę solidny poprzez niezwykłą ścieżką dźwiękową.

Autorem ścieżki jest niewątpliwie mało znany kompozytor (choć na swoim koncie ma kilkanaście prac) - John Murphy, który sam uwielbia brać udział przy niskobudżetowych produkcjach. Spod jego paluszków uderzających o klawisze fortepianu, na świat wyszło kilka dzieł muzyki filmowej. Musze tu wspomnieć o jego najlepszym i dojrzałym dziele z filmu - "Milionerzy", a także kilka pozostałych partytur do filmów "Sunschine" Bay'a, "28 Weeks Later" Frensnadillo, czy "Snatch" Guy'a Ritchiego.

Na płycie znajduje się rzecz jasna spora partytura Johna Murphy'ego, lecz nie trudno zwrócić uwagę, iż między mozaiką dźwięków kompozytora, można usłyszeć piosenki i pieśni, co oddaje niesamowitego klimatu. Pierwszą piosenką jaką można usłyszeć jest pozytywny i pełen energii utwór "AM180”"zagraną przez kalifornijską grupę Grandaddy. Utwór ten, można było usłyszeć w scenie robienia zakupów w opuszczonym supermarkecie przez bohaterów filmu, pozwalających sobie na odrobinę szaleństwa. Kompozycja jest niesamowicie skoczna, słychać sporą dawkę elektroniki i jest jednym z najbardziej specyficznych, ale także pozytywnych utworów ścieżki dźwiękowej, choć można odczuć małą gorycz. Drugim utworem jest "Season Songs" grupy Blue States, którą można usłyszeć w ostatnich scenach filmu. Trudno powiedzieć, czy utwór jest pozytywnie nastrojowy, czy wręcz przeciwnie. Powiem tylko tyle, iż w ostatnich scenach poczułem się dziwnie, miałem mieszane uczucia. Więc myślę, że "Season Songs" jest utworem takim, który daje totalnego kopa, aby wyzwolić od hipnozy w którą tą widz popadł. Na płycie są także pieśni śpiewane przez Alleyene Perri, które są smutne, melancholijne. I taki smutek, przygnębienie z nutką niepokoju, można odkryć w "Taxi (Ave Maria)" czy "Jim's Parents", gdzie ma się wrażenie, iż wszystko jest snem, a obok ktoś nuci kołysankę. Na płycie, także znajduje się pieśń "In Paradisum" zaśpiewaną przez Choir Of Trinity College Cambridge, który kapitalnie łączy się z utworem "Frank's Death - Soldiers", zaczerpnięty z twórczości Mozarta, a mianowicie z jego słynnego dzieła "Requiem" i choć pieśnią nie jest, stanowi bardzo poetycki kawałek.

Na osobną uwagę zasługuje tutaj utwór Briana Eno - "An Ending(Ascent)", który jest najbardziej kojarzony z filmem, gdyż był prezentowany w trailerze. Piękny utwór, bardzo klimatyczny, lekko przygnębiający, można wysłuchać przeróżnych dźwięków ambientowych, podchodzących już pod melodię. Ten utwór tworzy niesamowity nastrój, porażający, nieco transowy. Tak na marginesie, utwór ten, można było usłyszeć w trailerach do innych filmów m.in "Traffic"

Po prezentacji piosenek z tej płyty, przejdźmy do drugiego działu, mianowicie do twórczości Murphy'ego, gdzie można rozkoszować się niesamowitym talentem tegoż kompozytora. I tak ścieżka dźwiękowa zaczyna się już niepokojąco, utworem "The Beggining", w którym to słychać rożne dźwięki, a to krzyki ludzi, a to wiadomości radiowe, a to strzelanie z karabinu czy głos helikoptera, które informują nam o wybuchu epidemii. Utwór bardzo prosty, dużo elektroniki, ale na pewno nienastrojowy, pełen paniki i grozy. Podobna rzecz ma się w ścieżce dźwiękowej do filmu "Świt Żywych Trupów" czy do gry "Fallout". W przypadku "Fallout" całość była otulona w piosenkę jazzową, co dawało niesamowitego postapokaliptycznego klimatu. Taki podobny stan, można odczuć właśnie w utworze "The Beggining". Polecam pod głosić kolumny, aby zasmakować całą esencję tegoż utworu.

W utworze "Rage" nie są gorsze wrażenia. Otóż zaczyna się wolno, agresywnie, gitarami i perkusją, gdzie małym dodatkiem jest elektronika głosów. Zresztą - cała ścieżka dźwiękowa jest wolna, ponura, i przygnębiająca. Po drodze spotkamy kilka utworów dość króciutkich, lecz na pewno, coś po nich odczujemy, gdyż utwory niemal na siebie nachodzą, kontynuują zadanie poprzedniego utworu, więc ma się momentami wrażenie, iż utwór jest dłuższy, niż w rzeczywistości.

Jest kilka agresywnych utworów, które się pięknie wyróżniają na tle tych spokojnych, klimatycznych i smutnych utworów, a zarazem przerażających. Wspomnę tutaj o gitarowo - bitowym "Tower Block", który zaczyna się powolutku, im dalej słuchamy, tym bardziej przyśpieszamy. Aż czuje się na plecach pazury ścigających nas zombie. Podobnie jest w utworze "The Tunnel", który jest bardzo podobny do poprzedniego utwory. Niemal bliźniak, lecz bardziej przerażający, złowieszczy. Tutaj jest więcej gitar, niż elektroniki, który kumuluje szałem połączenia wszystkich elementów dźwiękowych, jakie prezentuje nam kompozytor.

Cieszy mnie różnorodność na tej płycie. Jest kilka utworów wolnych, klimatycznych, które mają nas wprowadzić w stan odprężenia, aby potem agresywnie zaatakować. Krążymy ulicami dźwięków, a gdzieś w ciszy, o dziwo przerażającej, czyha na nas głodne zagrożenie. I tak na przykład, jak słuchamy pięknego, niemal radosnego utworu „Red Dresses” pieszczącego nasz umysł delikatnie dźwiękami, zaraz potem zostają otwarte drzwi strachu, utworem finałowym, wręcz kapitalnym "In The House - In A Heartbeat".

Utwór zaczyna się tak jak lubię. Klawiszami fortepianu. Ja sam uważam, że ten utwór nie ma w sobie równych jeżeli chodzi o niepokojący, wręcz postapokaliptyczny, złowieszczy. Utwór gitarowy, z rytmiką na perkusje, zaczyna się prosto spokojnie, wprowadzając nas w trans szaleństwa elektrycznych gitar, które zasiały ziarno smutku. Słuchając go ma się wrażenie, że wszystko jest kruche, ale gdzieś tam rodzi się w nas siła i próbujemy powstać, pokonać strach. Jak dla mnie utwór najlepszy z całego score. Ma w sobie wszystko. I moc, jaki i szczegółową precyzję, każdy tutaj element pasuje. I pięknie słychać go we fragmencie filmu, jak Jim próbuje oswobodzić swoją dziewczynę. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Rzadko słucha się takich rzeczy, które jak potwór, jak jakiś obślizgły robal, zaraża umysł, i potem gdzie by się nie było, w uszach bębnią dźwięki z "In The House ..." (no i między innymi dobre wrażenie sprawia jako dźwięk telefonu u ludzi o osobowości emocjonalnej.)

Dziwne wrażenie mam po odsłuchaniu "The End". Co prawda jest utworem miłym, ze sekwencjami gitarowymi, całość jednak nijak nie pasuje do całej partytury. Tak samo można powiedzieć o utworze gitarowym "End Credits". Człowiek nie wie co ze sobą zrobić. Szczególnie widz, który ogląda post-apokaliptyczny horror, a tu happy end i melodyjne radosne utwory na sam koniec filmu. Ciekawe rozwiązanie, nie powiem. Ale gdy się słucha score od początku do samego niemal końca, ma się wrażenie, że ta podróż muzyczna dobrze się nie skończy. O dziwo, jest inaczej. Ja byłem zaskoczony i raz na twarzy pojawił się uśmiech, a raz zastanawiałem się, czy ktoś się ze mnie nabija. Jak najbardziej wole złowieszcze zakończenie muzyczne w filmie, który to reżyser wykorzystał w wersji reżyserskiej. Żałuję, że nie zostało to wykorzystane na płycie, a można tylko skosztować w filmie.

Całość podsumowując, można by rzec, iż mistrzowie kompozytorstwa, nie muszą być dużymi postaciami i brać tylko wyłącznie w superprodukcjach ("28 Days Later" jest filmem niskobudżetowym, ale był jednym z najlepszych filmów rozrywkowych roku 2002). Wystarczy mieć talent. Pasję. Niewątpliwie John Murphy talent ma, a pasję można odczuć w jego partyturach. I może dlatego jest tak, że tutaj te doszlifowane jak diamenty nuty muzyczne mają głębię. Gdyż soundtrack do filmu "28 Days Later" słucha się od początku do końca z wielkim zainteresowaniem, aby potem to zainteresowanie mogło się przerodzić w obsesję, nucąc utwór "In The House ..." na przykład. Ścieżka dźwiękowa jest precyzyjnie nagrana, poszczególne fragmenty dobrze ulokowane, i ma się wrażenie, jakby się oglądało obraz muzyczno - filmowy, ale już nie na ekranie, lecz we własnej wyobraźni.I co najważniejsze. Rzadko zdarza się tak, iż ścieżka idealnie pasuje do filmu. Szczególnie jeżeli partytury są proste. Tutaj jest inaczej. Murphy nagrał partytury, które w pełni, fantastycznie współgrają w scenach filmowych. Każdy element niemal pasuje. Każdy inaczej smakuje. I choć kompozycje są proste, cechuje tą płytę - różnorodność. Są pieśni, które niewątpliwie nakładają bardzo paniczny, wręcz duchowy nastrój, są piosenki, które podkreślają świat post-apokaliptyczny jeszcze wyraźniej. I partytury kompozytora. Choć większość króciutka, mają w sobie nie ubogi klimat, jakby te partytury śpiewała nam matka rodzicielka, wprowadzając nastrój. Tudzież tą matką jest John, i wcale nie zależy mu na tym, abyśmy spokojnie spali.

Original Motion Picture Soundtrack "28 Days Later" jest dziełem, który warto przesłuchać, ze względu na jego prostotę, wyrazistą mozaikę muzyczną, gdzie drogi choć proste i czyste, nie zawsze muszą być nudne. Zostaje mi dodać, iż partytura "28 Days" jest jedną z tych, do których często się wraca, której nie w sposób szybko zapomnieć. Szczególnie płyta przypadnie do gustu tym, którym się podobał film. A karierę muzyczną Murphy'ego, myślę, że warto śledzić gdyż podejrzewam, że kompozytor nie odkrył jeszcze swojej filozoficznej muzycznej głębi, a niewątpliwie ma wielki talent, do tworzenia wybitnych obrazów. No, ale wszystko przed nim.

Wydawca: XL Recordings (2002)
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły