Naturalne Mazury
Siedem minut po północy
Opowiadania :

Epoka Grozy II

fundamentalizm, politician fiction, reżim, komuna, represjeTego dnia było naprawdę gorąco i wcale nie z powodu wysokiej temperatury, którą wskazywały wszystkie termometry w kraju. Ulicami Warszawy przechodziło mnóstwo ludzi. Ogrom tej manifestacji trudny jest do opisania. Nigdy nie brałem udziału w czymś podobnym. Życie człowieka żyjącego w tym kraju przypomina po troszę orwelowski model państwa kontrolującego niemal każdą dziedzinę życia obywateli.

No właśnie, obywateli.....a ci z kolei ulegli dziwacznej metamorfozie. Z konstytucyjnego wolnego obywatela człowiek tu żyjący stał się niewolnym poddanym. Zdaję sobie sprawę, że to żaden ewenement w skali światowej. Prawdopodobnie w dużo gorszej kondycji społecznej znajdują się mieszkańcy okupowanych państw Zachodu. Niemniej jednak nikt nas nie okupuje, posiadamy czwartą lub też piątą co do liczebności armię i jesteśmy realną siłą w Europie. Obok przymusowej konwersji na islam kontrowersyjne jest wszczepianie czipów ludziom, by móc ich kontrolować. W szkołach średnich miast pożytecznej literatury czytuje się Marksa i Lenina. Granice są zamknięte, ludziom nie wolno przystąpić kroku poza linię Odry.Media kreują fałszywy wizerunek tego co dzieje się wokół. Turbany Mahdiego ukazywane są jako oddziały wybawicieli kładących kres przebrzydłej dekadencji, zaniku wiary, mistyki, społecznej degrengoladzie, całkowitej dewaluacji wartości. Komunizm jest hołubiony jako system najzdrowszy z możliwych. Przywołuje się pisma Arystotelesa, by uzmysłowić "ludowi pracującemu", że już starożytni widzieli w ich ukochanej demokracji system zwyrodniały. Rządy tłuszczy, ślepego motłochu. Rewelacyjne stwierdzenie w ustach tych, którzy sami mienili się liberałami chylącymi czoła ideom demokracji. Oczywiście podobnie jak reszta dziejowych demagogów zręcznie manipulowali tekstem, by osiągnąć ściśle skonkretyzowany cel. Komuna dała ludziom głód, nędzę i ubóstwo. Pomimo tego, iż większość z nich haruje od świtu do nocy nie stać ich na zakup podstawowych środków do życia.

Oligarchowie nie zapewniają młodzieży żadnych, nawet najmniejszych perspektyw. Dawniej pakowało się manaty i spieprzało na Zachód w pogoni za lepszym życiem. Przy aktualnej sytuacji geopolitycznej to przecież niemożliwe. Ceny artykułów od energii, przez spożywkę na lekach poprzestawszy uległy druzgocącemu wzrostowi. Ażeby tego było mało ekipa trzymająca władzę czy też jak to w szerokich kręgach się mawia banda kolesi nałożyła jeszcze wyższe podatki sięgające nawet 40 %. Czara goryczy się przelała i oto ludzie wyszli na ulicę. Zza horyzontu nadlatywały policyjne helikoptery. Skandowano hasła wolnościowe, przeklinano komunę. Pojawiały się też radykalniejsze hasła które kolesiom z Wiejskiej mogły się nie spodobać " A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". Chyba dobrze przytoczyłem. Pod pomnikiem Jaruzelskiego jak tylko okiem sięgnąć morze ludzi. Czułem, że dojdzie lada chwila do czegoś poważnego. Kto wie, może wreszcie banda zdrajców zlęknie się woli ludu. Niestety ten scenariusz miał się nie spełnić..przynajmniej nie teraz, nie w tym momencie.

Z oddali słychać było silniki nadlatujących dronów. Nie spodziewali się, że ta znienawidzona przez nich władza dopuści się takich środków. Nie mogłem się przecież spodziewać, że plac Konstytucji zamieni się lada chwila w jedną krwawą arenę, z której nie każdy wróci żywy. Coś podpowiadało mi, by oddalić się od tłumu, by schować w pierwszej lepszej uliczce. Pewnie czytając ten opis drogi czytelniku posądzasz mnie o tchórzostwo. Gdybym został jeszcze tę chwilkę dłużej z pewnością serce mocniej by mi zabiło. Mogłoby zabić po raz ostatni. Zwykłe ludzkie przeczucie. Postąpiłem tak raczej instynktownie. Pojawiły się krzyki, tłum rozpierzchł się na wszystkie strony. Walczący o wolność byli łatwym celem dla snajperów ostrzeliwujących plac, dla krwiożerczych dronów nadlatujących raz po raz, by ukrócić rękę kontrrewolucji. Przed moimi oczyma rozegrały się dantejskie sceny.Ci, którym się nie poszczęściło wykrwawiali się na śmierć, bo nie miał im przecież kto pomóc. W zaistniałej sytuacji ludzie zachowywali się jak zwierzęta. Uciekając przed zagrożeniem tratowali rannych i bezbronnych. Odruchy zwyczajnego ludzkiego miłosierdzia też się zdarzały, lecz za moment gdy nadleci kolejna kawalkada dronów zarówno dobroczyńcy jak i ofiary zarażą się śmiertelnym wirusem przysłanym w darze przez Mahdiego, a który zasila od niedawna polski arsenał. Ci nieszczęśnicy umrą w straszliwych męczarniach w ciągu najbliższych 48 godzin. Nie umknęły mej uwadze opancerzone wozy bojowe, w których wieziono zaopatrzonych w specjalny strój ochronny i maski przeciwgazowe żołnierzy. Rozpoczęła się łapanka. Biada tym, którzy dostaną się w szpony tych bestii. Manifestowali przecież w równym stopniu tym rządom co przymusowej konwersji na islam. Szachidzi podpowiedzą polskiemu wymiarowi sprawiedliwości jak ich potraktować o ile przeżyją do rozprawy.

Nie mogłem tak stać i obserwować. W każdej chwili mogli nadbiec i mnie schwytać. Musiałem uciekać. Nie wiedziałem nawet gdzie. Może w innych częściach Warszawy też stoją wozy miejscowej żandarmerii. Tego nigdy się nie dowiedziałem. Przebiegłem przez najbliższą bramę i skryłem się w kamienicy. Miałem naiwną nadzieję, że nie będą wyłapywać ludzi po domach. Serce waliło mi w piersi. Tyle wygrać i to przez głupie przeczucie. Nie miałem pojęcia jak długo potrwa łapanka i czy bezpiecznie będzie pod osłoną nocy wymknąć się stąd. Nie miałem też pewności czy nie zarządzili jakieś śmiesznej godziny policyjnej. Wówczas byłbym ugotowany i z góry skazany na łaskę miejscowych władz. Sprawdziliby mój dowód tożsamości i odkrywając mój prawdziwy adres zamieszkania wrzuciliby mnie do jednego worka z kontrrewolucjonistami....zresztą słusznie. Totalna psychoza....ciągle rozglądałem się nerwowo czy nikt nie wchodzi po klatce schodowej. Nie wiem jak długo tam przesiedziałem, nie miałem zegarka, podejrzewam, że dość długo. Nie jadłem, nie piłem...tylko trwałem. Bałem się zmrużyć oko, by móc ewentualnie salwować się ucieczką....chociażby przez okno, na dach. Dawniej mniemałem, iż działalność w ramach ruchu oporu musi być ekscytująca, pełna przygód. To jednak nie zabawa. To ryzykowanie życiem własnym lub  bliskich dla wzniosłej idei, nieprzemijalnych wartości. Tym, którzy pojawili się dziś na Placu przyświecała jedna, strasznie ważna rzecz. Jest nią wolność. Robiło się już ciemno, cienie wydłużały swe ramiona. Od czasu do czasu wypatrywałem przez okno. Nie mogłem się stąd ruszać. Najwidoczniej moje przypuszczenie co do godziny policyjnej okazały się nie bez pokrycia. Co jakiś czas dostrzegałem wozy opancerzone przejeżdżające leniwie wzdłuż przyległej ulicy. Dobrze, że miałem chociaż szlugi. Wyciągnąłem zmiętą paczkę Malboro, by za chwilę zapalić. Ręce mi się trzęsły niesamowicie. Po zaciągnięciu się w głowie mi się zakręciło. Zbudziłem się leżąc na sofie w czyimś mieszkaniu.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły