Castle Party 2018
Ohlsson
Opowiadania :

PARALELIA - fragment Altum

Witaj Wirtualny Wędrowcze,

Jeżeli masz czasem wrażenie, że istoty które Cię otaczają są nie z TEGO świata i że wiedzą o TYM, czego istnienie Ty tylko przeczuwasz.
Jeśli w zakątkach Twojego umysłu nieustannie plącze się myśl o konieczności istnienia równolegle CZEGOŚ WIĘCEJ, niż tylko naszej rzeczywistości.
Gdy nie daje Ci spokoju świadomość niedopasowania własnej osoby do TEGO czasu i TEJ przestrzeni.
Masz dłuższą chwilę?
Zapraszam dorosłych do lekkiej lektury.

Zapraszam do PARALELII.

P.S. Fragment ten jest następstwem fragmentu „Oferta”.
P.P.S. Opowiadanie Paralelia zamieszczone 23.08.2006 jest powiązane z poniższym, jedynie osobą głównej bohaterki.
Więcej Komentarz
Opowiadania :

PARALELIA - fragment Oferta

Witaj Wirtualny Wędrowcze,

Jeżeli masz czasem wrażenie, że istoty które Cię otaczają są nie z TEGO świata i że wiedzą o TYM, czego istnienie Ty tylko przeczuwasz.
Jeśli w zakątkach Twojego umysłu nieustannie plącze się myśl o konieczności istnienia równolegle CZEGOŚ WIĘCEJ niż tylko naszej rzeczywistości.
Gdy nie daje Ci spokoju świadomość niedopasowania własnej osoby do TEGO czasu i TEJ przestrzeni.
Masz dłuższą chwilę?
Zapraszam do lekkiej lektury.

Zapraszam do PARALELII.

P.S. Kontynuację tego fragmentu stanowi fragment „Altum”.
P.P.S. Opowiadanie Paralelia zamieszczone 23.08.2006 jest powiązane z poniższym, jedynie osobą głównej bohaterki.
Więcej Komentarz
Opowiadania :

Wybraniec anioła

Więcej Komentarz
Opowiadania :

Kupon na szczęście

Więcej
Komentarze
Smok : Szanowny Samuraiu, Chciałem wypowiedzieć się na temat Twoj...
Opowiadania :

Jestem śmiercią

Więcej Komentarz
Opowiadania :

Niepokój powietrza

  Huragan słów, tornado zwierzeń, halny porad. Ruchy powietrza mieszają mi wszystkie myśli, w których i tak nie potrafię się odnaleźć. Jedyne, co mogę teraz znaleźć w swojej głowie wśród tego bałaganu, to Ty.Każdy szum wiatru szepce mi coś innego. Nie mogę znaleźć swojego miejsca. Nie mogę nawet spokojnie pomyśleć. Te wiatry zesłał mi sam Bóg. Tylko jak mam wyszukać z nich ten właściwy, który poprowadzi mnie na plażę?


Pierwszy, ten zachodni proponuje mi pomoc. Jest przyjemny, lekki i świeży. Z tym, że plan tej pomocy niekoniecznie mi się podoba. Zwłaszcza, że ten wiatr zrezygnował już raz z dotarcia na plażę. Zastanawiam się, czy to ma znaczenie…


Drugi, płynący ze wschodu jest dużo cieplejszy. Jest mi bliski, uwielbiam go. Moje życie bez niego nie miałoby sensu. Z tym, że pod względem tej wyprawy tracę do niego zaufanie. Może nawet bez powodu, ale nie potrafię inaczej. Wydaje mi się, że gra wobec mnie trochę nieczysto. Być może sam chce dotrzeć na plażę z korzyścią dla siebie, a nie dla mnie?

Trzeci, morski, orzeźwiający wiatr zachwyca mnie i broni od upadków. Niekoniecznie jest we mnie, ale zawsze obok, co robi na mnie wrażenie. Gdy brakuje mi tchu, wypełnia moje płuca niezbędnym do życia tlenem. Pomaga mi zawsze i nie chce nic w zamian. Należy też do rodziny wiatrów silnych i odważnych, więc boję się ryzyka jego propozycji. Być może jest ona najbardziej odpowiednia, ale nie jestem pewna czy jest we mnie na tyle odwagi, aby prowadzić otwartą grę.


Każdy wiatr wypełniając moje myśli prowadzi mnie w inną stronę. Każdy chce na swój sposób doprowadzić mnie na plażę. Ale nie wiem, któremu się to uda. Najchętniej zrezygnowałabym z ich podmuchów i po prostu sama dotarła na plażę. Ale potrzebuję tego powietrza, które mi przynoszą. A gdyby tak były obok nie zmieniając mnie, moich myśli i kierunku, w którym idę?
Więcej Komentarz
Opowiadania :

Nie mówię nic...

Krzycząca milczeniem. Jest tyle niewypowiedzianych słów, tyle myśli. Zagubionych gdzieś w dnie mojej podświadomości, uparcie szukających wyjścia, jakim są struny głosowe. Bo tak trudno o nich mówić.
Zagubiona na prostej drodze. Ta droga jest prosta, taka zwyczajna, lecz nie widać jej końca. Dlaczego wydaje mi się, że kroczenie po niej jest tak trudne? Jest łatwa do przejścia, idę, więc jej środkiem. Dlaczego więc tak często z niej schodzę? Bo tak trudno jest iść bez celu.
Zadziwiona melancholią. Codzienność jest tak dziwna z perspektywy czasu. Nie da się porównać przeszłości do teraźniejszości. Niektórzy ludzie ciągle próbują się prześcignąć, niekoniecznie w dobry sposób. Uważają, że lepiej jest być złym, niż nijakim. Bo tak trudno niedaleko nich żyć.
Śmiejąca się łzami. Jutro zacznę dzień tak jak zwykle. Będę uśmiechnięta, zapatrzona w pozytywy, pełna radości. Zapomnę w pewien sposób o tym, co było dzisiaj. Brak mi tylko pozytywnych myśli. To, że staram się być optymistką, nie oznacza, że wiecznie będę wesoła, mimo starań. Bo to nie zależy tylko ode mnie. Czasem silny prąd wody lekko uszkodzi tamę optymizmu. Kto pomoże mi ją odbudować? Bo tak trudno jest się określić siłę wody.
Szukająca siebie. Wśród tylu różnych uczuć, wrażeń, ludzi. Gdzie dobro potwornie zlewa się ze złem. Nadal nie mam tego kluczyka. Co więcej - nie wiem, czy osoby, które dały mi swój kluczyk, dały właściwy. Niby drzwi po przekluczeniu otwierają się, ale nie wiem, czy jestem we właściwym pomieszczeniu. Bo tam tak trudno jest odnaleźć siebie.
Patrząca zamkniętymi oczami. Nie chcę widzieć rzeczywistości. Wolę widzieć to, czego nie ma. Chociażby podświadomie i jedynie w swojej głowie. Chcę żyć nadzieją i marzeniami. Nawet przekraczając granicę. Bo kto wie, czy jej nie poszerzam, czy nie ciągnie się ona tuż za mną? Chcę śnić. Może kiedyś we śnie uszczypnę się w policzek i zaboli. Może realność doścignie fantazję? Może... Bo tak trudno jest w to uwierzyć.
Pisząca głupoty. I wcale nie jest mi lepiej. Bo tak trudno jest to zostawić dla siebie.
Więcej
Komentarze
SAmy : Dziekuje bardzo i wzajemnie :*<tuli> A powiem Ci... wene mam najczesciej k...
Morgana : Piękne, z jednej strony proste, a zdrugiej tak bogate w prawdy, ozdobione cie...
Opowiadania :

Początek

Marius dokładnie pamiętał moment, gdy stał się wampirem. W mrocznych wiekach, gdy Europę terroryzowała instytucja Kościoła i rozwijał się renesans żył w Londynie średnio zamożny kupiec imieniem Marius. Trudnił się głównie handlem artykułami codziennego użytku. Był dobrym i uczciwym człowiekiem, ale bardzo samotnym, czuł się nikomu niepotrzebny. Pewnego wieczora, kiedy jechał konno w podlondyńskich lasach, napadła na niego grupka złodziei i śmiertelnie raniła. Marius wykrwawiał się leżąc koło drogi. Wydawało się, że ratunku nie ma. W chwili, gdy Marius czuł już oddech śmierci na karku, drogą, koło której leżał, przejeżdżał dostojny ubrany w czerń jegomość. Zsiadł z konia i pochylił się nad umierającym. Rana nie dawała żadnych nadziei. Przejezdny zapytał się Mariusa, czy ten chce żyć, ale ostrzegł, że to życie będzie zupełnie inne, że Marius stanie się kimś innnym, zdobędzie nowe moce i będzie musiał pozostać pod opieką nieznajomego jakiś czas. Ranny niewiele się zastanawiając przystał na to. W tym momencie nieznajomy wyciągnął piękny, oprawiony w złoto i drogie kamienia sztylet i naciął sobie nadgarstek, po czym kazał Mariusowi spijać krew z rany. Każda kropla dodawała sił konającemu, wyostrzała jego zmysły i leczyła jego ranę. Marius czuł się dziwnie. Było już ciemno, ale ku swemu zdziwieniu Marius widział dobrze. Pojechali do willi pod Londynem. Po drodze nieznajomy się przedstawił jako Artorius, członek rodu Ventrue. Była to budowla piękna, a zarazem tajemnicza, stylizowana na gotycką. W środku panował mrok, ale nie przeszkadzało to Marusowi. Zaprowadzono go do wielkiego pokoju, gdzie czekało parę osób. Wreszcie się dowiedział, na czym polegała zmiana. Stał się wampirem. Przyjęto go do rodu, wytłumaczono, że będzie musiał zostać pod jego opieką jakiś czas, żeby się nauczyć wielu rzeczy. Ród ten działał w Londynie jako zrzeszenie bogatych kupców. Byli eleganccy, wyrafinowani i wykazywali się wysoką kulturą. Zaczęła się nauka. Marius szybko się zaadoptował do wymogów rodu. Poznawał tajniki życia kainitów i Camarillę - tajną organizacje wampirów łączącą klany w jedność, której delegatury na Londyn narady się odbywały w tajnym pokoju w siedzibie korporacji handlowej Ventrue. Jedyne, co mu nie pasowało, to konieczność picia krwi, by przeżyć. Uczył się walczyć, manipulować ludźmi. Często trafiał na wystawne przyjęcia bankierów, handlowców i polityków. Nie czuł się dobrze w tym świecie. Zrozumiał, że jego nowa natura to przekleństwo, nie dar. Czując to rada Ventrue zadecydowała na wysłanie go do niewielkiego miasteczka we Francji, gdzie trwała walka między Camarillą a klanami wilkołaków z Europy Wschodniej. Otrzymał pieniądze na podróż i zamieszkanie na miejscu, list do tamtejszego przywódcy delegatury Camarilli i broń. Był to średni miecz o wąskim, lekko zakrzywionym ostrzu wykonanym ze srebra, wąskiej gardzie i dwuręcznej rękojeści, wykonany na wzór rzadko docierających do Europy mieczy z odległej Japonii. Do tego otrzymał sztylet o srebrnym ostrzu. Po tygodniu podróży trafił na miejsce. Zamieszkał w niewielkim domku w nieodległej osadzie. Żeby zachować zasady Maskarady, czyli pod żadnym pozorem nie ujawnić swojej prawdziwej natury, Marius zajął się rzemiosłem kupieckim, bo na tym znał się najlepiej. Światło słonecznie nie mogło wyrządzić mu krzywdy, ale drażniło jego oczy. Wojna trwała. Za dnia spokojne miasteczko w nocy stawało się placem boju w walce między wampirami, wilkołakami i ludźmi. Ci ostatni byli najmniej niebezpieczni i żyli w ciągłym strachu. Za dnia wilkołaki i wampiry nie wyróżniały się i wyglądały jak ludzie, pracowały, były życzliwymi sąsiadami, sprzedawcami, urzędnikami. W nocy ruszali na bój. Poza sztabem Camarilli po stronie Kainitów walczyli wampiry-renegaci i klany spoza Camarilli. Marius trafił jako zwykły wojownik na pierwszą linię. Jego zadaniem było polowanie na wroga. Czasem koniecznością była ludzka krew, żeby czerpać energię i leczyć rany. W tym celu Marius z oddziałem, do którego należał, ruszał do oddalonych o dzień lub dwa drogi miast. Tam polowali na ludzi. Ale Marius wciąż miał ludzkie serce. Nie potrafił zabijać niewinnych ludzi.
Tak więc albo pożywiał się tym, co upolował jego kompan, albo zabijał przestępców. Jedną z jego zdolności było czytanie w myślach, więc potrafił znaleźć ofiarę. Wilkołaki charakteryzowały się większą siłą i szybkością, ale ich zwierzęcy instynkt przyćmiewał umysł. Marius szybko zdobywał doświadczenie w walce. Zazwyczaj walczyli dobrze zorganizowanymi i uzbrojonymi oddziałami. Marius nauczył się doskonale władać swoim lekkim mieczem. Przeciwnik zwykle dziko walczył pazurami i kłami, rzadziej ciężkimi toporami. Kainici zwyciężali. Pewnej nocy Marius został wysłany na rozpoznanie. Idąc cicho przez las w ubrany w czerń, z peleryną do ziemi wyczuł zagrożenie. Delikatnie wysunął swój miecz z futerału na plecach i wsłuchał się w ciszę. Coś było nie tak. Nagle wyskoczył na niego wielki, kudłaty wilkołak. Marius nie mógł liczyć na pomysł. Musieli stoczyć pojedynek. Srebrne ostrze zalśniło w poświacie księżyca. Wampir chwycił miecz oburącz i czekał. Bestia, z którą walczył ruszyła na niego z pazurami. Kainita zrobił unik wyprowadzając cięcie. Nieszczęśliwie nie trafił lekko raniąc przeciwnika, a sam tracąc równowagę upadł. W tym momencie sytuację wykorzystał wróg raniąc mocno Mariusa pazurami w ramię. Po czarnej szacie pociekła krew. Miecz upadł, ale wampir szybko wyciągnął sztylet i ranił mocno wilkołaka w tors. Bestia ryknęła z bólu i odskoczyła od Mariusa. Kainita podniósł swój miecz i zaszarżował śmiertelnie raniąc wroga srebrnym ostrzem wprost w serce. Musiał wrócić teraz do swoich. Więc poszedł przez las trzymając się za ramię, z którego sączyła się krew. Czuł się słabo. O ile broń ludzi niewiele mogła zrobić mu, to wilkołaki były realnym zagrożeniem. Rany po ich pazurach nie chciały się goić. W pewnym momencie zachwiał się na nogach i padł. Znalazł go patrol wysłany przez Camarillę i zaprowadził do kwatery głównej. Tam zaopiekowano się nim. Marius miał dosyć wojny. Po wyleczeniu się wrócił do Londynu, gdzie pracował w korporacji handlowej Ventrue.
Więcej Komentarz
Opowiadania :

Siewca Grozy

Więcej
Komentarze
amorphous : A jest jakiś szczęściaż z dp który dostał bilety? zamienie sie na r...
kontragekon : Ja aż tak strasznie nie żałuję Tori, bo idę na Heaven and Hell. Chocia...
kontragekon : Hm, Tori Amos to chyba nie jest w żadnym wypadku rodzaj subkultury metalo...
Opowiadania :

Sens nieszczęścia

 Wycieczki dzień pierwszy. Po męczącym, lecz w miarę interesującym zwiedzaniu zabytkowego miasta, dotarliśmy nareszcie do miejsca naszego odpoczynku – do hotelu.Jest ciepła, czerwcowa noc. Stoję przy oknie, opierając się lewym ramieniem o ścianę i leciutko uchylając białą firankę. Wyglądam zapewne, jakbym kogoś szpiegowała. A kogo tu tak pilnie obserwować? Księżyc w pełni, wesołe gwiazdki? Budynek restauracji z naprzeciwka i stojącą obok zaniedbaną lampę? A może pajęczynkę chodników i kilka drzew w oddali?
Nagle słyszę za sobą głuche łkanie i szybki oddech. Powoli odwracam się w pewności, że to któraś z moich klasowych lokatorek ma jakiś potworny problem, który przerasta jej możliwości i nerwy. Że ma kłopot, który próbuje rozwiązać sama, ale nie daje sobie rady.
Może to Monika, dziewczyna z pozoru bardzo pewna siebie, niekiedy nieprzyjemna dla nowo poznanych ludzi i niepoprawnie rozgadana dla jakiegoś chorego szpanu? Może to ona, ta, która kryje w sobie duszę romantyczki, bardzo przeżywająca wszelkie niepowodzenia i słowa krytyki? Ukrywająca swoją dziewczęcą wrażliwość pod grubą maską, którą stworzyli wszyscy ci fałszywi ludzie, z którymi miała do czynienia? Widzący w niej jedynie korzyść dla nich samych i ten jeden, któremu oddała zarówno serce, jak i ciało, a on odszedł bez słowa. Nie, Monika śpi, od czasu do czasu ciężko wzdychając do objętej przez jej smukłe ręce puszystej poduszki.
Mój wzrok pada teraz na Olę. Być może to ona, wielokrotnie uciekająca z domu, w którym dalecy od odpowiedzialności rodzice czczą smak chmielu i nieustanną walkę. Czyżby płakała z rozpaczy i bezsilności po kolejnych uderzeniach ojca za słabą ocenę z geografii? A jeśli po prostu nie chce tam wracać? Nie chce z pewnością, ale teraz z nieładu długich, ciemnych włosów wystaje przyjazna twarzyczka, a powieki nie pozwalają na odkrycie źrenic. Co innego z resztą ciała, które z powodu wysokiej – choć nocnej – temperatury odrzuca ciepło kolorowej pierzynki. Śpi.
Podchodzę do łóżka ostatniej z przyjaciółek. Położone na bok, drobne ciało Karoliny wydaje się być ułożone, zupełnie jak do zdjęcia. Leżące na samym środku, równomiernie przykryte… Nawet krótkie kosmyki włosów tej profesjonalistki są w całkowitym porządku, a złożone ręce oddzielają gładki, blady policzek od poduszki. Zapewne modliła się przed snem nawet leżąc, choć w życiu się do tego nie przyzna! Może to ona łkała przez sen, widząc już poza świadomością postać zmarłego przed kilkoma miesiącami brata, którego śmierci była świadkiem? Czyżby we śnie znowu widziała ten obraz wpadającego pod pociąg młodego samobójcy, którego nie była w stanie powstrzymać? Nie, pod oczami Karoliny nie widać żadnej łzy, wydaje się spokojna.
Nie rezygnuję jednak z nadawcy przykrego dla każdej duszy dźwięku łkania. Jeśli nie znajduje się on w moim pokoju, logiczna staje się myśl, że jest on poza tym miejscem. Mimo przestróg opiekunów przed zakłócaniem niezbędnej do porządnego wypoczynku ciszy nocnej, wymykam się z pokoju.
Automatycznie spoglądam w głębię lewej strony korytarza. Tuż przy rogu zauważam niknącą mi z oczu postać. Po cichu podążam w kierunku tajemniczej osoby. Starając się nie wydawać jakiegokolwiek dźwięku postanawiam sprawdzić, czy właśnie tej osoby szukałam przed chwilką wśród moich przyjaciółek.
Docieram już do rogu, za którym znikła. Pozostawiając ciało przyparte do ściany korytarza, na którym znajduje się mój pokój zaglądam w daleką przestrzeń prostopadłej części budynku. Tak, widzę. To wysoka, szczupła kobieta w burym szlafroku. Oplątana gęstymi, sprężystymi lokami czarnych włosów wygląda na osobę młodą. Nie jestem jeszcze do końca pewna, czy to właśnie ona płakała, ponieważ nie widzę jej twarzy. Z postawy i gwałtowności ruchów wynika jednak, że jest zdenerwowana, roztrzęsiona…
Jest już w dość dużej odległości ode mnie, więc decyduję się na dalsze podążanie za nią. Już po kilku krokach słyszę podniesione, niespokojne głosy i płacz dziecka:
- … i ucisz wreszcie tego bachora! Nie mogę przez niego spać! – gruby, niski głos swoim tonem potwierdza niezadowolenie zawarte w słowach.
- Myślisz, że to takie proste? Może mógłbyś się wreszcie wykazać jako ojciec i pobyć chwilę przy Małym, a nie tylko narzekać! – kobieta nie szczędzi wyrzutów. Tymczasem ja podchodzę powoli do drzwi, zza których dochodzą głosy. Numer sto pięć. Hm… obserwowanie obrazu za oknem z pewnością było mniejszym grzechem.
- Tak? A może ja nie chcę być ojcem! Mówiłem ci, żebyś usunęła ciążę! Jak mnie nie słuchałaś, to teraz zajmuj się dzieckiem! – po tej przykrej wypowiedzi nastaje chwila milczenia. Nie chcę słuchać dalej, nie mogę. Przygryzam dolną wargę i podążam dalej.
W świetle kilku lampek wypatruję kobietę, za którą wyszłam z pokoju. Od razu zauważyłam ją przy końcu długiego korytarza. Wydaje się, że zwolniła. W pewnym momencie trzyma się za głowę i okręca kilka razy. Zarówno dziwi mnie to zachowanie, jak i motywuje do dalszego obserwowania nieznajomej.
Zastanawiam się, co mogło przytrafić się kobiecie. Odrzucam kilka myśli nie mogąc znaleźć odpowiedzi. Z lekkiej zadumy budzi mnie męski, lecz ciepły szept:
- Co Ty tu robisz? – pytanie to zwala mnie z nóg. Co, jeśli to któryś z opiekunów? Odwracam się w stronę, z której dochodziło pytanie. Na szczęście ujrzałam tylko uchylone, drewniane drzwi oznaczone numerem sto jedenaście. – Kochanie, nie mogłaś zasnąć?
- Nie. Gdzie jest mama? Niech mi opowie bajkę… - słodki dziewczęcy głos i wspomnienie własnego dzieciństwa malują skryty uśmiech na mojej twarzy.
- Chodź tu do mnie… Słuchaj, pamiętasz jak mamusia mówiła, że jest zmęczona i była smutna? – słowa mężczyzny zagłuszyły niemal doszczętnie cichutkie dreptanie berbecia. Dziewczynka przeciągłym mruknięciem nie zaprzecza słowom rozmówcy. – Pamiętasz… Więc mogę cię zapewnić, że mamusia już jest uśmiechnięta i wcale nie jest zmęczona. Pewnie tęskni za nami tak mocno, jak my za nią. Kiedyś na pewno ją spotkamy…
- Tatusiu, ale kiedy? – smutek w głosie dziecka nie daje się ukryć. – Ja chcę ją teraz…
- Też bym chciał, kochanie. Ale nie smuć się, mamusia na pewno jest szczęśliwa… Ona jest zawsze przy tobie, pamiętaj o tym! – ojciec dziewczynki usiłuje zachować optymistyczny ton głosu.
- To gdzie ona jest? – mała nie ustępuje. – Dlaczego ona mnie widzi, a ja jej nie?
- Córeczko, mamusia jest tam, w niebie. My też tam kiedyś będziemy, nie martw się o to. Musisz być tylko grzeczna, to na pewno kiedyś się tam dostaniesz… Chcesz spać ze mną?
Chwilka, gdzie jest ta zapłakana nieznajoma? Zupełnie znikła mi z oczu. Prawdopodobnie doszła już do samego końca korytarza i skręciła. Mam tylko nadzieję, że nie weszła do któregoś z pokoi, bo to utrudniłoby mi dalsze szpiegowanie.
Na palcach podbiegam do skrzyżowania dwóch korytarzy. Spoglądając to w prawą, to w lewą stronę, zauważam szerokie drzwi wyjściowe. Wystarczyło delikatne drżenie klamki, abym wiedziała, że właśnie tam jest nieznajoma kobieta. Spokojnie podchodzę do drzwi, za którymi – jak podejrzewam – się znajduje. Przykładam do nich prawe ucho, a dłonie opieram tuż przy twarzy. Nieświadomie otwieram usta i całym umysłem skupiam się na scenie za drzwiami.
- Mamo…? Cześć, obudziłam cię? Oj, to przepraszam, ale muszę ci coś powiedzieć! To po prostu niesamowite!
Co proszę? Niesamowite? Dopiero, co płakała, a teraz się czymś zachwyca? W głosie nieustannie dźwięczy podniecenie i… radość!
- Jacek mi się oświadczył! Naprawdę! – nie sposób nie usłyszeć pełnego szczęścia głosu. Wydaje mi się, że przykładanie ucha do drzwi było całkiem zbyteczne.
- Oj wiem, że nie mamy jeszcze dość pieniędzy… Ale wiesz, że miał niedawno podwyżkę i może już w październiku… Jestem taka szczęśliwa…
Każde słowo tajemniczej kobiety. Podkreślam – każde – wprawiło mnie w niemałe zaskoczenie. Spodziewałam się kolejnej strasznej tragedii, a tu… oświadczyny?
Nie słucham już dalszej rozmowy telefonicznej. Z resztą pojedyncze słowa i mruknięcia jednoznacznie wskazują na dłuższą wypowiedź ze strony matki kobiety, do której słów nie mam najmniejszego kontaktu. Zastanawiam się, co to za kobieta… Podczas kolacji nie zauważyłam jej w stołówce, mimo starannych obserwacji. Kto to może być?
Musiałam się naprawdę silnie zamyślić, gdyż z rozważań obudziło mnie dopiero otwieranie drzwi, o które się opieram. W ostatniej chwili odskakuję w bok, a po spojrzeniu na twarz kobiety zastygam w kompletnym bezruchu. Nagle otrzymuje pełną odpowiedź na powyższe pytanie. A więc kim ona jest? Moją nauczycielką od chemii.
Wzrokiem odprowadzam rozanielone ciało pani Agnieszki, która nie zaszczyca mnie w tym momencie ani jednym spojrzeniem. Tak, to ta ostra jędza, której tak nie cierpiałam. Podejrzewam, że moje źrenice wielkością przerastają już krążki płyt mojej ulubionej grupy rockowej. Kobieta, która nie pozwala poprawiać nam ocen, kobieta, która nigdy nie wdała się z nami w rozmowę o życiu osobistym, kobieta, która zazwyczaj wydaje się smutna… niedługo wyjdzie za mąż!
Pamiętam dokładnie, jak jeszcze parę tygodni temu, myśląc, że ubikacja jest oczyszczona z żywego ducha, gorzko chlipała. Dzisiaj beztrosko okręca się miedzy hotelowymi ścianami, jak mała dziewczynka. Płacze, owszem, ale teraz wszystko wskazuje na to, że były to łzy… radości! Że też nie poznałam jej po tych czarnych włosach… Ale w sumie zwykle upina je w ciasny kok, z którego trudno rozszyfrować długość pasm.
A Jacek? Kim może być tajemniczy Jacek? Ledwo zadałam sobie to pytanie, od razy w głowie pojawił mi się znajomy obraz wychowawcy. Tak, to musi być on! Przecież tak często widywałam go z panią Agnieszką… Nie podejrzewałam wtedy, że są to prywatne spotkania… Zawsze myślałam, że są po prostu znajomymi z pracy… A to ci niespodzianka!
Pani Agnieszka znikła już za rogiem. W chwili, w której znikła mi z oczu, powróciły obrazy ludzi, którzy w tym samym budynku przechodzą życiowe rozterki, smutki, upokorzenia i bezlitosne wspomnienia. Jestem pewna, że gdyby pani Agnieszka jakiś czas temu również ich nie przeżywała, byłaby dziś mniej szczęśliwa, niż gdyby całe jej życie było usłane różami.
To jest cały sens nieszczęścia. Istnieje tylko po to, abyśmy doceniając szczęście, cieszyli się nim jeszcze bardziej.
Więcej Komentarz
Opowiadania :

Niepełnosprawni

Oni nawet nie chcą wiedzieć, co się dzieje. Udają, że nie widzą podkrążonych, szklistych oczu, drżących dłoni i coraz liczniejszej czarnej garderoby. W sumie, kiedy ludzie sami sobie zasłaniają oczy nie możemy spodziewać się, że zauważą nasz strach. Są inwalidami w kwestii pomocy. Chociaż prawdopodobnie w innych kwestiach i w stosunku do innych ludzi są z pewnością całkowicie pełnosprawni. Są bardzo blisko mojego serca, ale nawet nie potrafią tego zauważyć.

Nie chcą słuchać. Pełne żalu słowa zakłócają własnymi skargami. Te zdania… przyozdobione łzami są dla nich zupełnie niesłyszalne. W całkowitej ironii mijają prośby, które rosną w miarę obojętności. Brak ludzkiego zainteresowania.

Niepełnosprawni. Na własną prośbę nie słyszą mojego wołania. Krzyczę za nimi w pogoni za miłością. Biegnę… chcę być blisko nich. Tak, jak najbliżej. Być dla nich kimś godnym zauważenia. A oni udają, że biegną w przeciwną stronę jedynie dla rozrywki.

A Ty… z mojego punktu widzenia stoisz w miejscu. Uśmiechasz się. Moja dusza z zapartym tchem zapatrzona w błękit Twoich oczu, nie widzi stóp, które odchodzą. A wszystko przez zjawisko fizycznie niewytłumaczalne. Wszystko przez to niebo będące Twoją tęczówką. To dziwne. Zazwyczaj to tęcza jest na niebie. A w Twoim przypadku to niebo znajduje się na tęczy. Dlaczego kusi mnie ten krajobraz i nakazuje mi iść za Tobą zostawiając wszystko, co mam? Czuję, że tonę w morzu Twoich oczu, znikam w ich głębi, spadam z jednej z chmur na niebie. Jak to się stało? Mamy tę samą prędkość, dlatego nie widzę, że odchodzisz. Wydaje mi się, że wcale za Tobą nie podążam, że potrafię Ci się oprzeć. Kusisz.

Przeciwdziałanie.

Więcej Komentarz
Opowiadania :

Cisza

Więcej Komentarz
Opowiadania :

Okruchy

Więcej
Komentarze
kaej : Niestety chorowałam sobie w domku ale słyszałam pochlebne opinie.
kulkuri : kaej - masz pewnie rację, sporo osób wyszło już podczas występu...
kaej : No, nareszcie jakieś konkrety. Z tym power metalem sprzed 15 lat to bym nie p...
Opowiadania :

Rubinowa Róża - Arsaniah d'Aran

Z zamierzenia nie miało być to opowiadanie, a jedynie historia postaci do Warhammer'a 2ed. Bez braku koncepcji na historię postaci, a jedynie z suchymi faktami na karcie postaci, zasiadłem do pisania i ot co popełniłem...





Więcej Komentarz
Opowiadania :

Jesień

Więcej Komentarz
Opowiadania :

Nocne łowy

Więcej Komentarz
Opowiadania :

Klucze

Wyszedł z domu. Po schodach w dół szarej, obskurnej klatki, w dół wokół ciemności nieodpartej, nierozświetlonej nawet pomarańczowym światłem zacinającej się żarówki… Przywykł dawno do takiej scenerii, nie robiła więc ona na nim żadnego wrażenia. Popchnął z rozmachem metalowe drzwi i wchłonęła go mroźna, lepka mgła zmieszana, jak zawsze o tej porze roku, z dymem kominów, sadzą i stęchlizną. Panowała cisza, tylko gdzieś w górze unosił się smętny dźwięk wiolonczeli, a może to były skrzypce?
Więcej
Komentarze
nomay : Interesujące...zaiste... Choć wstęp rozbudowany, akcja rozpoczyna...
czuczaczek : Hmm... A mnie się podoba ta "niedokończona" pointa :)
kontragekon : Moim zdaniem opowiadanie byłoby lepsze, gdyby zniknęła z niego połow...
Opowiadania :

Z pamiętnika snajpera

Siedzę tu drugi dzień. W starym, opuszczonym kamiennym budynku położonym na wzgórzu nieopodal dróżki prowadzącej wśród pól Normandii. Alianci wylądowali pięć dni temu i wtedy zaczęło się piekło. Ja jestem samotnym wilkiem, snajperem 125 Pułku Grenadierów Pancernych.
Przez okno wiodące na zachód wyglądam lornetką. Obok okna oparty o ścianę stoi mój snajperski Mauser 98k z lunetą, a koło karabinu ciężki, stalowy hełm. Nagle zauważyłem ruch. Naliczyłem ich czterech. To Brytole w charakterystycznych, przypominających talerze na zupę hełmach. Drużyna rozpoznania, tyle, że na rozpoznanie chodzą plutonem, więc w okolicy są jeszcze dwie takie drużyny. Nasi są pochowani, czołgi ukryte, bo alianckie samoloty niszczą wszystko, co się wychyli.
Dobra. Zabieram się do roboty. Chwytam karabin, zdejmuję osłony ochronne z lunety, ładuję amunicję. Opieram łożę o framugę okna. Składam się do strzału. W celowniku widzę oddział wroga. Rozpoznaję dowódcę. To sierżant z charakterystycznymi paskami na rękawie i Stenem w ręku. W krzyżu celownika złapałem jego postać. Na twarzy czuję lekki powiew. Biorę poprawkę na wiatr i odległość. Celuję w głowę, tuż pod hełmem. Wstrzymuję oddech. Delikatnie wyciskam spust. Jeszcze chwila. Pada strzał. Huk. Karabin mocno kopie, ale nie spuszczam oka z celu. Padł. Dostał. Szybko przeładowuję karabin, łuska z głośnym stuknięciem ląduje na podłodze. Następny nabój jest w komorze. Zanim się zorientują muszę ich zabić. Strzelam do drugiego. Padł. Trzeci to samo. Czwarty też zginął. Modzi chłopacy - ledwo trafili na front i spanikowali.
Teraz trzeba się wycofać, zanim reszta się zorientuje. Zakładam hełm, doładowuję naboje do karabinu. Wychodzę ostrożnie z domku. Rozglądam się. Jest drugi patrol. Biegnę cicho do lasu. Zakładam bagnet na karabin. Ostrożnie idę przez las. Dwieście metrów ode mnie plecami do mnie. Składam się do strzału. Strzelam. Szybko przeładowuję, nie celuję prawie, ważne, żeby ich powalić zanim zabiją mnie. Położyłem ich. Podbiegłem i dobiłem bagnetem. Dobrze, teraz trzeba znikać. Wróciłem do chaty, zdjąłem siatkę maskującą z ukrytego motocykla. Uruchomiłem silnik, puściłem pełen gaz. Uciekłem im, zanim ściągnęli posiłki i lotnictwo.
Więcej Komentarz
Opowiadania :

Mały epizod ze Stalingradu

Więcej Komentarz
Opowiadania :

Dzień D

Więcej Komentarz