Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Opowiadania :

PARALELIA - fragment Altum

Witaj Wirtualny Wędrowcze,

Jeżeli masz czasem wrażenie, że istoty które Cię otaczają są nie z TEGO świata i że wiedzą o TYM, czego istnienie Ty tylko przeczuwasz.
Jeśli w zakątkach Twojego umysłu nieustannie plącze się myśl o konieczności istnienia równolegle CZEGOŚ WIĘCEJ, niż tylko naszej rzeczywistości.
Gdy nie daje Ci spokoju świadomość niedopasowania własnej osoby do TEGO czasu i TEJ przestrzeni.
Masz dłuższą chwilę?
Zapraszam dorosłych do lekkiej lektury.

Zapraszam do PARALELII.

P.S. Fragment ten jest następstwem fragmentu „Oferta”.
P.P.S. Opowiadanie Paralelia zamieszczone 23.08.2006 jest powiązane z poniższym, jedynie osobą głównej bohaterki.


PARALELIA – fragment „Altum”

‘Na Yawę!’ Altum - podwodna metropolia, zbudowana na planie spirali, po prostu zaparła mi dech w piersiach swym ogromem. Obłe, słupowate budowle były niczym paluchy wystające z dna. Niskie przy zewnętrznych granicach miasta, im bliżej centrum, tym większe rozmiary osiągały. Zachwycona zauważyłam, że ściany rotund, pokryte licznymi otworami, delikatnie fosforyzują bladym błękitem. Nadawało to całości niesamowity wygląd gigantycznego, świecącego  koralowca, który wyciąga ramiona ku powierzchni.
- Zewnętrzne zabudowania stanowią lustrzane odbicie miasta znajdującego się pod dnem. – czuł się w obowiązku poinformować mnie Nieskończony: jaszczur morski, zwany przeze mnie też, mniej pompatycznie, Długim. To przez niego (i własną ciekawość) odbywałam tę podwodną podróż. Płynęliśmy tak długo, że straciłam poczucie czasu. Byłam zmęczona a otarcia od linek uprzęży w słonej wodzie piekły niemiłosiernie. Jednak już sam widok Altum wart był tych cierpień. Miasto tętniło życiem: w dole widziałam spieszących do swych spraw mieszkańców. Cieszyłam się jak mały gzub, że wkrótce zobaczę ichtian z bliska.

***

Zaraz po przekroczeniu granicy podpłynęła do nas grupa strażników. Krótka wymiana zdań między nimi a jaszczurem i… tyle ich widziałam. Odstąpili tak szybko, że nie zdążyłam się im dokładnie przyjrzeć. Oprócz ogonów o wielkich, okrągłych płetwach jedno zdążyło rzucić się w oczy: ich gabaryty. Byli jakieś półtora raza więksi ode mnie, a do mruków się nie zaliczam.
- Władcy nie ma w siedzibie, więc przedstawię Cię Ferrusowi: jest tu głównodowodzącym, a pod nieobecność króla namiestnikiem. Mało przyjemny typ, ale jesteś tu gościem i potrzebujesz jego pozwolenia na pobyt, no i przydzieli Ci kogoś do zwiedzania miasta. – nowiny jaszczura wybrzmiały w mojej głowie. Mimo intensywnego treningu telepatii, jaki przeszłam w drodze, w odpowiedzi udało mi się przesłać tylko głośne „Rozumiem”.

***

Zbliżaliśmy się do najwyższej i najokazalszej wieży w samym centrum miasta. Długi spływał z góry łagodnymi kręgami, bym mogła dokładniej się przyjrzeć. Z bliska ściany siedziby władcy, w odróżnieniu od innych, okazały się być pokryte rodzajem tłuczki z różnobarwnych skał, które tworząc fantastyczne motywy roślinne, dawały delikatne światło. Dopiero teraz zauważyłam, że budowla nie jest pojedynczą wieżą wyrastającą bezpośrednio z morskiego dna, lecz konstrukcją wzniesioną na dużo większej kopule, na swoistym bąblu, otoczoną pomniejszymi wieżami. Okrągłe otwory rozmieszczone na całej powierzchni ścian były wypełnione czymś przejrzystym, lekko falującym i migotliwym. Każdych drzwi, bo tym prawdopodobnie były te dziury, pilnowało dwoje strażników: czasem kobiet, czasem mężczyzn. Uzbrojeni w dwa lekko zakrzywione, krótkie i szerokie miecze o grubych ostrzach i ukośnie ściętych wierzchołkach, strażnicy czuwali w podłużnych niszach po obu stronach każdego wejścia. ‘Dużo tu tego wojska.’ pomyślałam, gdy minęła nas kolejna grupa zbrojnych.
Długi spłynął w końcu na samo dno, aż do podstawy bąbla, zagłębiając się w coś w rodzaju wewnętrznego pierścienia murów. Gdy spojrzałam w górę, nie dostrzegłam szczytu nawet najniższej z wież. Z żabiej perspektywy ogrom konstrukcji przytłaczał, a ja byłam tylko malutkim i nic nie znaczącym pyłkiem. Cóż, w końcu tak powinnam się czuć w obliczu władcy tego królestwa.
Zatrzymaliśmy się przy otworze, który miał dużo większą średnicę niż pozostałe. Kilkunastu strażników otoczyło mnie, jak tylko wyplątałam się z uprzęży, ścisłym, karnym kręgiem. Czułam się zaszczuta jak samotny fan wygrywającej drużyny gości, wśród tabunu kibiców gospodarzy. Wsłuchiwałam się wewnętrznie w wymianę zdań między jaszczurem a dowódcą straży. Długi „produkował” się jak rasowy dyplomata, paplając coś o olśniewaniu mnie majestatem i bogactwem panującego, a ja przyglądałam się ichtianom, którzy lekko przysiedli na zawiniętych końcówkach ogonów.
Wszyscy, zarówno kobiety jak i mężczyźni, byli całkowicie bezwłosi. Ich gładkie, blade ciała od linii bioder w dół pokrywała różnej wielkości, niebiesko-srebrna łuska. Ogony zakończone okrągłą, poprzeczną płetwą były w ciągłym ruchu a ich kształt przypominał ludzkie nogi pozbawione stawów. Mężczyźni byli jedni smuklejsi, inni muskularni, jednak każdy z nich miał barki, całe przedramiona i wierzchy dłoni bez paznokci pokryte łuską, co dawało wrażenie jakby nosili niekompletną zbroję. Kobiety, nieznacznie delikatniejszej budowy, miały łuski tylko na zewnętrznej części przedramion. One również nie nosiły ubrań, tylko ich niewielkie piersi o bladych brodawkach okalały delikatne siateczki zielonkawych łańcuszków.
Spoglądając na twarze ichtian doszłam do wniosku, że o ile nie ulega wątpliwościom, że Hans Christian Andersen był, tak jak ja, przebudzonym dzieckiem, o tyle pisząc „Małą Syrenkę” chyba musiał być pod wpływem jakiś używek, bo jego wyidealizowany opis morskiego ludu nijak się miał do, tych tutaj, brzydali. No, w każdym razie według mnie, piękni to oni nie byli. Najbardziej niesamowite wrażenie robiły ich oczy: wielkie, prawie bez białek, wpatrujące się niemal bez mrugnięcia i, tak jak moje, koloru głębokiej purpury. Heh, czyżby moja pra, prababka miała mały romansik z półczłowiekiem półrybą? W większości ich nosy były płaskie, a wydatne usta równie blade jak reszta skóry. Nie mieli małżowin usznych, tylko półokrągłe fałdy skóry, pokryte łuskami, zakrywające otwory po bokach głowy. Bez brwi, rzęs, zarostu i włosów kojarzyli mi się z ludźmi po chemioterapii. Te skojarzenia rozpływały się jednak na widok płetwy-grzebienia, biegnącej przez środek czaszki, wzdłuż całych pleców i znacznej części ogona a zaznaczającej się delikatnymi zgrubieniami pod skórą już na czole. Te grzebienie składały się czasem, teraz jednak były nieruchome i wojowniczo nastroszone. W nieustannym ruchu pozostawały natomiast liczne, pionowe szczeliny na ich szyjach- byłam niemal pewna, że w ten sposób oddychają.
Chwilę to trwało: ja przyglądałam się im, a oni mnie. Na rozkaz dowódcy pochowali broń do ozdobnych pochew, zawieszanych na równie bogato zdobionych pasach.
- Wejść! – usłyszałam w końcu szczekliwą komendę, a Długi już znikał we wejściu. Odprowadziły mnie strzępy komentarzy na temat moich nóg i włosów.
Wejście okazało się niespodzianką, bo o ile brak było w nim drzwi, o tyle zaporę stanowił rodzaj grubej galarety, przez którą należało się przecisnąć. ‘Bleee... obrzydlistwo. Dobrze, że przynajmniej nic na skórze nie zostaje’ pomyślałam, będąc już po drugiej stronie. Wewnątrz woda była mniej słona. Ściany ciemnego korytarza były gładkie i fosforyzowały pod wpływem ruchu, dając biało-niebieskie światło. Chwyciłam Długiego za ogon, by szybciej się poruszać, co, zresztą, skwitował pytaniem: w czym przypominam mu holownik, i popłynęliśmy w dół tunelu. Przed nami w dali majaczyło światełko i pomyślałam, że w tych okolicznościach nie zdziwiłby mnie wcale widok świętego Piotra i bramy niebios. Z bliska światełko okazało się wejściem do jasnej sali tronowej, według Długiego pilnowanej przez osobistą gwardię Ferrusa, w liczbie czterech osobników. Ci żołnierze faktycznie różnili się od tamtych przy wejściu. Byli niemal jednakowi, jak bliźniacy, a na ich piersiach widniało coś w rodzaju szkaplerza z białej masy, zdobionego emblematami, które przypominały mi rekinie szczęki. Znów kazano nam czekać (kolejna demonstracja władzy) a w tym czasie jeden ze strażników oddalił się, by nas zapowiedzieć. Przyznam, że denerwowałam się troszeczkę tą całą rozmową, więc postanowiłam spytać jaszczura:
- Będę rozmawiała z władcą, jak się zach...?
- Uch, nie krzycz! - przerwał mi Długi, a strażnicy zastępujący nam drogę skrzywili się nieznacznie.
- Kontroluj przekaz! Nie z władcą, a z namiestnikiem, a z tego co wiem, zasady takie jak wszędzie: pochyl się, nie gap się i nie odzywaj bez pozwolenia.
- Dobrze. – przytaknęłam entuzjastycznie.
- No i nie wrzeszcz, na bogów! – Długi aż się otrząsnął, jeżąc płetwę.
- Przepraszam. – nadałam najdelikatniej jak potrafiłam w chwili, gdy żołnierze się rozstąpili a jaszczur pyskiem wepchnął mnie do środka.

***

Sala miała kształt kuli. Zdezorientowana rozglądałam się dookoła, a mój wzrok przyciągały kolejne bańki wieńczące dziesiątki kolumn, które otaczały mnie ze wszystkich stron. W każdej z tych kul poruszały się dziwne macki, nieustannie zmieniając kolor. Nie zdążyłam się przyjrzeć tym stworzeniom, bo w mojej głowie rozległo się basowe:
- Zbliż się, bezłuska!
Rozejrzałam się raz jeszcze i dostrzegłam w górze ogromnego ichtianina, siedzącego na unoszącej się kuli i kilkoro innych dworzan za jego plecami. Podpłynęłam i wykonałam, o ile można to tak nazwać, ukłon. Ferrus - osobnik, który siedział na tronie, miał wytatuowane na piersi dwie duże rozgwiazdy. Nie chciałam stawiać Długiego w niezręcznej sytuacji, że niby przyprowadził bezczelnego mieszańca, spuściłam więc wzrok i obserwowałam poharataną płetwę namiestnika. Jej końcówki połyskiwały metalowymi kolcami.
- Więc jesteś tu... dwunożna, słaba istoto. - sączył każde słowo powoli, niczym obelgę.
- Mimo zapewnień Nieskończonego nie cieszy mnie ta wizyta... uważam ją za zbędną. Mój władca chce rozwijać handel z ludźmi i oczekuje ode mnie, że godnie cię ugoszczę. - zamilkł, ale po chwili dodał niespiesznie:
- Co uczynię. Nie spodziewaj się jednak niczego więcej. – jego opierścienione palce niecierpliwie bębniły w rzeźbione w ośmiornice poręcze kulistego tronu. Kilka par oczu uważnie obserwowało mnie zza oparcia.
- Tradycyjna kolacja powitalna dziś wieczór. Przydzielę ci kogoś do opieki. To wszystko. Możesz się oddalić. - rzucił od niechcenia, wykonując pobliźnioną dłonią gest, którym ludzcy panowie odprawiają służbę. Odpływając, kątem oka zauważyłam ichtiankę szepczącą coś na ucho Ferrusowi.

***

‘Co za buc!’ pomyślałam, wracając do Długiego. Jaszczur nie był sam. Oprócz strażników był tam również szczupły i wysoki, młody ichtianin.
- Będę twoim przewodnikiem. Mam na imię Imaggio. – miły głos rozbrzmiał w mojej głowie, a jego właściciel skłonił się lekko. Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z konieczności niańczenia mojej osoby.
- No. To ja was zostawiam. Głodny jestem. Wrócę za trzy dni. - wtrąciła bestia, przepływając między nami, po czym szybko oddaliła się korytarzem, powodując jego chwilową iluminację. Wraz z Długim znikło charakterystyczne buczenie istoty obdarzonej mocą. ‘Hm... Wypadałoby się przedstawić, byle ostrożnie.’
- Jestem Echo.
- Echo?
- Echo. – potwierdziłam i oboje uśmiechnęliśmy się szeroko. Imaggio podpłynął bliżej. On również miał rozgwiazdy na piersi. Jego tatuaże były jednak mniejsze niż Ferrusa.
- Jestem twórcą. Nieskończony twierdził, że interesujesz się naszą sztuką? – grymas radości wciąż błąkał się na jego kształtnych wargach, dodając łagodności twarzy o wysokich kościach policzkowych i orlim nosie.
- Tak, bardzo. Pokażesz mi wszystko?...

***

Dzień upłynął mi bardzo szybko, bo Gio okazał się wszechstronnie uzdolnionym artystą, który oprowadzając po mieście i odganiając ciekawskich, chętnie prezentował dokonania zarówno swoich poprzedników na przestrzeni ubiegłych tercji, jak i współczesnych mu konkurentów.  Nie raz, nie dwa uśmialiśmy się z mojej wymowy, z jego pytań o świat na powierzchni, z moich komentarzy na temat miejscowego jedzenia i niezdarności pod wodą. Postanowiliśmy, że następnego dnia Gio pozna mnie z niektórymi mieszkańcami. Czasem przyłapywałam go na tym, jak intensywnie mi się przypatruje.

***

„Tradycyjna kolacja powitalna” odbywała się, na szczęście, w jasnej, owalnej sali z „normalną” podłogą, o ile można tak nazwać gąbczastą i lekko uginającą się powierzchnię. Niskie ławy przytwierdzono, ustawiając je w kształt migdała, na którego jednym końcu zasiadł Ferrus z towarzyszką, a na drugim, na ciężkich, galaretowatych poduszkach, ja. Oko cieszył widok strojnych współbiesiadników, barwnych potraw i naczyń. Ucho, a właściwie umysł, najpierw: znudziło się mową gościnną wygłoszoną przez jakiegoś pachołka Ferrusa (prawdopodobnie należałoby to uznać za afront, ale po pierwsze: nie znałam tutejszych zwyczajów, a po drugie: miałam to w... głębokiej pogardzie), a później wsłuchiwało się w rozmowy prowadzone przy stole i komentarze Imaggio.
Gdy już wszyscy zebrani nieco pojedli (każda potrawa miała posmak surowej ryby, więc na jakiś czas będę miała dość sushi) do Ferrusa zbliżyło się dziecko, trzymające w rękach dwa, srebrno-połyskujące stożki. Namiestnik już, już sięgał po któryś z przedmiotów, gdy jego towarzyszka złapała go za masywny nadgarstek. Spojrzał na nią gniewnie, strosząc grzebień, ale ichtianka coś szybko powiedziała i posłała dziecko w moją stronę. Chciałam zapytać Gio o co chodzi, ale był za daleko, zajęty rozmową, a dziecko, a właściwie karzeł, już stał przede mną, uśmiechając się krzywo i niepewnie. Sala zamilkła.
- Wybieraj bezłuska! Bądź mym gościem! - zabrzmiał głos Ferrusa, a on sam nonszalancko rozwalił się na poduchach. ‘Kłopoty’ zapaliło mi się w głowie światełko alarmowe. Przyjrzałam się uważnie stożkom trzymanym przez karła. Jeden z nich był gładki, srebrzysty i zwieńczony piękną, lekko błękitną perłą. Drugi, również błyszczący, był grawerowany w spiralne, purpurowe kształty, a na jego wierzchołku tkwiła perła o dziwnym, czerwonym refleksie, osadzona w koszyczku o kolczastych krawędziach. Nie były wysycane mocą, w każdym razie nie na tyle, żebym to wykryła. Czułam na sobie dziesiątki wyczekujących spojrzeń – ogony nerwowo drgały, skrzela pracowały szybciej, atmosfera gęstniała z każdą chwilą. Gio stężał w pół gestu i ani drgnął, wpatrując się w moje ręce. ‘Pierwsza myśl najlepsza’ sięgnęłam po błękitną perłę.
- Wybór dokonany! - zawołał triumfująco karzeł i podniósł w górę stożek. Usłyszałam jakby szmer ulgi, przetaczający się przez salę.
- Walkę czas zacząć! -  objaśniła miniatura ichtianina. Zdębiałam. Światła w sali zbladły i jedynie puste miejsce na środku, między ławami pozostało oświetlone. W półmroku dostrzegłam jak Ferrus gestykuluje gwałtownie, dyskutując ze swoją towarzyszką.
- Gio, co to za walka? Co ja zrobiłam!? – dopytywałam nerwowo, gdy wreszcie Imaggio znalazł się u mego boku.
- Już nic. W porządku. To nasza tradycja. – uspokajał.
- Walka odbywa się na cześć gościa i zazwyczaj wybiera panujący. Dziś postanowiono inaczej. Zapewne za namową mojej, żądnej wrażeń siostry. - dodał, dziwnie zrezygnowany Gio, ruchem głowy dyskretnie wskazując na ichtiankę, siedzącą obok Ferrusa.
- Wybór, którego dokonałaś dotyczył rodzaju walki: błękitna perła - walka bez osłon, do pierwszej krwi; perła czerwona: walka w osłonach, na śmierć i życie, chyba, że w finale władca zadecyduje inaczej. Gdybyś wybrała ten drugi stożek to... hm... byłby mały problem. Oznaczałoby to, mniej więcej, tyle, że uznajesz się za równą władcy, bo uzurpujesz sobie prawo do władania życiem walczących ichtianian, co mogłoby być poczytane za obrazę. - wyjaśnił Imaggio.
Karzeł pojawił się znowu i stanął na środku ringu utworzonego przez ławy. Zademonstrował zebranym błękitną perłę, którą następnie włożył do ust i przysiadł dokładnie w centralnym punkcie. Mały mistrz ceremonii zaintonował zapętlającą się melodię, którą po kolei, począwszy od Ferrusa, podejmowali kolejni widzowie.
Dźwięki w mojej głowie transowo wzrastały i opadały, gdy w krąg światła wpłynęli dwaj zawodnicy. Stanęli naprzeciw siebie, każdy zbrojny w dwa zakrzywione miecze o wielokrotnych ostrzach. Posągowo zbudowani, z nastroszonymi grzebieniami i ogonami uderzającymi miarowo o podłogę, z obnażoną bronią, obserwowali się, oczekując sygnału. Ich torsy delikatnie lśniły w miejscach pokrytych wijącymi się ornamentami. Oprócz tych malunków, nic nie zdobiło ich ciał. Obydwaj młodzi, obydwaj dumni i pewni swych umiejętności. Karzeł uniósł dłonie nad głowę, a wojownicy złożyli w nich ostrza. W momencie, gdy mały mistrz ceremonii zetknął ze sobą czubki mieczy, rozpoczął się pojedynek.
Dokładny i tak precyzyjny, iż wydawało się, że zawodnicy nic innego nie ćwiczyli przez całe życie, tylko tę jedną walkę-taniec. Zupełnie jakby nie używali siły: cięcia pewne i sprawne. O ogromie wysiłku wkładanego w każdy ruch świadczyły jedynie postronki mięśni grające na ramionach, barkach i plecach. Cięcie, blokada, odskok. Pchnięcie, zbicie, odskok, kontra. Płynnie i szybko, bezbłędnie. Szczęk krzyżowanych mieczy, rozchodzący się w wodzie i atmosfera wieczoru powodowały u mnie gęsią skórkę. Ten pojedynek oglądałam z zapartym tchem, jak najlepsze przedstawienie. Walczący ścierając się, wirowali, niczym tancerze po parkiecie. Walka czysta i techniczna, nie taka, jak na polach bitew, gdzie każdy chwyt jest dozwolony, a jedyną nagrodę stanowi przeżycie. Urzeczona, nie odrywałam wzroku przez długie minuty. Byli bardzo szybcy, a gdy uświadomiłam sobie, że przecież walczą pokonując opór wody, mój podziw tylko wzrósł. Z pewnością nie byli to przeciwnicy, z którymi życzyłabym spotkania komukolwiek.
Melodia nucona przez widzów stopniowo przyspieszała, jakby naciskając na walczących o rozstrzygnięcie pojedynku. Obydwaj byli już zmęczeni, zaczęli więc używać oręża nieco inaczej. W pewnej chwili, gdy wydawało się, że silne cięcie dosięgnie biodra jednego z walczących, ten zmieniając chwyt, spowodował, że wielokrotne ostrze jego miecza rozsunęło się tworząc tarczę, po której spełzł cios. Przez moment zawodnik parował uderzenia tą na wpół rozłożoną bronią, po czym odskoczył i strzepnąwszy ramię, rozsunął drugie ostrze. Gdy przesłonił się wachlarzami, mieniącymi się niczym motyle skrzydła, spiralne wzory na klindze hipnotyzująco zagrały, przyciągając wzrok. Za zwodniczą zasłoną ekstazą walki błyszczała para czarnych oczu. Walczący mieczami wyprowadzał  kolejną serię silnych, pionowych cięć, mających przełamać blokadę. Wtem wojownik używający wachlarzy uskoczył w bok i zamiast się osłaniać, uderzył przeciwtempem, tnąc po żebrach.
Wokół zapadła cisza.
Z rany o kilku równoległych brzegach wykwitły czerwone smugi krwi, szybko rozchodząc się w wodzie jak wijące się, purpurowe pnącza. Wojownik, bardziej zdziwiony niż ranny, znieruchomiał, przyciskając dłoń do boku. Po czym, po chwili, skłonił się przeciwnikowi i trzykrotnie zasalutował, przytykając do czoła rękojeści mieczy, trzymanych w jednej ręce. Wybuchła wrzawa, a karzeł wśród tych okrzyków i gratulacji ogłaszał werdykt.
- Gio, to było... niesamowite. - szepnęłam, będąc ciągle pod wrażeniem widowiska.
- Wiem. - odparł z lekkim uśmiechem.
- Witaj w Altum.

***

Impreza przeciągnęła się do późna. Po pokazach tańca w wykonaniu młodzieży obu płci, wniesiono przeźroczyste tuby pełne białych, miękkich puszków, wielkości dłoni. Po sali rozszedł się dziwny, ciężki zapach. Ichtianie przytykali te kłębki do szczelin skrzelowych na szyjach i niemal natychmiast ich wzrok stawał się szklisty i nieobecny, a ruchy bardziej miękkie. Kolejne pary wymykały się z sali lub nikły w ciemnościach. Ferrus i jego towarzyszka zapadli w poduchy, nakryci przez służbę wzorzystą materią. Gio wskazał głową wyjście, w chwili gdy sąsiad przy stole zaczął oglądać moje stopy, rozsznurowując przy tym nogawki, a siedząca z drugiej strony ichtianka rozpuściła mi włosy.
- Lepiej stąd wyjdźmy. - poradził, cierpliwie wyplątując z moich loków dłonie namolnej kobiety. Niepostrzeżenie złapałam kilka puszków i wepchnęłam do kieszeni. Wypłynęliśmy.

***

- Dlaczego ty nie skorzystałeś? - zapytałam, gdy już znaleźliśmy się w zagraconej pracowni. Wyjęłam z kieszeni trzy kłębki i zaciągnęłam się ich zapachem: ciężkim, piżmowym, drażniącym. Świat dookoła mnie zachwiał się na moment.
- Wychował mnie zielarz. Wiem jak działają takie środki.
Gio nic nie odpowiedział, nie przerwał nawet porządkowania miejsca, w którym miałam spać, spojrzał tylko na mnie z miną zbitego psa.
- Chyba nie sądzisz, że wybierając na sypialnię twoją pracownię, nie wiedziałam co robię? - zadałam kolejne pytanie. Imaggio przestał w końcu przestawiać rzeczy, odwrócił się, spojrzał na mnie i rzekł:
- Nie skorzystałem z siso, bo pod jego wpływem mógłbym zrobić ci krzywdę, czego bym nie chciał i za co zapłaciłbym głową, bo jesteś gościem Altum. W tej sytuacji moje pragnienia nie mają prawa bytu.
Stał tak, nie spuszczając ze mnie wzroku, zdeterminowany, z założonymi rękoma, nerwowo uderzający ogonem.
- A jakie są twoje pragnienia? – prowokowałam, podpływając bliżej. Nieznacznie zjeżył grzebień, a mięsień na jego zaciśniętych szczękach zadrgał. Oparłam jedną dłoń na rozgwieździe na jego piersi, a drugą z narkotycznym puszkiem przysuwałam do jego szyi. Zatrzymał ją w pół drogi i zbliżył swoją twarz do mojej:
- Chciałbym… ujrzeć cię nagą…. dotknąć twoich ud i poczuć jak mnie nimi oplatasz... - jego głos w mojej głowie wibrował niskimi tonami.
- Chciałbym… wziąć cię tak, jak robimy to w święto mollok.- wciąż trzymał mnie za rękę, intensywnie wpatrując się w moją twarz.
- Wiem, że mnie nie skrzywdzisz. - nadałam, podciągając się by dosięgnąć jego pełnych, lekko rozchylonych ust. Gio obejmując mnie, puścił mój nadgarstek i pozwolił przyłożyć siso do skrzeli. Odchylił głowę, przerywając pocałunek. Jego uścisk zelżał, a ja miałam wrażenie, jakby całe jego ciało się rozluźniło, jakby uszło z niego napięcie.
- Pokaże ci jak świętujemy mollok, dzień żywych. - to mówiąc wyjął mi z ręki białe kłębki i zbliżył do mojej twarzy. Pierwszy wdech i... myśli zwolniły, drugi  i... już każdy centymetr skóry informował mnie o otoczeniu, trzeci wdech i... w mojej głowie pojawiły się senne obrazy kochających się ichtian. Gio zaintonował dźwięki spokojnej melodii i z lekkim uśmiechem obserwował moją reakcję, opływając mnie dookoła. Otumaniona oniryczną wizją, spojrzałam pytająco a on odpowiedział, że to jego myśli. Po chwili ze zdziwieniem stwierdziłam, że mierzwi mnie każdy kawałek materii ubrania, który styka się z moją skórą. Podpłynęłam trochę w górę, bo ni z tego ni z owego, podłoga zaczęła cisnąć mnie w stopy i zaczęłam rozsznurowywać gryzącą koszulę. Imaggio, ciągle nucąc, owinął się wokół mnie i rozwiązywał nogawki, czasem muskając moje stopy. Zsuwając ze mnie spodnie, pożądliwie wbijał wzrok w każdy fragment ciała wyłaniający się spod tkaniny. Ubrania opadały na dno a on powoli wodził dłońmi po moim brzuchu, udach, łydkach i stopach, jak rzeźbiarz sprawdzający poprawność kształtu. Każde dotknięcie elektryzowało, powodując rozkoszne dreszcze.
Gdy nasycił się widokiem i poznał wszystkie zagłębienia i wypukłości, podpłynął do mnie z tyłu i oburącz objąwszy mi skronie, położył moją głowę na swoim ramieniu i zanurzył twarz we włosach. Opadłam lekko na jego wielkie ciało, a miarowe ruchy jego płetw, utrzymywały nas oboje w słodkim zawieszeniu. Głaskał moją skórę, nucąc nieustannie, od szyi, przez ramiona, po wnętrza dłoni. Gładził od szyi, przez skórę między piersiami, po brzuch. Wodził opuszkami palców od szyi, przez boki, po uda, wywołując mrowienie. Dotyk początkowo delikatny, stopniowo przybierał na sile, ciągle jednak omijał piersi i podbrzusze. Spragniona intymnej pieszczoty, rozpalałam się coraz bardziej. Gdy wreszcie odgarnął moje włosy i mocno pocałował w kark, a jego dłonie objęły moje piersi, ściskając sutki między palcami, moje ciało przeszyły gwałtowne dreszcze. Odpłynęłam, dosłownie i w przenośni. Chciałam odwzajemnić przyjemność, więc obróciłam się, siadając. Próbowałam go pocałować, ale on tylko zręcznie zsunął się miedzy moje uda, umykając.
- Hm... - sapnęłam niezadowolona, ale zaraz poczułam palce delikatnie mnie otwierające i już nie było mowy o dąsach. Jego język powoli badał wszystkie zakamarki mojego wnętrza. Odchyliłam się i wsparłam dłonie na jego napiętym brzuchu. Smakował mnie coraz zachłanniej, coraz szybciej, od czasu do czasu podskubując wargami co wrażliwsze kawałeczki ciała. Jego język trzepotał jak ćma zamknięta w dłoniach, a palce błądzące po moich udach i pośladkach przytrzymywały, gdy próbowałam się uwolnić od tej, chwilami nieznośnej, rozkoszy. Fale gorąca oblewały mnie całą, bo skóra niczym poparzona, odbierała każdy bodziec po wielokroć. Zatracając się, nieświadomie wbijałam palce w jego boki.
W pewnej chwili osunęła mi się dłoń i kciukiem zahaczyłam o coś na biodrze Gio. Obejrzałam się, by sprawdzić co sprawiło mi ból, i zobaczyłam, że łuski w tym miejscu odstają. Wsunęłam rękę w szczelinę i łuskowa przepaska zsunęła się nieznacznie, ukazując dalszy ciąg gładkiego brzucha, co tylko podrażniło moją wyobraźnię. Wyswobodziłam się z uchwytu Imaggio i, suwając się po ciele, usiadłam na jego ogonie i zaczęłam kombinować jakby z niego zdjąć to wdzianko. Wodziłam palcami wokół pasa, obserwując jak mięśnie rozkosznie uchylają się pod dotykiem, ale ani sprzączki, ani klamerki znaleźć nie mogłam. Gio z szelmowską miną i założonymi rękoma, obserwował moje daremne wysiłki, ani na moment nie przerywając melodii. Podniecona i zniecierpliwiona po chwili dałam za wygraną:
- Pomóż...
Uśmiechając się, pogmerał gdzieś przy biodrze i powoli zsunął krótką przepaskę.
- No... - trochę się zapowietrzyłam na widok sztywnego, lekko drgającego giganta.
- Nie wiem czy dam radę temu... „maluchowi”. - biorąc go w dłoń, rzuciłam ni to do Gio, ni to do siebie. Mimo długich palców, nie mogłam zamknąć dłoni. Odciągnęłam aksamitną skórkę, a delikatna różowa główka, która ukazała się w całości, aż prosiła się o spróbowanie. Przeciągnęłam językiem wokół wierzchołka, a Gio zadrżał, polizałam od dołu do góry, a jego ciało wyprężyło się w łuk, włożyłam do ust, a on zanucił głośniej, unosząc biodra. Żałowałam, że słona woda wypłukiwała jego męski, orzechowy smak. Dawkowałam pieszczotę, która w równym stopniu podniecała nas oboje.
Gio nucąc intensywnie, nieustannie bawił się moimi włosami, dotykał uszu i... patrzył. Spoglądał pożądliwie, spod półprzymkniętych powiek, tylko czasem zamykając oczy. Wreszcie, chcąc więcej, podciągnął mnie za ramiona i obejmując w pasie, po prostu na sobie posadził. Oplotłam go nogami i wciągnęłam w śliskie, gorące, falujące wnętrze. Bogowie, ależ był wielki! Znieruchomiałam, wtulając twarz w jego pierś. Wypełnił mnie całą. Powoli się rozciągając, czułam każdy jego tętniący fragment. Napinał mięśnie, a ja obejmowałam go przy każdej próbie ruchu.
- Pozwól mi... - ze śmiechem wplótł szeptaną prośbę w nuconą melodię. Zanurzył dłonie w moich włosach i zmusił do spojrzenia sobie w twarz. Przelotnie musnął ciepłymi wargami moje powieki a potem przeciągle pocałował. Rozluźniłam uchwyt i pozwoliłam mu się wysunąć. Ten ruch spowodował, że dreszcze przeniknęły mnie od stóp do głów. Następne pchnięcie tylko spotęgowało ekstatyczne doznanie. Stopniowo: góra, dół, góra, dół. Fala rozkoszy, rozluźnienie, fala rozkoszy, rozluźnienie. Gio zmieniał rytm, doprowadzając mnie do szału, więc w oczekiwaniu na kolejny ruch, wiłam się na nim niespokojnie, chcąc go w sobie poczuć, chcąc go wessać w swoje wnętrze. Po chwili poruszał się  we mnie miarowo. Już nie czułam jego palców zachłannie wbijających się w moje pośladki, już nie widziałam jego dzikiego wzroku, ani rozchylonych warg. Nic nie było ważne. Liczył się tylko upragniony ruch: szybki, mocny, rytmiczny, na który reagowałam wilgocią i skurczem. Nasze rozgrzane ciała delikatnie drżały we wspólnym wysiłku, jednoczesnym działaniu. Już nie dopełnienie a jedność. Odwieczny taniec, naturalny rytm i... wewnętrzna muzyka. W chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że nucę, wezbrana fala rozkoszy przerwała tamę i zatopiła mnie od wewnątrz serią cudnych spazmów, rozchodzących się elektryzującym impulsem wzdłuż pleców i eksplodując feerią psychodelicznie barwnych plamek pod powiekami. Podkurczyłam nogi, przyciągając Gio, ale on ciągle się poruszał, skupiony już tylko na sobie, teraz nieświadomy, że przedłuża moją rozkosz. Z zamkniętymi oczyma i rozchylonymi, bladymi ustami wyglądał jak rzeźba z alabastru i tylko ruch i szybko falujące szczeliny na szyi świadczyły o życiu. W końcu skrzela zacisnęły się gwałtownie a ja poczułam jego pulsujące skurcze wypełniające mnie płynną esencją męskiego pożądania.
Imaggio drżał jeszcze, gdy objąwszy dłońmi moją twarz, przytknął czoło do mojego i z zamkniętymi oczyma przesłał mi... obraz? emocje? Nie wiem nawet jak to określić, tak dziwny był ten zbitek wdzięczności, prośby, spełnienia i przyrzeczenia. Nie pamiętam słów, ale wybrzmiały wtedy w moim umyśle niczym deklamowany wiersz lub żarliwa, śpiewna modlitwa. Otoczył mnie ramionami i tak splątani w miłosnym uścisku, delikatnie opadliśmy na podłogę pracowni.

***

- Co? Na Yawę…
Jakaś para rąk odrywała mnie od kochanka, a dwie kolejne unieruchamiały szarpiącego się Gio, równie zaskoczonego i zdezorientowanego jak ja. Jakiś gwardzista, sądząc po szkaplerzu, wywlekł mnie nagą z pracowni, boleśnie krępując ramiona w łokciach. Ciągle działające siso tylko ten ból potęgowało. Byłam ciągnięta dłuższy czas. Wreszcie ciśnięto mnie, niczym szmacianą lalkę, na chropowatą podłogę małego, ciemnego pomieszczenia. Podciągnęłam kolana pod brodę. Strażnicy stanęli przy wejściu. Ciągle oszołomiona nawet nie próbowałam się podnieść, gdy do sali wtoczył się osobnik o mocno pokiereszowanym ogonie. ‘Już gdzieś widziałam te metalowe kolce na płetwie’ z trudem próbowałam skupić myśli, bo mój umysł ciągle pracował na zwolnionych obrotach. Szorstka podłoga wbijała mi się w skórę milionami igiełek.
- Mam cię bezłuska!
Wielkie łapsko dźwignęło za rękę moje bezwładne ciało i uniosło na wysokość twarzy właściciela, który przyglądał się, lustrując mnie od góry do dołu.
- Ferrus... – dotarło do mnie, gdy marszcząc brwi spojrzałam w oczy, równie szkliste jak moje. Wszędzie wokół rozchodził się ciężki zapach narkotyku.
- Kto cię przysłał!? Mów! Dla kogo szpiegujesz!? – z wysiłkiem formułował słowa, potrząsając mną jak kukiełką.
- Szpiegujesz? – niedowierzając zadałam pytanie, otwierając oczy ze zdumienia.
- Dla Gildii?! Dla Corrazów?! Dla wojska?! Gadaj! – wykrzykując pytania,  ichtianin nakręcał się coraz bardziej. Z jego słów wynikało, że wojna uzurpatora dotarła nawet tu, w morskie głębiny. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że w tych okolicznościach oskarżenie o szpiegostwo to wyrok. Wyrok poprzedzony męczarnią. Oprzytomniałam. Spróbowałam zaprzeczyć, ale szybko dostałam w twarz wierzchem, opancerzonej łuskami, dłoni. Zsunęłam się po zdobionej ścianie, a z pociętego policzka uniósł się obłok krwi. Ferrus podpłynął, zaciągając się. Jego oczy dziwnie rozbłysły, ruchy stały się gwałtowne, ogon zaczął uderzać w podłogę. Chwycił mnie za włosy i poprawił, uderzając w drugi policzek. Rozciął mi wargę. Teraz ja poczułam zapach krwi, a ból ocucił mnie całkowicie.
- Boisz się? Powiedz, że się boisz, dwunożna. - zasyczał i podniósł mnie, trzymając za gardło. Szarpałam się jak królik we wnykach. Zacisnął uchwyt i po chwili jaskrawe plamy zawirowały mi przed oczami.
- Nie… nie zabiję cię, twoi mocodawcy muszą wiedzieć, że ja wiem. Będziesz przestrogą - cedził.
- Rozkrwawioną przestrogą...
Łapą gmerał przy łuskowej przepasce. Nim ta dotknęła dna, wszedł we mnie brutalnie, bez ostrzeżenia. Zaskowyczałam z bólu, a on zaczął wbijać się we mnie, napierając bezlitośnie, raz za razem. Był za duży, krew buchała z każdym jego ruchem. On rozdzierał mi wnętrze, a zimna, rzeźbiona ściana ryła mi plecy i pośladki purpurowymi ornamentami. Chciałam zemdleć, tak bardzo chciałam. By nie czuć tego kawału mięsa rozrywającego moje delikatne tkanki. By nie czuć tej fali boleści, która przy każdym uderzeniu tej cielesnej szpicy, odbierała zmysły. By nie czuć tego niedźwiedziego uścisku wielkiej łapy, miażdżącego mi piersi. Życzyłam sobie przejścia, by znów być w XXI wieku i nie oglądać wyrazu tryumfu pojawiającego się na twarzy oprawcy, na widok kobiety wijącej się pod nim z bólu, niczym motyl przebijany szpilką. Jego samcze ostrze dźgało mnie wciąż na nowo, od początku, znów, bez przerwy.
W końcu opadłam z sił, zaprzestałam walki, a w mojej głowie kołatała się już tylko jedna myśl: nie ma mnie tu, nie ma mnie tu, nie ma mnie tu...
Miałam wrażenie, że to trwa wiecznie, a ulga nigdy nie nadejdzie. Wszędzie wokół widziałam własną krew wirującą sennie karminowymi smugami.
Gdy drgał jeszcze w moich wnętrznościach ostatnim spazmem, uderzył mnie ostatni raz, niczym za karę za to, że byłam świadkiem jego słabości.
- Nie jesteś lepsza od altumskich niewolnic. - rzucił z pogardą, podnosząc z ziemi przepaskę.
- Zabrać ją.
Strażnicy wywlekli mnie z sali wypełnionej mdlącym zapachem posoki i narkotyku. Wypłynęliśmy poza miasto. W drodze na brzeg, słona woda dopełniała moich tortur.

***

Według wschodniego przysłowia, nie można zwyciężyć mistrza, który nie podejmuje walki. Niby prawda. Tylko, czy czułabym się mniej przegrana, gdybym się nie broniła przed tym gwałtem? Szczerze wątpię.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły