Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Muzyka :

Tim Hecker - Virgins

Brian Eno, uznawany za twórcę ambientu, zwykł mawiać, że ambient jest muzyką na tyle nienarzucającą się, że można jej słuchać niezobowiązująco, ale powinien też być na tyle interesujący, żeby słuchacz pochłaniał każdy kolejny utwór z zaciekawieniem. Jest to właściwie perfekcyjna definicja tego gatunku zważywszy na to, że jego ograniczenia muzyczne właściwie nie istnieją.

Brian Eno, uznawany za twórcę ambientu, zwykł mawiać, że ambient jest muzyką na tyle nienarzucającą się, że można jej słuchać niezobowiązująco, ale powinien też być na tyle interesujący, żeby słuchacz pochłaniał każdy kolejny utwór z zaciekawieniem. Jest to właściwie perfekcyjna definicja tego gatunku zważywszy na to, że jego ograniczenia muzyczne właściwie nie istnieją.

Dość łatwo tym samym o pewną powtarzalność, nudę, wpychanie byle czego w ramy ambientu i uznawanie go jako muzykę do zasypiania. A to już jest, panie i panowie, błędem nad błędami. To tak, jakby powiedzieć, że death metal jest do pogowania, a rap do puszczania z głośnika w tramwaju. Co to, to nie…

Czy po tylu latach komponowania specyficznej, nierytmicznej muzyki bazującej na melodii, elektronice i awangardzie wciąż można zabrzmieć świeżo? Można. Krótko mówiąc, ten album zapiera dech w piersiach. W perfekcyjny sposób łączy harmonię z niepokojem, pełne przestrzeni płaszczyzny dźwięków z ostrymi jak brzytwa klawiszami, płynące kompozycje z nieregularnymi dźwiękami przepuszczonymi przez reverse. Hecker po wielu latach nagrywania doskonałych albumów nie zdecydował się na spłodzenie płyty będącej swojego rodzaju rozliczeniem z przeszłością, z pewnością nie jest to jeszcze schyłek kariery mistrza ambientu. Poszedł bardziej w stronę dźwięków nowatorskich, świeżych w kontekście jego kariery, postanowił jakby wziąć sobie do serca słowa wspomnianego we wstępie Briana Eno.

Produkcja utworów na Virgins nie jest tak wygładzona jak miało to miejsce na Ravedeath, 1972, zdecydowanie rzadziej królują tutaj wielopłaszczyznowe fale dźwięków wspomagane okazjonalnymi akordami zagranymi na przesterowanej gitarze. Nowy album Tima jest, w porównaniu z poprzednimi, o wiele bardziej minimalistyczny, kojarzy się bardziej z doświadczaniem narkotycznej wizji w trakcie jazdy rozklekotanym pociągiem niż z nieświadomym unoszeniem się na morskiej fali.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły