Wracać wciąż do domu Le Guin
Paradoks
Felietony :

Nowy rok przynosi nowe rozwiązania

Redakcja DarkPlanet postanowiła nieco odświeżyć profil działu recenzje i teraz obok regularnych artykułów będziemy publikować comiesięczny przegląd publikacji muzycznych w ramach rubryki "Sąd Ostateczny". Tutaj Pan Buk w osobie Harlequina oraz Jezus Chytrus i Duch Śnięty w osobach Void i verdammt, będą dla Was dokonywać krótkiej analizy i streszczenia wszelkich wydawnictw z danego miesiąca.
Od deathowych i thrashowych flaków, blackowego palenia kotów, poprzez heavy, w którym w dobie kryzysu zamiast Harleya króluje Komar, rocka pełnego cycków i wódki, punka pełnego nienawiści do dwóch takich co ukradli księżyc 50 lat temu i do dziś nie oddali, progrocka wciąż udowadniającego, że 2+2=5, gothic rocka podziurawionego przez wampiry, alternatywę, która wciąż odkrywa, że ziemia jest okrągła, industrialu wciąż leżącego na taśmie produkcyjnej, synthpopu, w którym wszystko co ma struny jest be, czy harsh electro wywołujące wodogłowie. Ile damy radę, tyle postaramy się streścić.

METAL:

Cattle Decapitation - The Harvest Floor (Metal Blade Records)

No! Rzeźnicy nagrywają naprawdę dobry materiał. Zarówno pod względem kompozycyjnym jak i instrumentalnym płyta jest wyrazista. Fani Pig Destroyer i Cephalic Carnage mogą brać w ciemno. Tylko, ku**a, niech w końcu zadbają o dobre brzmienie!
Ocena: 7/10

December's Cold Winter - Ablaze All Shrines (Envenomed Records)
Kostarykański melodyjny death metal na speedzie. Sprawnie wykonany, ale płaskie brzmienie i za dużo cukierkowatych melodii sprawia, że zamiast przyzwoitego poziomu mamy raczej żenadę. Omijać.
Ocena: 4/10

Kreator - Hordes Of Chaos (SPV Records)
Niemcy nagrywają zdecydowanie najlepszy album od czasów "Coma Of Souls" Materiał jest prostszy, bardziej punkowy, bardzo melodyjny, ale szalenie świeży i energiczny. Może Ameryki nie odkrywają tym graniem, ale słucha się przyjemnie. Zdecydowanie najlepsze metalowe wydawnictwo miesiąca.
Ocena: 8/10

Napalm Death - Time Waits For No Slave (Metal Blade Records)
Napalm Death wydaje pierwszy album z jednym gitarzystą. Osamotniony Mitch Harris nie zdołał wypełnić luki po Jesse Pintado i utrzymać charakterystycznego stylu zespołu.  Angole wydają album niezły, ale pozbawiony własnej tożsamości. Za dużo tu nowoczesności, wyrachowania, a za mało Napalm Death. Coś jednak jest nie tak.
Ocena: 6/10

Seance - Awakening Of Gods (Metal Blade Records)
Powracają na scenę po blisko dekadzie przerwy. Powrót to nijaki, bo "Awakening Og Gods" niczym się nie wyróżnia. Ot - poprawny death metal ze Szwecji osadzony w nowoczesnym brzmieniu.
Ocena: 6/10

Sepultura - A-Lex (SPV)
Brazylijczycy skończyli się dla mnie jakoś po wydaniu "Chaos A.D.". Teraz biorą na tapetę "Mechaniczną Pomarańczę" A.Burgessa, muzycznie próbują powrócić trochę do korzeni, wplatają trochę thrashu, ale nacjonalistyczny duch zespołu i uwielbienie do etnicznych dźwięków są w Sepulturze tak mocno zakorzenione, że dostaliśmy kolejny marny album, na dodatek pozbawiony spójności. Dobrze, że Burgess nie dożył tej adaptacji.
Ocena: 3/10

Woe Of Tyrants - Kingdom Of Might (Metal Blade Records)

Drugi album tej bardzo obiecującej formacji. Pod przykrywką metalcore'a i deathcore'a przemycają naleciałości innych nurtów. Materiał świetnie wykonany, chwytliwy, choć niespecjalnie oryginalny. Warto jednak posłuchać go choćby dla pysznych partii gitar.
Ocena: 7/10

ELECTRO:

Alien Vampires - Fuck Off And Die (BLC Productions)

Podziwiam formacje pokroju Alien Vampires, które mimo kompozytorskiego wyjałowienia sygnalizowanego już na początku działalności, bylejakości i uprawiania nieurodzajnego gatunku (Evil Body Music?!) prują do przodu nie zważając na podkładane im pod nogi kłody. Ich trzeci album "Fuck Off And Die" nie daje w zasadzie żadnych nadziei, że kiedykolwiek pod włoską etykietą Alien Vampires usłyszymy jeszcze coś w miarę dopuszczalnego. Bezczelne powielanie cudzych patentów wokalnych (iście szatański wokal, bójcie się!), dołujące (swą miernotą) aranże i cuchnący lichą siarką (czytaj tanim winem) klimat wywołują u słuchacza... niekończący się napad śmiechu. Przeciętniactwo!
Ocena: 2/10 (Void)

And One - Bodypop 1 1/2 (Out Of Line Music)
Nowa propozycja Niemców z And One uwiedzie tylko najzagorzalszych fanów tria choć i oni mogą pozostać  zniesmaczeni. Lekko zakurzony suplement do płyty "Bodypop" z 2006 roku sprawia wrażenie albumu nagranego "na siłę" w ramach spełnienia złożonej kilka miesięcy temu fanom obietnicy. Niewykorzystana w pełni koncepcja krążka podpieranego fundamentalnymi noworomantycznymi hitami w zbytnio nieodbiegających od oryginałów aranżacjach + tercet premierowych nagrań bez polotu dają w wyniku album co najwyżej dobry, traktowany jako dodatek do i tak bogatej dyskografii Niemców.
Ocena: 5/10 (verdammt)

Apoptygma Berzerk - Rocket Science (GUN Records)

Apoptygma Berzerk z astronomicznym ładunkiem pomysłów, energii, przy wsparciu gwiazd (Amanda Palmer z The Dresden Dolls, Benji Madden z Good Charlotte, Emil Nikolaisen) rusza na podbój galaktyki. Niestety, rakieta co chwilę zbacza z kursu to tu, to tam, zahaczając o neo-punkowe, synthrockowe, glam rockowe czy elektroniczne planety. Błądzenie po tylu gatunkach naraz, naprawdę może zdezorientować nawet najbardziej wprawionego słuchacza towarzyszącego grupie od początków muzycznej podróży. Młodsi odbiorcy elektroniki płytę "Rocket Science" "łykną" bez obaw, ale reszta może po odsłuchu płyty nie szukać na pilocie guzika, który powtórnie uruchomi ryk kosmicznych silników.
Ocena: 7/10 (verdammt)

Combichrist - Today We Are All Demons (Out Of Line Records)
Już początek roku obrodził w kilka pozycji, których w corocznym podsumowaniu muzycznego roku należałoby szukać w kategorii - rozczarowanie 2009. Jednym z pewnych kandydatów wydaje się być kolejny długograj norweskiego Combichrist. Być może opinia o oddelegowaniu tej płyty do niezbyt chlubnego działu jest przedwczesna, jednak nie da się ukryć, że jeszcze żaden wcześniejszy album projektu (nie liczę wątłej EPki "Frost EP: Sent To Destroy") nie obnażył kompozytorskich i produkcyjnych braków jego dowódcy - lekko zadufałego w tej materii Andy'ego LaPlegua. "Today We Are All Demons" to materiał do bólu bezkształtny i schematyczny. Cała ta niby electro/industrialna płyta zmierza bez przerwy w kierunku electro/metalowej wtórności z monotonnymi beatami, tempem, brzmieniem a innym razem w treściowo nijaki industrial rock z topornym akompaniamentem basów i loopów - wszystko wydaje się nie za bardzo współgrać z gniewnymi (z pozoru) wokalizami i okazjonalnymi przyśpieszeniami. Niepożądanej przez fanów zniżkowej formy Combichrist ciąg dalszy.
Ocena: 3/10 (Void)

Die Krupps - Volle Kraft Null Acht (Synthetic Symphony)
12 częściowa laurka dla 30-latków z Die Krupps, powiedzmy szczerze, do najpiękniejszych nie należy. Aż dziw bierze, że tak przeciętną artystycznie pracę wespół z "długostażowcami" z KMFDM, Leaether Strip, Project Pitchfork czy Funker Vogt wykonały dość obiecujące projekty młodego pokolenia - Inertia, Spetsnaz, Modulate itp. Tuzin remiksów z "Volle Kraft Null Acht" sprawiają wrażenie nagranych według identycznego szablonu - przez co z industrialnych hitów z nieskrępowanym przekazem otrzymujemy sztampowo rozrysowany, co najwyżej poprawny materiał powodujący u słuchacza zmęczenie już na wstępie odsłuchu. Formę ratują jeszcze wieńczące płytę popisowe remiksy Girls Under Glass, Leaether Strip i Project Pitchfork. Konia z rzędem temu, kto do nich wytrwa... Ocena: 5/10 (Void)

Fever Ray - Fever Ray (Rabid Records/Cooperative Music)
Na tyle interesujący co intrygujący debiut Karin Dreijer Andersson nie jest wcale dowodem separacji z bratem i rodzinnym duetem The Knife, a raczej świadectwem kompozytorskiego potencjału i kreatywności tej nietuzinkowej artystki. Debiut projektu Fever Ray to materiał bardzo hermetyczny, adresowany do środowiska godzinami upajającego się wpatrywaniem w znajome (z pozoru) muzyczne pejzaże w poszukiwaniu nieodkrytego wcześniej niuansu będącego co kolejnym potwierdzeniem piękna i bogactwa tej płyty. Esencja wysmakowanego alternatywnego trip-hopu z elementami muzyki Świata dla zdeklarowanych fanów gatunku będących w stanie w jednej chwili ogarnąć intrygującą paranoję wokoderowych wokaliz Karin, precyzyjnego i konsekwentnego rozbrajania każdego dźwięku na czynniki pierwsze, kawalkad aranżacyjnych detali i impulsywnych zmian klimatu rodem ze Skandynawii. Warto spróbować.
Ocena: 9/10 (Void)

Leaether Strip - Diaegnosis (Alfa Matrix)
Wrażliwy i nieobojętny na globalne błędy i problemy cywilizacji XXI wieku Claus Larsen aka Leaether Strip w kolejnej odsłonie EBMowego cacka z ukrytymi między wierszami moralizatorskimi uwagami - tym razem przestrzegającymi przed pustoszącym najbliższe otoczenie wirusem HIV. Melancholijnie, przejmująco i z chwilą zadumy mimo nawału rozpraszających beatów.
Ocena: 7,5/10 (Void)

Project Pitchfork - Feel! [Singiel] (Prussia Records)

Po czterech latach przerwy powraca Project Pitchfork. Aż miło posłuchać, że nie złagodnieli z upływem czasu. Jest tak, jak być powinno, w utworze "Feel!" nie brakuje rozpoznawalnych syntezatorowych dźwięków, mrocznej atmosfery, masywnie brzmiących beatów ani przejmującego wokalu Petera Spillesa. Entuzjazmem napawają również remiksy kawałka. Swoim talentem popisały się przede wszystkim projekty Noisuf-X, The Retrosic i [:SITD:] prezentując ciekawe taneczne wariacje na temat utworu. Reszta remiksów dzielnie dotrzymuje kroku wyżej wymienionym. Obiecująca zapowiedź pełnometrażowego albumu "Dream, Tiresias!".
Ocena: 7/10 (verdammt)

Punto Omega - Noche Oscura Del Alma ([Trisol] Music Group GmbH)

Napiętnowana kryzysami, konfliktami, poniżeniami i manipulacją egzystencja człowieka w gniewnych wersach wypluwanych przy akompaniamencie niepowściągliwych beattów, wzniosłych orkiestracji, niepokojących inferno-aranżów, rafinowanego dark electro i gościnnego udziału... (żywej!) gitary elektrycznej, rzadkiego gościa w zestawieniu EBM/dark electro/industrialu. Ognisty, latynoski temperament w wydaniu argentyńskim z wszelkimi rozsądnymi unikami od ograniczeń gatunkowych pozwalających spojrzeć na ten album wyrozumiałym spojrzeniem.
Ocena: 7/10 (Void)

PŁYTA MIESIĄCA:











White Lies - To Lose My Life (Polydor)


Muzyka nie z mojej parafii, ale to właśnie jest mój typ na album miesiąca. Indie rockowa formacja, debiutuje albumem "To Lose My Life", na której wpływy The Cure, Joy Division jak i bardziej współczesnych zespołów pokroju Coldplay czy Editors. Old-school i newschool w jednym. Pasjonujące utwory i różnorodność stylistyczna, duża inwencja twórcza, świetne  melodie i niebanalne aranżacje sygnalizują, że na rynku pojawiła się formacja, która może mieć bardzo dużo do powiedzenia.
Ocena: 9/10 (Harlequin)

Jeżeli dość macie nieznośnej huśtawki nastrojów Roberta Smitha, pastwienia się nad legendą zmarłego Iana Curtisa z Joy Division, czy niepokojących wieści nadciągających z obozu Coldplay, to z czystym sumieniem polecam kwintesencję wyżej wymienionych formacji w wydaniu brytyjskiego White Lies. Nadmiar inspiracji oczywiście może zaszkodzić, ale nie tym razem. Tutaj trójce Brytyjczyków udało się umknąć brzmieniowemu i klimatycznemu plagiatowi dzięki czemu otrzymujemy oryginalny, nieprzekombinowany manifest talentu i nieokiełznanych ambicji zespołu.
Ocena: 9/10 (Void)

Felieton zredagowali: verdammt, Void, Harlequin
Komentarze
Harlequin : 1. chyba za duży offtop sie zrobił. mam nadzieję, że temat osobistych...
Void : przepraszam znów za offtopa, najwyżej niech któryś z moderatorów p...
Harlequin : szufladki nie ważne, wązne żeby swoje zdanie podparł argumentami,...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły