Castle Party 2018
Paradoks
Blog :

Nocny lot

...

Dziecko nie mogło spać. Światło księżyca,
wpadające przez okno, napawało je przerażeniem. Chłopczyk wiedział, że blask
luny wzbudzi do życia potwory, zamieszkujące wielką szafę w jego pokoju. W jego
króciutkim, bo zaledwie trzyletnim życiu, nie było niczego, co wzbudzałoby w
nim większy strach i przerażenie. Księżycowe noce były koszmarem, ponieważ na
jego oczach potwory ożywały i wypełzały z półek, czarne, włochate i ohydne,
niczym tropikalne pająki-ptaszniki, których nigdy jeszcze nie widział, lecz
podejrzewał ich istnienie. Potworne widziadła, żyjące w szafie, nie były groźne
w dzień, gdyż wtedy spały, stłoczone w szufladach i pozbawione świeżego
powietrza. Zresztą, powietrze wcale nie było im potrzebne do życia. Potwory nie
miały układu oddechowego ani nerwowego. Ich ciała nie reagowały na zmiany
temperatury i nie nadawały się do zjedzenia dla większości żywych stworzeń.
Potwory nie miały naturalnych, zagrażających im wrogów. Jedynym celem ich
istnienia było oczekiwanie na łunne noce, kiedy mogły bezszelestnie wypełznąć
ze swoich ciemnych nor i zalać pokój ruchliwą, czarną masą.  Chłopczyk panicznie bał się momentów w których
pod naporem kosmatych ciał ze skrzypieniem uchylały się drzwi więżącej potwory
szafy i wypuszczały na wolność ohydne stwory. Tej nocy miało być tak samo i
dziecko z przerażeniem skuliło się pod okrywającą go kołdrą. Być może, jeśli będzie
zachowywać się cicho, maszkary znów go dziś nie dostrzegą. Już samo myślenie o
tym, co mogłoby się stać, gdyby wpełzły do dziecięcego łóżeczka napawała
okropnym przerażeniem. Pewnie pożarłyby go w mgnieniu oka bądź pociągnęły
gdzieś za sobą w ciemność szafy, gdzie ani mamusia, ani tatuś już nigdy by go
nie znaleźli. Lepiej było o tym nie myśleć, przyczaić się cichutko, udając, że
się nie istnieje i przeczekać groźną noc pod kołdrą. W końcu kiedyś musiała się
skończyć.

- - -

W chwili, gdy chłopczyk schował
się przed wzrokiem wymyślonych potworów, najodważniejsza ze skarpetek uchyliła
delikatnie drzwi szafy i zaczęła badać wnętrze pokoju za pomocą czułych
włókienek na swoim ciele. Spoczywająca w ludzkim łóżeczku istota oddychała
regularnie i wydawała się być pogrążona w głębokim śnie. Był to dobry znak.
Skarpetka skinęła leciutko rojącym się za nią towarzyszkom, po czym miękko
wyślizgnęła się z szafy i opadła na podłogę. Za chwilę w ślad za nią wyruszyły
pozostałe skarpetki – te włochate i te gładkie, te we wzorki i te zupełnie niczym
nieozdobione, te do pary i nie do pary – czyli wszystkie skarpetki
zamieszkujące pokój. Gdy tylko znalazły się na podłodze zaczęły czołgać się w
kierunku najbliższego okna. Czuły na swoich ciałach zimne, delikatne światło
księżyca. Ten blask elektryzował ich włókienka, przyzywał ku sobie, kusił. Skarpetki
czołgały się zatem ku niemu, centymetr za centymetrem zmniejszając swoją
odległość od okna. Gdy dotarły do ściany, na chwilę zatrzymały pochód, by za
chwilę z zajadłością zaatakować pionową płaszczyznę. Próbowały drapać się po
niej wzwyż, lecz ich wysiłki spełzały na niczym. W końcu jedna ze skarpetek,
najbardziej włochata i przyczepna, podciągnęła się nieco w górę i przylgnęła w
bezruchu. Trwało to nieznośnie długo, gdyż nie mogła znaleźć oparcia dla
poszukujących punktów zaczepienia włókienek. Nie poddawał się jednak i jej
wysiłki zostały nagrodzone. Powoli, niezmiernie powoli dopełzła do parapetu i
silnym wyrzutem ciała dostała się na okno. Na dole, jej towarzyszki wiwatowały,
wydając z siebie przedziwne, szeleszczące dźwięki. Szczęśliwa skarpetka nie
zwracała jednak na nie uwagi. Dotarła do miejsca z którego wyruszy w dalszą
podróż.  Głaskana czule przez księżycowe światło
uniosła się majestatycznie do góry i popłynęła w kierunku szyby oddzielającej
ją od zewnętrznego świata. Była napełniona blaskiem łuny i byle szkło nie mogło
już jej powstrzymać. Świadoma swojej mocy skarpetka przeniknęła po prostu przez
okno i zawisła przez chwilę nad zewnętrznym parapetem. Kołysana łagodnie przez
wiatr unosiła się w powietrzu jak leciutki listek. W odróżnieniu od listka
mogła jednak kierować swoim lotem i wyruszyć w podróż, o której marzyły
wszystkie skarpetki żyjące na ziemi – w podróż na księżyc. Tam, na srebrnych
łanach, pasły się tysiące szczęśliwych skarpetek, które uciekły od swoich
właścicieli, od grozy codziennego nakładania na stopy, przetarć od kapci i
butów, od bólu, powodowanego praniem i cerowaniem.

Niesiona marzeniem o przyszłym
szczęściu skarpetka bez żalu opuszczała swój stary dom. Na króciutką chwilę przylgnęła
noskiem do szyby by pożegnać się z miejscem gdzie przeżyła w szafie całe pół
roku, po czym, niczym już nieskrępowana, popłynęła nad śpiącym miastem w
kierunku srebrzącego się na niebie księżyca. Nie była sama. Obok niej furkotały
w powietrzu koronkowe damskie majteczki, leciał stary, dziurawy kalosz i
nadgryziony przez mole melonik, oraz tysiące innych rzeczy. Garderobiane stado uformowało
się w zgrabny, równy klucz i popłynęło cicho prosto w źródło księżycowego blasku.

Komentarze
anonim123 : dopiero po tym artykule zaczęłam zauważać coraz większe braki w...
black_gothic : Wiedziałam , że ze skarpetkami jest coś nie tak . Ból cerowania mo...
Stary_Zgred : To że skarpety "jadą" nie jest żadną nowością. A na potwory najl...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły