Zabawa w chowanego
Anotherland
Relacje :

Hocico, Controlled Collapse, Reactor7x – Klub Firlej Wrocław (15.04.2017)

Hocico, Controlled Collapse, Reactor7x, Firlej, electro, dark electro

W Wielką Sobotę we Wrocławiu odbyło się święto dla fanów muzyki dark independent. W klubie Firlej odbył się koncert meksykańskiej gwiazdy dark electro – Hocico. Jako support zaprezentowały się rodzime zespoły – Reactor7x i Controlled Collpase. Tuż po godzinie 19 przed klubem zaczęli pojawiać się ludzie w czerni. Co prawda niezbyt fortunna dla tego wydarzenia data zapewne przyczyniła się do nie w pełni zadowalającej organizatorów frekwencji, na szczęście znalazła się grupa osób, dla których czas przedświąteczny nie okazał się wymówką i tym bardziej dało się zauważyć, że Ci, którzy tego wieczoru pojawili się w Firlej’u nie są tam z przypadku i wiedzieli, po co przyszli.

Jako pierwsza na scenie pojawiła się szczecińsko-toruńska grupa Reactor7x. Nie obyło się niestety bez kwadransu opóźnienia. Mimo, że zespół istnieje na polskiej scenie od 2008 roku, to ich pierwsza długogrająca płyta zatytułowana „Illusion of Chaos” pojawiła się całkiem niedawno, bo w czerwcu ubiegłego roku. Występ udowodnił, że koncerty nie są dla nich nowością. Krótki, bo 40 minutowy gig został w pełni wykorzystany. Porządna dawka dark electro z black’owymi wokalami była przyjemną ucztą dla ucha. Mimo początkowo zatrważająco niskiej frekwencji na widowni, w miarę trwania koncertu ludzi stopniowo przybywało, co jest bardzo pocieszające, bo koncert naprawdę wart był posłuchania i zobaczenia.

Drugi w kolejności zaprezentował się Controlled Collapse. Zespół z Łodzi na pewno znany jest fanom electro-industrialu, podobnie zresztą jak poprzednicy kilkakrotnie prezentował się podczas festiwalu Castle Party. Grupa ma na swoim koncie cztery LP’eki, w tym świeżutki krążek pt. „Post Traumatic Stress Disorder”, którego premiera miała miejsce 14 kwietnia tego roku. Mimo ogromnej dawki energii płynącej ze sceny, zawartej zarówno w elementach elektroniki jak i metalowych riffach występ nie powalił mnie na kolana. Może wpływ na odbiór miał fakt, że na co dzień nie jestem wielką fanką zespołu, po pewnym czasie grane utwory zlały mi się w jedno i występ zaczął trochę nudzić. Mam wrażenie, że nie tylko mnie, bo część ludzi pod koniec koncertu zaczęła wychodzić, ale równie dobrze mogło to być spowodowane chęcią nabycia napoju alkoholowego z pominięciem kolejki, która miała się utworzyć w przerwie przed występem głównej gwiazdy. Muszę przyznać, że osobiście o wiele bardziej przypadł mi do gustu koncert Rector’a, gdzie oprócz napierdzielania dało się odnaleźć jakąś większą finezję w wykonywanych utworach. Oczywiście jest to tylko moja subiektywna ocena.

I w końcu, kilkanaście minut po rozpiskowym czasie na scenie wrocławskiego klubu pojawił się meksykański duet. Hocico ostatnim razem koncertowali we Wrocławiu 2 lata temu. Niestety z różnych przyczyn nie mogłam być wówczas na tamtym koncercie, dlatego tym razem nie odpuściłam i czekałam niecierpliwie na show. Jak można się było spodziewać, setlistę zdominowały kawałki z ostatniej płyty grupy, tj. „Ofensor” z 2015 r. Mogliśmy ułyszeć m.in.: „Déjà vu siniestro”, „Sex Sick”, „Auf der Flucht” czy „Heart Attack”. Z wcześniejszych albumów pojawiły się „Dead Trust” z „El Último Minuto”(2012), „Dog Eat Dog” z „Tiempos de furia”(2010), „A Fatal Desire” z „Memorias Atrás”(2008) oraz takie klasyki jak „Poltergeist” i „Bloodshed” z krążka „Signos de aberración” (2002). Energia z jaką występował na scenie Erik udzielała się publice i wzajemnie, widać było, że wokalista czerpie satysfakcję z reakcji ludzi. A moc koncert miał w sobie nie małą, mimo, że impreza miała klimat trochę kameralny, wręcz elitarny z racji nie największej liczby uczestników, to czuć było (jak już wspominałam), że Ci, którzy pojawili się tego wieczoru w Firleju nie są gośćmi z przypadku i przyszli dobrze się pobawić w rytmie znanych bitów swojej ulubionej kapeli. Pod sceną nie dało się ustać spokojnie, ciało samo poruszało się w tempie nadawanym przez kawałki zespołu. O dobrej zabawie na pewno świadczył też fakt, że po niedługim czasie od rozpoczęcia koncertu można było wyczuć zapach potu w powietrzu, nikt się nie oszczędzał. Jedynym drobnym mankamentem było to, że przy tak głośnej muzyce, zdarzały się momenty, kiedy, mimo znajomości utworów, trzeba było wysilić ucho, żeby rozróżnić poszczególne dźwięki, miały one tendencję do zlewania się w ścianę dźwięku, Ale może czepiam się pierdół. Niestety czas płynął niespodziewanie szybko i ostatni występ dobiegł końca. Trochę przed północą ludzie zaczęli się rozchodzić, część pewnie wybrała się kontynuować wieczór w klimatach dark independent w klubie Liverpool, gdzie miało odbyć się after party po koncercie.

Ogólne wrażenia po imprezie – rewelacja. Świetnie spędzony wieczór w doborowym towarzystwie. Dobra dawka mocnej, mrocznej elektroniki. Mimo, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, że momentami nagłośnienie nie dawało rady, są to tylko drobne ryski na całościowym odbiorze. Można było porządnie się wyszaleć. Minusem był na pewno termin koncertu, ale jak widać, mnie i kilku innym osobom to nie przeszkodziło. Trochę irytujące mogły być również długie kolejki do wodopoju, ale jest to chyba nieodłączny urok tego typu iwentów. Osobiście świetnie się bawiłam, cieszę się, że w końcu udało mi się zobaczyć Hocico na żywo, a i nasze polskie zespoły nie odstawały i dały radę rozgrzać publiczność przed występem gwiazdy wieczoru. Mam nadzieję, że tego typu imprezy będą się odbywały w naszym mieście jak najczęściej.

Organizatorzy: Klub Muzyczny Liverpool, Blackened Art, Klub Firlej, Mord=X=Fabrik

Ocena: 4+

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły