Castle Party 2018
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Anathema Acoustic - Firlej Wrocław (08.07.2017)

Anathema, Firlej, Wrocław, Iron Realm Productions.

Bracia Cavanagh w naszym kraju od lat cieszą się bardzo dużą popularnością. Już od początku ich muzycznej drogi, którą nadal podążają, zostali w naszym kraju niezwykle polubieni. Tak czasami bywa i jest kilka zespołów na tym świecie, które, co by nie było, zawsze Polskę podczas trasy koncertowej odwiedzą. Jest to oczywiście powód do dumy, albowiem polska publiczność jest uważana przez wielu, jak nie większość, za czołówkę światową.

Nie inaczej było i tym razem, ponieważ podczas wizyty Braci zaplanowano w naszym kraju 2 koncerty tej jakże ciekawej, bo akustycznej trasy. Pierwszy z nich odbył się we wrocławskim klubie Firlej 8 lipca, natomiast dzień później ci sympatyczni (z jednym zastrzeżeniem) Anglicy zawitali do krakowskiego Kwadratu. Oba wydarzenia były czymś niezwykłym i niepowtarzalnym, ale to nic nowego, albowiem każdy występ Anathemy właśnie do takowych się zalicza.



Ci, którzy zawitali tamtego dnia do klubu, który gościł wielu znakomitych artystów i mając na uwadze jego rangę, przybyli tam nie przypadkowo, ponieważ na ten typ koncertów nikt z ulicy raczej się nie pojawia. Świadczy o tym bez wątpienie fakt, że wszystkie bilety na to wydarzenie zostały wyprzedane. Taka sytuacja odnośnie występów tej zasłużonej dla muzyki formacji zdarza się w naszym kraju niezwykle często, więc nie powinno nikogo dziwić, że wrocławski Firlej był po prostu zapełniony, a kolejka do wejścia była naprawdę długa.



Bardzo udanym zabiegiem był brak jakiegokolwiek supportu. Koncert miał być klimatyczny, nastrojowy, elitarny i taki właśnie był. Było jednak kilka "ale", o tym za chwilę. Anathema przez wiele lat mimo zmiany stylistyki, brzmienia, gatunku, w którym się porusza na co dzień, wyrobiła sobie status gwiazdy, a co za tym idzie, ich ego ciut przez ten czas wzrosło, a szczególnie ego Daniego, co (nie będę ukrywał) po prostu mi się nie podoba.



Sam koncert to przeszło 2 godziny fantastycznych dźwięków wydawanych przez instrumenty dzierżone przez rodzeństwo Cavanagh. Dwójka z Liverpoolu dała niesamowity popis i wraz z publicznością stworzyli niesamowitą atmosferę. Jak wiemy set Anathemy, czy to akustyczny, czy tradycyjny, składa się w zdecydowanej większości z utworów nagranych po płycie "Judgement". Z owego albumu, który stanowi moim zdaniem przejście w stronę łagodniejszej odsłony zespołu, na koncertach praktycznie zawsze usłyszymy "One Last Goodbye", który był, jest i chyba będzie najbardziej emocjonalnym kawałkiem zespołu. Na tym dość często kończy się obcowanie koncertowe z elementami ich starszej twórczości. Szkoda.



Obecni tamtego wieczoru w Firleju miel okazję usłyszeć set na tyle różny, że zabrzmiały aż dwie kompozycje z "Alternative 4", co jak dla mnie i tak było zdecydowanie za mało. Z racji tego, że bilety zostały wyprzedane w całości, jak wspomniałem wyżej, występ Anathemy rozpoczął się z lekkim opóźnieniem, albowiem organizatorzy czekali aż klub się zapełni w całości.



Koncert rozpoczął się dość niekonwencjonalnie, że tak powiem, albowiem od numeru U2 - "Bad" puszczonego z telefonu Danniego, ale tuż po chwili mogliśmy się skupić na dźwiękach "Endless Ways" z najnowszego krążka zespołu "The Optimist", wydanego w tym roku. Jak się okazało, był to jedyny numer z tego albumu i zarazem zapowiedź trasy promującej, która ma się odbyć jesienią. "Untouchable Part 1" i "2" zostały wykonane już razem, albowiem na deskach klubu pojawił się nie kto inny, jak Vincent, co spowodowało radość zgromadzonych. Kolejnym utworem był "Thin Air", a po nim nastąpiła, jak to określił starszy z braci, podróż wstecz o 20 lat. Konsekwencją tejże były "Inner Silence" oraz wspomniany wyżej "One Last Goodbye". Otwierający "A Fine Day To Exit" - "Pressure" był kolejną kompozycją wykonaną tamtego wieczoru. Potem usłyszeliśmy "Are You There?", "Dreaming Light", "The Beginning And The End" oraz "Distant Satelites" z albumu o tym samym tytule, który, jeśli chodzi o mnie, był powrotem do lepszego grania, albowiem ostatnia płyta zespołu jak na razie do mnie nie trafia. Co do "The Optimist" Danny raczył podzielić się z publicznością informacją odnośnie budżetu, jaki został na owy album przeznaczony. Kwota rzekomo była na tyle duża, że wystarczyłaby na zakup domu w Warszawie, co moim zdaniem byłoby lepszym pomysłem niż nagranie tej płyty.

"High Hopes" Pink Floyd, który to coverowany był przez wielu i przez wielu z pewnością będzie, był następnym numerem przed kolejna podróżą w lata 90., albowiem (tym razem już z Vincentem) zagrali kolejno "Deep", "Forgotten Hopes", "Destiny Is Dead" oraz "Fragile Dreams". Po tym secie Vinnie zniknął po raz kolejny. Być może było to spowodowane tym, że w klubie panowała straszna duchota, która doskwierała wszystkim. Taka sytuacja nie może mieć miejsca w profesjonalnym klubie, a za taki go z pewnością mają właściciele Firleja.



"The End" nieśmiertelnych The Doors oraz wykonane wraz z publicznością oraz z Vincentem, który to zdążył powrócić na scenę, "Another Brick In The Wall Pt. 2" wiadomo kogo, zakończyło część główną występu. Na deser dostaliśmy klawiszową, bez gitar niemalże a capella wersję "Flying" i 2 godziny strzeliły bardzo szybko. Generalnie było naprawdę świetnie, jednak mogło być o wiele lepiej. Nie lubię sytuacji, w której zespół taki czy inny odcina się od swojej muzycznej przeszłości. Tak niestety jest w przypadku Anathemy, na dowód czego Danny miał pretensje do fanów, którzy odeszli od zespołu z tytułu zmiany stylu muzycznego. Jego sprawa.



Kolejną sprawą, która mnie i podejrzewam, że nie tylko mnie lekko wkurzyła, to zachowanie Vincenta tzn. wychodzenie podczas występu, granie plecami – nie tak powinno być. Za starych czasów było to nie do pomyślenia. Mam nieodparte wrażenie, że sodówka zaczyna do głowy uderzać. Danny też nie jest bez winy. Brak spotkania z fanami, którzy wykupili wszystkie bilety, to moim zdaniem oznaka braku szacunku. Nieładnie.



Reasumując, koncert pomimo tego, że setlista była taka jaka była oraz duszności w klubie był udany. Momenty, kiedy publiczność śpiewała wraz z Braćmi, ogólnie mówiąc, były naprawdę magiczne. Ci, którzy przyszli tamtego wieczoru w większości byli usatysfakcjonowani tym co usłyszeli na deskach Firleja, a to jest moim zdaniem najważniejsze.

Dziękuję za uwagę.

Organizator: Iron Realm Productions.

Ocena szkolna: 4

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły