I na cóż się pisarzu unosisz?
Nasz niemy Ikarze gdzies pośrodku ziemi niczyjej.
Pomykasz miedzy nami,
odejmując innym słowa od ust,
a wklejając do zachlapanego kawą zeszytu.
Nie śpisz, nie jesz, nie myślisz.
Niczym Orfeusz losu swemu rzucasz wyzwanie!
Niczym Syzyf wciąż toczysz ten marny bój...
Schodzisz za każdym razem do podziemi po Dantego nadzieję...
a wytaczasz głaz z czołem opuszczonym,
z twarzą umorusaną od nienawiści...
Baczysz biedny pod słońce,
z żalem w oczach do samego siebie.
Złożyłeś swe słowo na papierze Horacjański wysłanniku
złożyłes swą dusze na wiecznym pomniku.
Komentarze Nasz niemy Ikarze gdzies pośrodku ziemi niczyjej.
Pomykasz miedzy nami,
odejmując innym słowa od ust,
a wklejając do zachlapanego kawą zeszytu.
Nie śpisz, nie jesz, nie myślisz.
Niczym Orfeusz losu swemu rzucasz wyzwanie!
Niczym Syzyf wciąż toczysz ten marny bój...
Schodzisz za każdym razem do podziemi po Dantego nadzieję...
a wytaczasz głaz z czołem opuszczonym,
z twarzą umorusaną od nienawiści...
Baczysz biedny pod słońce,
z żalem w oczach do samego siebie.
Złożyłeś swe słowo na papierze Horacjański wysłanniku
złożyłes swą dusze na wiecznym pomniku.
KostucH : W krótce mam nadzieje napisac jego ciąg dalszy. Przyznam, iż nawet mi...
Wiedzma_Wybredna : jak to dobrze ze sprawa z autorem sie wyjasniła xD a dopisac tego autora za...
KostucH : A tak wracajac do Twojego otwierającego posta, czemu sądzisz, że nap...
Drzewa przykryły się ledwo przejrzystą pościelą,
a nieboskłon rozmazany przez chmury
gwiazd nie okazuje.
Latarnie błyszczą do siebie głucho
zaś wirujące wokół nich owady odprawiają tajemnicze, dzikie tańce.
Kilometry dróg i chodników,
lasy słupów i znaków,
morza szkła i betonu.
Byliśmy gdzieś w środku tej dżungli.
Sami i niemi.
Była też i miłość.
Nieraz przeklinana,
nieraz odrzucana,
nieraz sama ukrywna.
Dziwna z niej była dama.
Czasem okrutna,
czasem roześmiana.
Czasem odnosze wrażenie jakbym należał do tych co nią gardzą,
do tych co gwałcą jej zasady.
Czasem się jej nisko kłaniam,
jeszcze cześciej odwracam wzrok.
A czy Ty, czy Ty moja ukochana również ją tak lekceważysz?
Nieraz obejmuje Ciebie głodnym spojrzeniem.
Gdy jestem sam...wciąż czuję Twój chłodny oddech na szyi,
Twoje zimne dłonie na plecach,
Twoje zimne pocałunki na ustach.
Zawsze byłem głodny.
Ten głód krąży w mojej krwi.
Ten głód drążący moje myśli.
Komentarze a nieboskłon rozmazany przez chmury
gwiazd nie okazuje.
Latarnie błyszczą do siebie głucho
zaś wirujące wokół nich owady odprawiają tajemnicze, dzikie tańce.
Kilometry dróg i chodników,
lasy słupów i znaków,
morza szkła i betonu.
Byliśmy gdzieś w środku tej dżungli.
Sami i niemi.
Była też i miłość.
Nieraz przeklinana,
nieraz odrzucana,
nieraz sama ukrywna.
Dziwna z niej była dama.
Czasem okrutna,
czasem roześmiana.
Czasem odnosze wrażenie jakbym należał do tych co nią gardzą,
do tych co gwałcą jej zasady.
Czasem się jej nisko kłaniam,
jeszcze cześciej odwracam wzrok.
A czy Ty, czy Ty moja ukochana również ją tak lekceważysz?
Nieraz obejmuje Ciebie głodnym spojrzeniem.
Gdy jestem sam...wciąż czuję Twój chłodny oddech na szyi,
Twoje zimne dłonie na plecach,
Twoje zimne pocałunki na ustach.
Zawsze byłem głodny.
Ten głód krąży w mojej krwi.
Ten głód drążący moje myśli.
czuczaczek : Jedyne, co mi się w tym wierszu nie podoba (ale tylko troszkę), ta "ledwo...
Spoczywa już bądź na razie na łóżku,
kradzież snu należy do bestialskich poczynań.
Dziwnie śpi. Ułożona w poprzek, a z głową zwisającą nad ziemią
oddaje się nocy.
Tak, dziś nie mam siły na miłostki do późna.
Może jutro, może pojutrze, a może już nigdy
nie będe mieć siły, by się kochać z nią co noc,
a nastepnie rano budzić delikatnym dotykiem.
Śmiej się. Śmiej się jeszcze głośniej zegarze!
Oczywiście ty zawsze musisz kręcić nosem gdy patrzę w dal,
gdy wybiegam myślami ponad horyzont.
Możesz mnie bić,
bić aż uderzę głucho o ziemię ale jej nie ruszysz.
Nie oprzesz się jej,
nie dasz rady!
Twoje ręce są za krótkie by ją dosięgnąć,
a jeśli nawet to za słabe by niszczycielsko na nią wpłynąć.
Patrz na jej ciało,
słuchaj jej głosu,
poczuj jej zapach i przekonaj się o swojej bezradnosci.
Stoisz w miejscu.
kradzież snu należy do bestialskich poczynań.
Dziwnie śpi. Ułożona w poprzek, a z głową zwisającą nad ziemią
oddaje się nocy.
Tak, dziś nie mam siły na miłostki do późna.
Może jutro, może pojutrze, a może już nigdy
nie będe mieć siły, by się kochać z nią co noc,
a nastepnie rano budzić delikatnym dotykiem.
Śmiej się. Śmiej się jeszcze głośniej zegarze!
Oczywiście ty zawsze musisz kręcić nosem gdy patrzę w dal,
gdy wybiegam myślami ponad horyzont.
Możesz mnie bić,
bić aż uderzę głucho o ziemię ale jej nie ruszysz.
Nie oprzesz się jej,
nie dasz rady!
Twoje ręce są za krótkie by ją dosięgnąć,
a jeśli nawet to za słabe by niszczycielsko na nią wpłynąć.
Patrz na jej ciało,
słuchaj jej głosu,
poczuj jej zapach i przekonaj się o swojej bezradnosci.
Stoisz w miejscu.
Bezimienni poeci,
Bezimienne wiersze.
Zamknięte w ramie daty dni stworzenia.
Myślisz, Horacy, że pokolenie zapamięta
Numery alejek na cmentarzu gdzie spoczywać bedą
Ci jak dla nas współcześni słowo twórcy?
Widzisz, mój Panie.
Dziś dla pergaminu nie ma szacunku
A i atrament zasycha oblepiając rdzą stalówkę...
Bezimienne wiersze.
Zamknięte w ramie daty dni stworzenia.
Myślisz, Horacy, że pokolenie zapamięta
Numery alejek na cmentarzu gdzie spoczywać bedą
Ci jak dla nas współcześni słowo twórcy?
Widzisz, mój Panie.
Dziś dla pergaminu nie ma szacunku
A i atrament zasycha oblepiając rdzą stalówkę...
Gdybym chciał,
To napisałbym kilka wierszy bedąc tu w Warszawie.
Jednak nie chwytam myśli,
Jednak ich nie zatrzymuję.
Po prostu ulatują ze mnie wraz z dymem papierosa.
Widzę te słowa,
Chwytam je w palce niczym małą muszkę
I bacznie się im przyglądam,
I wnikliwie nad nimi rozmyślam jednak ich nie utrzymuję
I ulatują dalej...w inne próbujące uchwycić je palce.
To napisałbym kilka wierszy bedąc tu w Warszawie.
Jednak nie chwytam myśli,
Jednak ich nie zatrzymuję.
Po prostu ulatują ze mnie wraz z dymem papierosa.
Widzę te słowa,
Chwytam je w palce niczym małą muszkę
I bacznie się im przyglądam,
I wnikliwie nad nimi rozmyślam jednak ich nie utrzymuję
I ulatują dalej...w inne próbujące uchwycić je palce.
Wena przychodzi nocą
Niczym ptak ślepo wlatując w okno
Jakoby wiatr wiruje po pokoju
Unosi myśliZakręca w powietrzu słowami i rzuca nimiTo o drzwi,To o ścianyPóty weń nie trafi.
Wena przychodzi nocąI potajemnie się do mnie zakrada.Siada obok,I szepcze, głaszcząc delikatnie palcem za uchemA ja uśmiechając się do siebieUkładam słowa jej myśliTo przyklejając jej piegi na końcu zdania,Tak podnoszę łzy,Dla myśli urwania...
Niczym ptak ślepo wlatując w okno
Jakoby wiatr wiruje po pokoju
Unosi myśliZakręca w powietrzu słowami i rzuca nimiTo o drzwi,To o ścianyPóty weń nie trafi.
Wena przychodzi nocąI potajemnie się do mnie zakrada.Siada obok,I szepcze, głaszcząc delikatnie palcem za uchemA ja uśmiechając się do siebieUkładam słowa jej myśliTo przyklejając jej piegi na końcu zdania,Tak podnoszę łzy,Dla myśli urwania...

