Wracać wciąż do domu Le Guin
Castle Party 2020
Relacje :

Hypocrisy / Survivors Zero - Progresja, Warszawa (27.01.2010)

Po czteroletniej przerwie wydawniczej (nie licząc "remake'u" krążka "Catch 22"), jesienią 2009 ukazał się jedenasty studyjny album szwedzkiego Hypocrisy "A Taste Of Extreme Divinity", a zespół ogłosił daty styczniowego tournee po Europie. Zupełnie przyzwoity materiał zachęcił mnie do odwiedzenia gościnnych progów stołecznej Progresji w celu skonfrontowania wartości nowego krążka w wersji na żywo, tudzież usłyszenia kilku starych szlagierów. Zanim jednak do tego doszło, pojawiły się informacje o dokoptowaniu do zestawu duńskich thrashersów z Hatesphere oraz ich młodszych kolegów z debiutującego, pochodzącego z Kraju Tysiąca Jezior Survivors Zero.
Niestety, około miesiąca przed rozpoczęciem trasy Duńczycy spadli z afisza ze względu na odejście bębniarza, a organizatorom trasy nie udało się w tak krótkim czasie znaleźć żadnego godnego zastępstwa. Dzień wcześniej, podczas katowickiego koncertu jako gość specjalny zaprezentował się powracający w nowym składzie Decapitated, jednak w Warszawie zebrani otrzymali tylko dwie kapele.

Około 19.30 na deskach Progresji pojawił się jak na razie słabo u nas znany Survivors Zero. Panowie są świeżo po wydaniu debiutanckiego materiału "CMXCIX", poprzedzonego singlem "Reclaim My Heritage", więc nie było dziwnym, że skupili się na ogrywaniu numerów z tychże produkcji. Całkiem energetyczny death/thrash z naciskiem na to pierwsze, do tego dość melodyjny, choć bez zbędnych "słodkości". Uwagę zwracał na siebie dość ruchliwy frontman, obdarzony niezłym growlem, jak również (a może przede wszystkim) gitarzysta solowy zdradzający pewne ciągoty w kierunku wirtuozerskim. 40 minut żywiołowego grania z całkiem niezłym brzmieniem, urozmaiconego udaną przeróbką "People Of The Lie" z repertuaru Kreator minęło dość szybko, a Finowie pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie.
 
Obowiązkową przerwę przed głównym daniem wieczoru spożytkowałem min. na odwiedziny stoiska z gadżetami - dość obfitego i cenowo w miarę przystępnego (koszulki - 60 pln) lub jak kto woli niezbyt przystępnego (bluzy z kapturem nawet po 170 pln).
 
Antrakt nie trwał jednak zbyt długo i chwilę potem z kolumn spłynęły dźwięki intro, a zaraz po nim otwierającego koncert Szwedów "Valley Of The Damned" przechodzącego w kolejną nowość - "Hang Him High". Początkowo dość nieczytelne brzmienie, poprawiło się znacznie podczas tego drugiego numeru i już w czasie kolejnego, a był nim podniosły, okraszony klawszami (z playbacku) "Fractured Millenium", wszystko zabrzmiało znakomicie. Bardzo czysto, przejrzyście i jednocześnie odpowiednio ciężko. W zasadzie od tego momentu koncert się rozpoczął. Ponad cztery lata temu miałem okazję widzieć i słyszeć Hypocrisy na gigu, który dali wraz z Exodus w warszawskiej "Proximie". Wówczas wypadli niezbyt ciekawie, bardzo statycznie, jakby bez entuzjazmu, dodatkowo z mało czytelnym, zbyt głośnym brzmieniem. Tym razem nic takiego nie można było o ich występie powiedzieć. Trio (uzupełnione na scenie przez dodatkowego gitarzystę - ponoć koleżkę z Sanctification - tu jednak nie mam stuprocentowej pewności) wypadło świeżo, dynamicznie i z zaangażowaniem. Forma bardzo dobra, szczególnie jakość wokali Tagtgrena nie pozostawiała nic do życzenia - wszystko odśpiewane perfekcyjnie, niemal jak na płytach. Kolejne utwory w zestawie to "Adjusting The Sun" i przyjemnie gniotący czaszkę "Eraser" podkreślony bardzo ładną grą świateł.

A skoro już jesteśmy w temacie to warto parę słów o tychże światłach skrobnąć. Przez cały koncert mieliśmy do czynienia z bardzo profesjonalną, przemyślaną oprawą świetlną. Widać było, że ktoś solidnie się do tego przyłożył i dodając świetne brzmienie  otrzymaliśmy produkcję na bardzo wysokim poziomie, co niekoniecznie idzie w parze w przypadku klubowych koncertów.

Światełka światełkami, a tymczasem muzycy przyłoili zestawem, na który zapewne czekało kilku najstrszych fanów Hypo, mianowicie medley'em składającym się z odegranych w całości pieśni bojowych, szybkich i brutalnych "Pleasure Of Molestation"/"Osculum Obscenum"/"Penetralia" i był to jeden z najlepszych momentów wieczoru. Podobnie jak następny w kolejce zestaw "Apocalypse"/"The Fourth Dimension", jeden z bardziej klimatycznych, a zarazem ciężkich fragmentów show. Chwila przerwy i dostajemy po głowie kolejnym Hypoklasykiem, tym razem jest to "Killing Art" pochodzący z (uznawanej przez wielu za ostatnią interesującą - z czym zgodzić się nie mogę), płyty "Abducted". Pieśń ta wypadła znakomicie, jednak chwilę później atmosfera nieco siadła, a to za sprawą przeciętnego moim zdaniem "A Coming Race", czy kolejnej tego wieczora nowości pod postacią "Let The Knife do The Talking". Do końca regularnego setu otrzymaliśmy jeszcze solidne "Weed Out The Weak" oraz "Fire In The Sky", po czym Szwedzi zwinęli manatki. Jednak nie kazali na siebie długo czekać i wśród entuzjazmu około 200 zebranych osób zabrzmiały dźwięki jednego z najbardziej znanych numerów Hypocrisy, którym rzecz jasna był "Roswell 47". I trzeba powiedzieć, że wypadł imponująco. Bez zbędnych ceregieli panowie zaserwowali jeszcze "Warpath" oraz na koniec, nomen omen, "The Final Chapter" i tyle ich widzieliśmy.

Półtorej godziny show na bardzo wysokim poziomie, bardzo przyjemna niespodzianka in plus w porównaniu z koncertem z trasy "Virus", co zaowocowało kolejną wycieczką do stoiska z merchem, tym razem już po zakupy. Udany wieczór, którego jedynym minusem okazała się niezbyt ciekawa frekwencja, ale to chyba temat na inną okazję...
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły