Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Blog :

Helloween, Klub Studio, Kraków (26.03.2013)

Na koncert ów wybrałem się z koleżanką. Miałem szczęście bo wygrałem podwójny bilet w jednym z konkursów(...)

Na koncert ów wybrałem się z koleżanką. Miałem szczęście bo wygrałem podwójny bilet w jednym z konkursów internetowych. Miał z nami jechać również mój kolega, ale ostatecznie zrezygnował. Zatem wyjechaliśmy z Katowic autokarem i dojechaliśmy na dworzec PKS z którego poszliśmy do Galerii Krakowskiej na mały i niezdrowy posiłek w fastfoodzie. Po krótkim posiedzeniu w Burger King’u, wzięliśmy się za szukanie odpowiedniego połączenia centrum z przystankiem „Miasteczko Studenckie AGH”. Udało nam się stosunkowo szybko dotrzeć pod sam klub, weszliśmy i od razu musieliśmy zdjąć naszą biżuterię (rzekomo niebezpieczne łańcuchy i ćwiekowane paski). Kiedy weszliśmy na główną salę koncert pierwszego zespołu już trwał. Brazylijski Shadowstone, którego nie znałem wcześniej, okazał się power/heavy metalowym zespołem z damskim wokalem. Podobało mi się jak grają, dawali z siebie wszystko, to było widać, ale ludzie na publiczności ewidentnie oszczędzali siły na to, co miało dopiero nastąpić. Grali około 40 min, a ja postanowiłem, że jak tylko wrócę do domu, to dowiem się o Nich czegoś więcej.

Około godziny 21 weszli na scenę muzycy z Gamma Ray. Znałem oczywiście ich twórczość, ale zaskoczyli mnie mimo wszystko repertuarem, bo z całej przedstawionej set listy, znałem może 3-4 utwory.  Nie zawiedli mnie jednak ani, ani! Wykonanie „Rise”, „Master of Confusion” czy „To the Metal” po prostu zmuszały do skakania i machania głową. Gamma Ray zagrali również cover zespołu Helloween: „Future World” i, gdyby nie inny wokal, do którego byłem przyzwyczajony w tym utworze, , to pewnie nie domyśliłbym się, że to wykonanie coverowe.  Tutaj niektórzy z publiczności poszli już na całość i skakali aż nie zaczęli wypluwać płuc. Swoją drogą niektórzy przyjechali do Krakowa specjalnie na Gamma Ray i po ich koncercie wycofali się gdzieś w cień, co pozwoliło mi dotrzeć praktycznie przed same barierki.

A jak ogólnie wypadli muzycy z Gamma Ray? Podeszli do występu z wielkim luzem, co było widać, dużo rozmawiali z publicznością, ciągle się śmiali i tworzyli całkiem przyjemną atmosferę. Najważniejsze jednak, że rozgrzali publiczność do tego stopnia, że jak zeszli ze sceny, to nawet półgodzinne czekanie na Helloween nikogo nie ostudziło. Słyszałem sporo narzekania na Ich występ, ale osobiście o tym koncercie nie powiem żadnego złego słowa.

Wreszcie doczekaliśmy się na gwiazdę wieczoru! Helloween, po dość długim intro, zaczął koncert od jednego ze swoich największych hitów: „Eagle Fly Free”. Od razu pod sceną rozpętało się totalne szaleństwo, a ja sam zostałem porwany przez tłum skaczących fanów. Następnie muzycy przeplatali utwory z najnowszej płyty („Straight Out of Hell”) ze starymi mega-hitami. Nową płytę zdążyłem przesłuchać tylko dwa razy przed koncertem, ale nie przeszkadzało mi to w dobrej zabawie. Zagrali 5 utworów promujących nowy album: „Nabataea”, „Straight Out of Hell”, „Waiting for the Thunder”, „Live Now!” oraz „Hold Me in Your Arms” – jedyna ballada tego wieczoru, oraz, moim zdaniem, najlepszy utwór z najnowszej płyty. Andreas Deris zdawał się być młodzieńcem, jak z resztą wszyscy na scenie. Największe wrażenie zrobił na mnie gitarzysta Sascha Gerstner, który pokazał co to znaczy być gitarzystą przez wielkie „g”. Jego solówki oraz interakcja z publicznością i totalny luz sceniczny bardzo mi się podobały. Dodatkowo robił wrażenie lidera zespołu (najwięcej na scenie było widać właśnie Jego), co również odebrałem pozytywnie. Może dlatego, że sam jestem gitarzystą?

A co jeszcze działo się na scenie? Oj dużo, dużo! Oprócz tego, że bardzo dużo rozmawiali z publicznością (po angielsku), urządzali sobie podczas grania różne zabawy np. gitarzysta rzucał kostkami gitarowymi, a basista łapał je ustami (nie złapał ani jednej), później wokalista udawał, że bije basistę, a pod koniec zrobili jakby wielki haos i każdy z muzyków był zainteresowany wszystkim, tylko nie wspólnym graniem - ogólnie było bardzo wesoło. Na publiczności robił się coraz większy ścisk, wszyscy skakali i skandowaliśmy przeróżne hasła. Na drugie bisy zespoły Gamma Ray i Helloween wyszły razem na scenę i odegrali dwa utwory kończąc koncert chyba najbardziej oczekiwanym przez wszystkich „I Want Out”.

  Brawa trwały i trwały, członkowie zespołów długo się kłaniali, przybijali piątki publiczności i rzucali ze sceny kostkami, pałkami perkusyjnymi, set listami, butelkami z wodą, a nawet naciągiem z werbla. Niestety niczego nie udało mi się złapać, chociaż nadzieję na jakieś fanty miałem. 

Dłuuugo jeszcze co po niektórzy czekali na okazję do autografów, ale niestety muzycy nie wyszli do publiczności (następnego dnia w końcu grali koncert w Warszawie i czekała ich podróż).

A co ja sam mogę powiedzieć o koncercie? Cóż, ogólnie określiłbym go jako „najlepszy w moim życiu”.  Żałowałem tylko, że nie zagrali więcej utworów z moich dwóch ulubionych płyt: „Rabbit Don’t Come Easy” i „Chameleon”, a poza tym, to było mi wręcz głupio, że na sam koncert nie wydałem ani grosza!

Dodatkowo muszę jeszcze wspomnieć o perkusiście, a raczej o Jego nietypowym zestawie. Zagrał on na czterech centralach oraz dodatkowych dwóch bębnach basowych po bokach, co tworzyło wyjątkowy efekt – w brzuchu wierciło dziurę! A sam perkusista, który oczywiście doskonale wiedział jak powinno się bębnić, zagrał krótkie, acz treściwe solo na perkusji (po szóstym utworze).

Dobrze, koncert się skończył, a my musieliśmy wracać. Była godzina około 24.30, a pociąg mieliśmy dopiero o 3.45. Postanowiliśmy posiedzieć jeszcze w klubie i wypić po piwku. Niestety okazało się, że bar zamykają dość szybko i komunikacją miejską wróciliśmy do centrum. Tam okazało się, że życie miejskie trochę podumarło, więc kupiliśmy sobie bilety i usiedliśmy w ciepłej poczekalni na dworcu (na zewnątrz było – 6st C). Zostało nam ponad 1,5 h do pociągu, ale jakoś szybko nam to zleciało (mieliśmy w końcu pełno emocji do przekazania sobie). Niestety siedzenia tam były strasznie niewygodne i od razu, jak tylko padł komunikat, że nasz pociąg jest już podstawiony, pobiegliśmy tam i zajęliśmy sobie dogodne miejsca z zamiarem drzemki (czekało nas 2,5h drogi). Wreszcie ruszyliśmy! Udało mi się zasnąć na chwilę, a w centrum Katowic byliśmy około 6.30.

Tego dnia, tego koncertu nie zapomnę do końca życia! Dziękuję za bilety i dziękuję mojej super koleżance! Jeśli tylko będzie okazja posmakować takiego koncertu jeszcze kiedyś, to na pewno się wybiorę! Pozdrawiam! \m/

 

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły