Paradoks
Castle Party 2018
Relacje :

Blood On The Coast - The X Bar, Cupertino, CA (15.9.2018)

Blood On The Coast, Phantom Witch, Section 5150, WinterSorrow, Pyrotenic, The X Bar, Behemoth  Slayer, Cannibal Corpse, Napalm Death, Amorphis, Moonspell, Dark Tranquility, XXV Lat Chaosu, Tom Araya, Amon Amarth, Iron Maiden, Venom, Death Angel

Piszę do Was ze słonecznej Kalifornii, gdzie przybyłem trochę pojeździć z rodziną. Lecąc do USA, oprócz polowania na płyty, których nazbierałem tu już 20, bardzo chciałem trafić na jakiś koncert. A dzieje się tu dużo. W czerwcu te okolice demolował Behemoth ze Slayerem, Cannibal Corpse i Napalm Death będą dopiero w październiku. W San Diego o dwa dni mijam się z trasą Amorphis, Moonspell i Dark Tranquility i nie wyrabiam się na Wintersun w San Francisco. O to wszystko nie trudno jednak w Polsce, a w końcu udało się znaleźć coś znacznie lepszego. Gdy mieszkałem w Los Gatos, znalazłem koncert lokalnego, thrashowego Phantom Witch, który wieńczył ich tour po Kalifornii o nazwie „Blood On The Coast”. 

„Phantom Witch set out to spread blood & violence across the west coast!” Brzmiało groźnie. Wstęp 8$.  Nie mogłem się doczekać.

Koncert odbywał się w pobliskim Cupertino - mieście położonym w sercu Doliny Krzemowej, gdzie swoją główną siedzibę ma Apple. Jadąc do X Baru, który okazał się być częścią wielkiej kręgielni, nurtowały mnie dwie sprawy. Po pierwsze po XXV Lat Chaosu mam pęknięte żebro, co jakoś tu mi się bardziej zaczęło dawać we znaki, a po drugie, następnego dnia czekała mnie długa podróż do Los Angeles jako kierowca. Wiedziałem więc, że nie będę się mógł zbytnio rozwinąć, co oczywiście nie do końca się udało.

Do lokalu dotarłem równo o 19:30, a właściwie to o 7:30 pm, zgodnie z tym co wyczytałem w internecie. Już coś się działo, pierwszy zespół się rozstawiał, a ja zacząłem się rozglądać. W barze była scena i nieduża salka, a poza tym stoliki, przy których siedzieli ludzie różnych nacji, jak to w Ameryce. Chińczycy, Murzyni, Meksykanie. Widać, że nie mieli pojęcia co tu się będzie wyrabiać, choć na rozkładających się muzyków patrzyli z zainteresowaniem. Za barem ekrany z baseballem i futbolem, z boku wejście na wielką salę kręgielni, gdzie w sobotę wieczorem było mnóstwo ludzi. Piwo 7$. Kurde, liczyłem na mniej. W tej cenie wziąłem dwa browary, a potem przyszła nowa barmanka i za to samo mi krzyknęła 8. Mówię: „Jak to 8 przecież już dwa przed chwilą brałem za 7”. Zaczęła mówić, że niemożliwe, coś pokazywać na tablicy, machnąłem ręką, co kraj to obyczaj.

Jednak wśród tych wszystkich amerykańskich zjadaczy hot-dogów i popcornu XXL od razu widoczni byli i metalowcy. Długie włosy, koszulki Morbid Angel, Slayer, Amon Amarth, dżinsowe katany w naszywkach, głownie amerykańskich zespołów thrashowych, choć oczywiście nie brakowało i klasyków, takich jak Venom czy Iron Maiden. Widoczne były też koszulki i naszywki Phantom Witch. Z biegiem czasu uświadamiałem sobie, że większość z tych osób miała wystąpić na scenie, a takich zwykłych widzów nie było więcej niż 15 osób. W dodatku niektórzy całkiem z kosmosu, jak dziadek w niebieskiej koszulce Facebook, albo nie wstające z krzeseł dwie rasowe Amerykanki, takie 120+. Poza tym dwóch starszych gości, po 40, dwóch latynoskich nastolatków, całych w naszywkach, gość z dziewczyną w bluzie Behemoth i jeszcze ze czterech typów. Po kolei miałem tam pogadać z prawie każdym. „Blood On Coast” okazało się wydarzeniem granym praktycznie do pustej sali. Zapału i energii jednak nie zabrakło.

Z gitarzystą i klawiszowcem WinterSorrow zagadałem już przed ich występem. Wcześniej na Metal Archives znalazłem nieistniejący już polski zespół o tej nazwie. Początkowo myślałem, że to zbieg okoliczności, ale po tytułach utworów doszedłem, że jednak coś jest na rzeczy i te zespoły mają jakiś wspólną historię. Pytam ich więc czy są z Polski. Okazało się, że był gość z Polski, ale go nie ma. Może więc ktoś wyjechał, ponowił projekt na obczyźnie, a potem odszedł, a zespół został. Nie wiem.

WinterSorrow po raz pierwszy występował z nową wokalistką. Dziewczyna o latynoskiej karnacji śpiewała czystym głosem. Grali metal symfoniczny i grali całkiem przyzwoicie. Młodzi Latynosi zaczęli skakać na siebie pod sceną, parę osób stoi i patrzy, inni siedzą przy stolikach. Z boku siedzi cały rząd skośnookich, w wieku od 5 do 70. Każdy z uśmiechem od ucha do ucha i kręci telefonem. Przy pierwszym stoliku starszy pan w kapeluszu siedzi elegancko zakładając nogę na nogę i też kręci cały czas. Na ekranach baseball, Meksykanie gadają przy barze. Kurwa, gdzie ja jestem?

Ale koncert mi się podobał. W ogóle samo to, że znalazłem coś takiego w takim miejscu było dla mnie bardzo ciekawym przeżyciem. Na koniec zrobiłem sobie zdjęcie na scenie z całym zespołem. Płyty nie mieli. Nie wiedzieli też po co miałbym chcieć ją kupić, bo przecież jest for free na bandcampie.

Jako drugi Pyrotanic. Frontman jak młody Tom Araya, gitarzysta ten sam co w WinterSorrow. Tu jednak był thrash jak to na zachodnim wybrzeżu, czyli raczej taki pod Death Angel. Z wokalistą gadałem po koncercie. Grają cztery lata, ale nie maja płyty. Zapewniał jednak, że chcą nagrać. Mieszka w San Jose, lubi Megadeth. Pytam o Death Angel, o tak bardzo lubi. Pytam czy zna jakieś zespoły z Polski. Przykro mu, ale nie zna. Pytam czy zna Behemoth, o tak, uwielbia Behemoth. Zna też Vader i Decapitated. Taką rozmowę przeszedłem cztery razy, z każdym identyczną. Nawet kolega z dziewczyną w bluzie Behemoth nie znał żadnego zespołu z Polski. Hate jednak już nikt nie kumał, nie miałem pomysłu o co jeszcze ich pytać. Najlepszy jednak był mój późniejszy towarzysz Brian, który z Polski znał Sabaton. Powiedziałem mu jak jest, ale po chwili zastanowienia podbił do mnie i pyta: „Are you sure that Sabaton is not from Poland?”. Tak - śmieję się- „I am sure”. „Ale oni mają taką piosenkę”. „Tak, cztery mają o Polsce, mają i o innych, ale są ze Szwecji”. Zresztą Szwecja, a Polska z tamtej perspektywy to co to za różnica. Brian jednak był równy gość i zabrał mnie Uberem do swojej osiedlowej mordowni w Campbell, gdzie, jak zapowiadał, poznałem prawdziwą Amerykę. Ale to później.

Pierwszy kontakt z Section 5150 miałem z ich perkusistą. Chciał kupić ode mnie szluga. Ucieszył się, jak go poczęstowałem. Może w głębi serca nawet na to liczył. Section 5150 to jedyny zespół z tego wieczoru, który znaleźć można na Encyclopaedii Metallum, więc mogłem ich przefiltrować. Mają płyty, można kupić. Okazało się jednak, że ciężko się do nich dostać, bo są zawalone sprzętem, więc da mi po koncercie. W międzyczasie wziął tylko jeszcze jednego szluga.

Section 5150 to był najcięższy występ tego dnia. Muzyka mocno death metalowa, ale czasem gnietli wręcz grindcoreowo, choć nie wiem na ile to było zamierzone, a na ile wynikało z problemów z nagłośnieniem. Wokalu na przykład prawie nie było słychać. A wokalistów było dwóch. Główny gitarzysta i drugi basista, który wyglądał dokładnie jak Philip Lynott. Dosłownie kropka w kropkę. Później okazało się, że Phil gra też w Phantom Witch, tyle, że na perkusji. Rozkręcił się młyn, w którym brało udział około sześć osób, w tym ja. Sala natomiast opustoszała. Zniknęli Chińczycy, Meksykanie i pan w kapeluszu. Może jednak było za głośno? Dziadek w fb jednak wymiatał, nawet trochę się przepychał pod sceną. Pokazuję mu rogi, on mi też. Normalnie niezłe jaja.

Każdy zespół miał własny sprzęt, który wymieniali od podstaw, łącznie z piecami i perkusją. Przerwy jednak nie były wcale długie, a wszystkie wykorzystałem na rozmowy z ludźmi. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili i zajarani moją obecnością. Przyszedł też perkusista z płytą za 10$. Pomyślałem, że drogo, zwłaszcza za EP, ale już nie chciałem się wycofywać. Niedługo potem gadam z Brianaem, a tu podchodzi gitarzysta/wokalista i rozdaje te płyty for free. Kurwa! Dajesz mi płytę, którą przed chwilą kupiłem od Twojego kolegi za 10$. No teraz to się wkurwiłem. Powiedział, żebym poczekał i przyniósł album z 2011. No dobra, zrehabilitowali się. A mój ulubiony perkusista przyszedł jeszcze raz, ale tym razem po sam ogień. Chyba kupił sobie szlugi. Rozśmieszyło mnie to. Już się na niego nie gniewałem :)

Kupiłem też płytę Phantom Witch. Mieli całe stoisko i nawet ze cztery osoby, oprócz mnie, coś tam kupiły. Na kartce było napisane, że CD 10$. Dałem 10, a dziewczyna wydaje mi 5 reszty. No dobra, tak to się możemy bawić. Phantom Witch to był niezły thrashowy wymiot. Pięcioosobowy młyn wzbogacił się o kolejnego Latynosa rodem jakby z Death Angel i gitarzystę, który biegał z gitarą po całej sali. Znałem go już dość dobrze, bo tego dnia występował trzeci raz. Żałowałem bardzo, że muszę chronić żebro, bo zrobiło się ciekawie. Na wszelki wypadek opowiadałem wcześniej wszystkim o tym żebrze, bo chciałem tam z nimi być pod sceną, ale bałem się, żeby na mnie nie skakali. Koncert skończył się punktualnie o północy. Tak jak było zapowiadane.

A mnie Brian zabrał Uberem do Campbell. Mówił, że to bardzo blisko Los Gatos i muszę pojechać z nim do jego baru. W tyle głowy jakiś aniołek podpowiadał, że nie powinienem, bo przecież rano jadę w trasę, ale diabełek twierdził, że przecież ja nigdy w życiu już tu nie będę i żal by było odpuścić. Zresztą Brian byłby bardzo zawiedziony. Po drodze jeszcze zatrzymała nas policja. Uber dostał 500$ mandatu, bo jakoś nie tak pasy zmieniał. Był załamany, mało się nie popłakał. W knajpie faktycznie poznałem tę Amerykę inną od plaż, akwariów, kurortów i placów zabaw. Poznałem paru miejscowych meneli, bo Brian wszystkich znał i każdemu mnie przedstawiał. Opowiadał mi jak w San Jose wyrzucili go z Amon Amarth, bo rzucił się na gościa, który uderzył dziewczynę. Megadeth już nie zobaczył. Okazało się też, że Brian ma młot Thora i angielskiego rycerza na klacie. Następnego dnia miał wypełniać kolory. Dowiedziałem się również, że w Kalifornii każdy zna i szanuje Slayera. Slayer jest największym zespołem na świecie bez dwóch zdań. Brian jest przekonany, że Slayer wcale nie kończy działalności i będą grali dalej. Sam słyszał jak to mówił Kerry King. Nie wiem jak by się to skończyło, ale na szczęście w Kalifornii wszystkie knajpy zamykają o 2:00. Wszyscy jakby na to czekali, bo nagle wstali i wyszli. Brian zamówił mi Ubera. Dałem mu za to 10$. Faktycznie było blisko. Daleko było za to do LA, ale jakoś dojechałem.

W The X Bar koncerty odbywają się cyklicznie, 2-3 razy w miesiącu. Za tydzień, dwa znów z okolicznych miejscowości zjedzie się 15 osób, aby zobaczyć pełne zapału młode zespoły, które napierdalają metal. W Cupertino – mieście Apple.

 

Komentarze
WUJAS : Przy kupnie biletu pytali czy full bar i dawali odpowiedni kolor opaski. Dostałe...
amorphous : Mnie najbardziej na klubowych koncertach w kaliforni rozwaliło to że są d...
Samir : Dobrze się czyta, szkoda, że nie ma więcej koncertów w okolicy zes...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły