Wracać wciąż do domu Le Guin
Ohlsson
Relacje :

Apocalyptica - Stodoła, Warszawa (03.11.2007)

O listopadowym koncercie Apocalypticy wiedziałam już od połowy wakacji. Przyznam szczerze, że gdy dowiedziałam się o zmianie miejsca występu rezolutnych Finów, lekko zetlał mój optymizm i chęć wyjazdu do Warszawy.
Zupełnie nie znałam Stodoły. Słyszałam jedynie, że jest to jeden z najlepszych stołecznych klubów, aczkolwiek nastawiałam się od dawna na klimat znanej mi Progresji - cóż trudno, może następnym razem?
Pod klub dotarliśmy tuż przed 19. Kolejka jaką zastaliśmy do wejścia, przypominała kulminację czasów Polski Ludowej, kiedy to nasi rodzice potrafili stać tydzień po pralkę.

Około godziny 20, kiedy jeszcze część osób stała w kolejce do wejścia, a inni próbowali dostać się do szatni, na scenie pojawili się panowie ze Sturm Und Drang. Zanim wybrałam się na ten koncert zasięgnęłam na ich temat kilku informacji, obejrzałam fragmenty występów. Mimo tego podeszłam z rezerwą do ich gigu. Zaprezentowali kilka utworów ze swojego debiutanckiego albumu, zachęcali publiczność do zabawy i całkiem przyzwoicie wypadli na scenie. Kontaktu z publicznością nie jeden zespół mógłby się od nich uczyć. W set liście pojawił się także "Fear Of The Dark" z repertuaru Iron Maidem, czym nieco rozbawili zgromadzony tłum.

Po ich występie nastąpiła krótka przerwa techniczna, zaczęły się przepychanki, o jak najlepsze miejsce i coraz większy ścisk pod sceną. Wobec tego wycofaliśmy się na tył, bo i tak jedyne, co widziałam to głowy ludzi tuż przede mną.

Tuż przed godziną 21 zgasły światła. Chwila napięcia poprzedziła magię świateł, które padały na 4 niezwykłe krzesła wiolonczelistów. Oto pierwszy instrument zaczyna grać, po chwili pojawiają się na scenie kolejni członkowie niezwykłej formacji. Koncert rozpoczyna się od "Worlds Collide", tytułowego utworu z najnowszej płyty, którą Apocalyptica przyjechała promować do Polski.
Ludzie niezwykle entuzjastycznie przywitali muzyków, a my wykorzystaliśmy rozluźnienie z lewej strony sali i podeszliśmy do barierek, gdzie ze swym skarłowaciałym wzrostem nie miałam już problemu z tym, żeby obserwować wszystko to, co serwowali ze sceny przez blisko 1,5 godziny charyzmatyczni Finowie. Kolejne utwory wywołały euforię wśród publiczności, na set liście pojawiały się na przemian utwory nowsze i starsze, spokojne i te bardziej żywiołowe, nie wyłączając coverów, od których zaczęła się wielka muzyczna przygoda zespołu z Finlandii.
W repertuarze na ten wieczór nie zabrakło między innymi, poza otwierającym "Worlds Collide", (wybaczcie ewentualne przeoczenia, czy pewną dowolność w kolejności): zawsze elektryzujące "Seek And Destroy", "Grace", "Nothing Else Matters" okraszonego rozśpiewaną do akompaniamentu wiolonczeli salą. Pojawiło się także "bohaterskie" "Helden", 'Betrayal", "SOS (Anything But Love)", które w studyjnej wersji śpiewa jedna z moich ulubionych wokalistek, zawsze przenikliwe "Last Hope", gorzko-słodkie "Bittersweet", dosłownie rozpalające publiczność "Life Burns", czy "Somwhere Around Nothing". Nie zabrakło tak niezwykle entuzjastycznie przyjętego "Hall Of The Mointain King" w wykonanie, którego najbardziej energicznie zaangażował się Paavo. Przysięgłabym, że zagrali jeszcze "Stroke".
W przerwach między kolejnymi utworami, Eicca i Perttu zabawiali publiczność, zachęcali wszystkich do zabawy, chwalili za niesamowite oddanie i dedykację, dosłownie szaleli razem z nią, nie gubiąc na swych twarzach uśmiechów.
Równowagę do tak niezwykle entuzjastycznego show wprowadzał wspomagający, czwarty smyczkowy Antero Manninen, który kiedyś był na stałe obecny w składzie Apocalypticy, dziś już jedynie jako muzyk sesyjny. W swych charakterystycznych okularach równoważył szaleństwa Eicca i Perttu, dodając w ten sposób powagi występowi Finów.
Kiedy po mniej więcej 90 minutach Apocalyptica pożegnała się z publicznością, krzyki, prośby i tupanie trwały na tyle długo, aby wiolonczeliści wraz z perkusistą ponownie pojawili się na scenie. Toppinen niezwykle ucieszony podziękował za tak wspaniałe przyjęcie jego zespołu. W zamian muzycy zagrali na bis między innymi "One" i "Enter Sandman".
Życząc udanego wieczoru i dziękując za wspólną zabawę, zespół pożegnał się z publicznością po raz drugi i jak się po chwili okazało nie ostatni. Fińska formacja pojawiła się na scenie po raz trzeci, co najzabawniejsze, po nieustających okrzykach: "jeszcze jeden".
Zaciekawiony Eicca spytał tłum, co to oznacza. W odpowiedzi ludzie zaczęli skandować: "one more song!" To niezwykle rozbawiło blond lidera, rychło zapowiedział utwór, bez którego ten koncert nie mógł się obyć - "Seeman".
I tak listopadowy sobotni wieczór przy dźwiękach 4 wiolonczeli, uzupełniony o perkusyjne harce Mikko Siren przeszedł do historii.

Czuję lekki niedosyt. Bynajmniej nie dlatego, że zabrakło mi "Path", który tak lubię. Również sama dyspozycja, jaką zaprezentowali tamtego wieczoru wiolonczeliści z pewnością zadowolić mogła nawet najbardziej wybrednych. Pomimo dwóch godzin muzyki, dwóch bisów, niesamowitej atmosfery, uśmiechu stale goszczącego na twarzach muzyków, koncert upłynął zbyt szybko. Trudno było uwierzyć, że to już "po wszystkim". To był mój pierwszy koncert tego niezwykłego bandu z Finlandii i wierzę, że nie ostatni. Jeśli znowu nadarzy się taka okazja, to z pewnością nie omieszkam skorzystać. Ostatecznie był to wieczór pełen dobrej zabawy, świetnej muzyki i niezapomnianych emocji.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły