Zadra
Paradoks
Relacje :

Castle Party 2007 - Bolków (27-29.07.2007)

Początki festiwalu sięgają roku 1994, kiedy nie był jeszcze tak bardzo rozsławiony, a liczba gości nie przekraczała tysiąca. Z biegiem lat impreza się rozrastała, by w zeszłym roku zgromadzić aż 4 tysiące widzów. W tym roku udało jej się pobić wszelkie granice popularności, gdyż szacowana liczba gości tegorocznej edycji wynosi ponad 4 tysiące fanów.

Do tej pory zastanawia mnie skąd wzięła się taka liczba. Co dziwne - w czwartkowy wieczór byłam przekonana, że widownia w tym roku nie dopisze. Przeliczyłam się… Dlaczego? Być może przez znakomity wybór zespołów: Diorama, Diary Of Dreams, IAMX, Front Line Assembly, Suicide Commando, itd. A być może powód leżał w coraz lepszej promocji imprezy. Z olbrzymią liczbą gości wiąże się jeszcze pewien (dla mnie) minus. Ogromna liczba gości, jaka znalazła się w trakcie trwania festiwalu na terenie zamku, to osoby, które powinny znaleźć się na konkurencyjnym Woodstocku, ale z uwagi na to, że w tym roku obydwa festiwale nie pokrywały się terminami nie udało się zapobiec prawdziwej fali zapijaczonych punków z Woodstocku. Jeszcze ani razu w trakcie moich wizyt na Castle Party nie widziałam tylu pijanych ludzi. Ale zważywszy na to, że niewiele rzeczy potrafi mi przeszkadzać także do tej zdołałam się przyzwyczaić, by w spokoju bawić się dalej.

Jeśli chodzi o tegoroczną konwencję festiwalu to z jednej strony, jak już wspominałam - znakomity wybór zespołów - były wśród nich melancholijne, dźwięczne rytmy Diary Of Dreams i Dioramy, dynamiczne electro marki Suicide Commando. Zaskoczeniem był występujący jako gwiazda wieczoru, całkowicie alternatywny dla poprzednich zespołów IAMX, obracający się w gatunku alternative/indie/pop i ku mojemu zdumieniu najlepszy występ festiwalu. Z drugiej strony na festiwalu nie zabrakło kompletnie kiczowatych zespołów jak Angelspit, MassKotki, The Royal Dead, które ciężko wpisać właściwie w jakąkolwiek konwencję… Mogłabym napisać, że brakowało mi stricte gotyckich kapel (tak jak to piszą starzy wyjadacze festiwalu), ale ja tak nie napiszę. Uważam, że Castle Party podąża w dobrą stronę - jeśli chodzi o dobór zespołów, pojawia się coraz więcej wielkich gwiazd muzyki alternatywnej i chyba o to chodzi. Poprawiłabym natomiast fakt, że z roku na rok organizatorzy każą nam się przyzwyczajać do coraz większych obsuw czasowych…

Piątek, 27 lipca - To był dla mnie zdecydowanie zaskakujący dzień. Najpierw dowiedziałam się, że imprezy w klubie Sorrento zostały odwołane, przez co stracę możliwość bawienia się na setach w moich ulubionych klimatach, a później zmuszona byłam przeżywać wstrząs estetyczno-nerwowy w trakcie pokazu Exiting Body Piercing Show. Nikt oczywiście nie trzymał mnie siłą przy barierkach i nie kazał oglądać tego porażającego programu, jednakże wrodzona ciekawość i umiłowanie do tego co nowe, niepoznane i zaskakujące nie pozwoliły mi opuścić murów Zamku. Pokaz rozpoczął się z około półgodzinnym opóźnieniem, do tej pory nie wiem czym było to spowodowane, jednakże każda chwila czekania wyprowadzała mnie z równowagi. W pewnym momencie jednak na scenie pojawili się wykonawcy. Trójka ludzi, narzędzia i dziwaczne, wiszące w powietrzu haki, całość sprawiała wrażenie jakiejś schizoidalnej sali tortur. Z trudem dopchałam się do jakiegoś sensownego miejsca, gdzie zaczęłam widzieć co się dzieje. Mężczyzna, wypiwszy uprzednio jednym haustem szklankę, albo i dwie szklanki wódki, po chwili podwieszany był za skórę na tych kołysających się w powietrzu hakach. Jego plecy były całkowicie zakrwawione, a on wisiał nad tłumem, bujał się nad nim i co było dla mnie po prostu największym z możliwych zaskoczeń - cieszył się, śmiał i doskonale bawił. Wirował tak w powietrzu naprawdę długo, myślę, że ponad 20 minut zanim go zdjęli. Po nim na scenę weszła kobieta, ona również wypiła wódkę po czym usiadła po turecku. Chwilę później podszedł mężczyzna, który biorąc ostrożnie partie jej skóry na żywo przekłuwał je na oczach widzów (poprzedni wisielec także był przekłuwany na żywo, wtedy jednak stałam jeszcze zbyt daleko, aby to widzieć). Pani ta bujała się na hakach zdecydowanie krócej od poprzednika, a jej mina sugerowała, iż nie sprawia jej to takiej przyjemności jak jemu. Jakkolwiek pokaz wzbudził niesamowitą sensację. Nie wiem tylko czy to dobrze czy źle. Towarzyszył mu cały czas didżejski set, który niestety był bardzo kiepski… właściwie można powiedzieć, iż był koszmarny, ale sam DJ doskonale się w trakcie niego bawił. Czy było warto umieszczać w programie CP Exiting Body Piercing Show? Myślę, że tak, było to ciekawe widowisko, choć średnio wartościowe. Z koncertów mających miejsce tego dnia podobał mi się właściwie tylko C:H: District oraz występ Leszka Rakowskiego, który niestety z uwagi na duży poślizg organizacyjny obejrzałam tylko częściowo. Zdaje się, że to właśnie temu DJowi towarzyszył rewelacyjny pokaz haka poi - taniec ogni. Dalsze opóźnienia w klubie Hacjenda oraz brak koncertów z Sorrento, które wypadły z uwagi, że odbywała się tam "dyskoteka dla tubylców" zniechęciły mnie do dalszego imprezowania.

Sobota, 28 Lipca - Był to zdecydowanie najlepszy dzień festiwalu, ponieważ mimo niesprzyjającej aury pogodowej nie dałam się wykurzyć do kwatery i czaiłam się jak tylko mogłam na koncerty.

Tear - Muszę przyznać, że przed wyjazdem na Castle Party przygotowywałam się nieco do napisania tej relacji, zapoznałam się z zespołami, których nie znałam, a występującymi w tegorocznej edycji i przesłuchiwałam różne utwory. Wiedziałam, że czeski Tear nie przypadnie mi do gustu. Niby melodyjny, dźwięczny i w ogóle fajny "rock gotycki" z elementami electro, ale jednak nie. To kompletnie nie to. Na samym koncercie nie spodobało mi się to, że zespół był całkowicie zdekoncentrowany, grał nierytmicznie, a właściwie jedyny utwór jaki przypadł mi do gustu z nagrań, które przesłuchiwałam w domu - "Contemplation" na koncercie brzmiał jak szorowanie szczotką bo brudnych garach… coś okropnego. Do tego wokalista, który kompletnie wypadał z rytmu, jego angielski brzmiał wręcz tragiczne, a w sumie i tak ledwo rozumiałam o czym prawi. Zaletą zaś było to, że zespół grał naprawdę na żywo i to bardzo żywiołowo, choć było widać, że muzyków zżerała trema.

Następny na scenę wskoczył japoński zespół The Royal Dead. Żałuję, że nie pojawił się w pełnym składzie, być może wówczas wokalne wyczyny Haru nie byłyby tak przytłaczające. Nie mogę z czystym sumieniem wpisać The Royal Dead w nurt Visual Kei, jednak po tym co zobaczyłam, a następnie usłyszałam stałam się o tym bardziej przekonana. Zawsze lubiłam japońskie klimaty, jednakże wcześniej nie przysłuchiwałam się The Royal Dead. W trakcie zaznajamiania się z ich twórczością okazało się, że wszystkie utwory są w zasadzie na jedno kopyto, podobny bit i właściwie trudno odróżnić czym różni jedno dzieło od drugiego. No, ale nie dajmy się odstraszyć jakąś płytą - pomyślałam - zobaczymy na Zamku. No i zawiodłam się. Nie dość, że japońska piękność próbowała bezskutecznie rozruszać zmarznięty i zmoknięty tłum to jeszcze śpiewała tak fatalnie, że po kilku piosenkach dałam sobie spokój ze ślęczeniem pod sceną i schowałam się w tylnych rzędach. Mimo typowego dla Visual Kei i właściwie japońskiej kultury specyficznego image'u (Haru ubrana jak mała dziewczynka w koronie na głowie) zespół nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia. Co innego, że sami artyści w rozmowie stwierdzili, iż był to jeden z ich lepszych występów… Bałabym się zatem iść na najgorszy…

Moje samopoczucie podbudował znacznie Catastrophe Ballet, który po krótkiej chwili pojawił się na scenie, by rozruszać tłumy. Przybyło więcej widzów, widać było, że znaleźli się także naprawdę oddani fani niemieckiej kapeli. Do mych uszu doleciał znakomicie zagrany "The Lovers Delight". Zespół miał zdecydowanie lepszy odbiór wśród polskiej publiczności, tłumy świetnie się bawiły pod sceną, żałuję, że nie zdołałam zobaczyć całego wystąpienia, bo Catastrophe Ballet naprawdę rewelacyjnie wypadają na koncertach.

Po niemieckiej kapeli na scenie zawitali warszawscy twórcy horror punku Miguel And The Living Dead. I choć ich muzykę uważam za koszmarną to muszę przyznać, że na scenie radzili sobie zdumiewająco płynnie, teksty wokalisty rozkładały mnie na łopatki, a ekspresja i pewność siebie muzyków zachwycała. Zdecydowanie lepiej wypadają koncertowo niż na płytach. Widziałam także spore tłumy pod sceną tańczące i bawiące się znakomicie w rytmach Migueli. A to już o czymś świadczy!

No i nareszcie, występ piątej kapeli tak naprawdę rozpoczął dla mnie (i nie tylko dla mnie) Castle Party 2007. Przede wszystkim muzycy z Dioramy są bardzo "normalni" - nie szokują ubraniem, wyglądają wręcz przeciętnie. Jednak kiedy ze sceny dobiegły pierwsze dźwięki widziałam jak tłum entuzjastycznie porywa się i płynie na nich w tajemniczym, melancholijnym uniesieniu… Muzycy byli wręcz ubrani w tę niesamowitą muzykę, doskonale prowadzili publiczność po swoim świecie. Zagrali właściwie większość swoich największych hitów, niestety występ skończyli zbyt prędko, nie dając się sobą nacieszyć, nawet mimo tego, że raz zabisowali…

Tuż po fenomenalnej Dioramie na scenę wkroczył norweski Pride And Fall. Muszę przyznać, że zespół ten miło mnie rozczarował. Byłam nastawiona, że to co usłyszę będzie niczym nie wyróżniającą się "młócką", ale już od początku wywarł na mnie znakomite wrażenie! Nie dość, że muzycy grali naprawdę profesjonalnie, to zgromadzili całą rzeszę fanów. Muzycy znakomicie zagrali melancholijne, elektroniczne utwory takie jak "In My Time Of Dying", wprawiając z nostalgię widzów, po chwili porywając ich w entuzjastyczne i bardziej industrialowe, syntetyczne rytmy. Olbrzymi plus festiwalu!

Już jako następni na scenie szykowali się chłopcy z Suicide Commando - belgijski zespół nie zawiódł swoich największych fanów. Co prawda z koncertu na koncert poślizg organizacyjny trwał coraz dłużej, jednakże występu "susajdów" nie można ominąć ot tak. Po raz pierwszy na występie Belgów byłam w 2004 roku - także na Castle Party. Wówczas ich właściwie poznałam i… cholernie nienawidziłam. Z biegiem lat wszystko się zmienia, w związku z tym SC było w tym roku jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie kapel. I choć ledwie pamiętam występ z 2004 roku miałam wrażenie, że był jakiś taki mocniejszy od tegorocznej edycji. Ciężko mi tak właściwie wyjaśnić dlaczego się zawiodłam, może liczyłam na coś niesamowitego? Bo koncert był ogółem poprawny, tłumy bawiły się rewelacyjnie w rytmach największych "susajdowych" hiciorów jak "See You In Hell" czy "Fuck You Bitch", a mi jednak czegoś brakowało. Na koniec muzycy "dali się wywołać" na bis, w trakcie którego standardowo odegrali ich najbardziej znany kawałek - "Hellraiser" i właściwie pozostawili mnie na Zamku z jakimś niedosytem…

No i w końcu na scenie, po ponad półgodzinnym instalowaniu sprzętu pojawili się Niemcy z Diary Of Dreams. Aż do momentu, póki nie zobaczyłam muzyków na żywo nie przepadałam za zespołem, nie rozumiałam tej muzyki, była dla mnie zbyt "mroczna" i "depresyjna". Ten koncert jednak wiele zmienił. Spojrzałam na profesjonalizm muzyków, na to jak odbiera ich publiczność i w końcu pojęłam, że to jest naprawdę niesamowicie osobista twórczość. Adrian Hates tak znakomicie zabawiał się publicznością, że nawet ja - dałam się ponieść tym egzystencjalnym, gotyckim uniesieniom. Ze wzruszeniem słuchałam słów piosenek nie mogąc oderwać wzroku od charyzmatycznych muzyków, którzy notabene odstawili niezwykłe wizualne show (ściąganie ubrań i takie tam…). Co mi przeszkadzało? Paradoksalnie rzecz ujmując - to samo co mnie urzekło. Muzyka Diary Of Dreams tak znakomicie trafiała do tłumów, że nad swoimi uszami słyszałam w kółko ryk fanów, daleko odbiegający od fantastycznego głosu Adriana, pan który stał dosłownie kilka kroków przede mną wymachiwał tak "mrocznie-gotycko-ascetycznie" rękoma i tak straszliwie przeżywał tę muzykę, iż odnosiłam wrażenie, że niebawem wbiegnie na scenę, żeby spuścić się na wokalistę. Apogeum tego horroru nastąpiło w momencie kiedy Hates spojrzał się na "mój kwadrat widowni", wówczas dostałam kilkakrotnie w głowę, a piski i dziwaczny ryk mojego sąsiada wyprowadziły mnie omal z równowagi. Jednakże był to właściwie jeden z dwóch najlepszych dla mnie występów tegorocznego Castle Party.

Tym drugim, ale właściwie dla mnie pierwszym występem był długo wyczekiwany przeze mnie koncert IAMX. Boże, mieli standardowo 30 minut na zainstalowanie się na scenie, ale nie! Wielka gwiazda kazała na siebie czekać około 50 minut! Minuta dłużej i zrezygnowałabym, bo była już późna godzina, było zimno (cały dzień z drobnymi przerwami padał deszcz) i ogólnie aura była mocno niesprzyjająca takiemu oczekiwaniu. Ale jednak! Po tym cholernym, 40 czy 50 minutowym oczekiwaniu wybiegł na scenę - wspaniały, showmański, ekstrawagancki IAMX. Szkoda tylko, że w niepełnym składzie. Szkoda, bo przez to występ stracił wiele na ekspresji. Chwała dla dźwiękowców, którzy nie stracili cierpliwości i odporności psychicznej przez bluzgi ze strony rozwydrzonej i zniecierpliwionej publiki. Muszę przyznać, że choć przyjechałam na Castle Party głównie dla IAMX to nieco się zawiodłam. Nie dość, że oglądałam ich koncerty z Berlina, Nowego Jorku czy chociażby z Warszawy, gdzie odstawiali po prostu powalające, przygniatające show to jeszcze to czekanie, które "zabija całą słodycz w nas". Na koncercie w Bolkowie muzycy dali zdecydowanie mniej czadu niż widziałam to na ich innych występach. Brakowało przede wszystkim mocnych wizualizacji, z którymi pojawiali się na Zachodzie - zamiast tego pokazano mi jakieś rozjechane, nudnawe klipy, które niewiadomo co miały prezentować. Chris Corner sprawiał wrażenie zirytowanego, ogólnie widać było, że chce jak najszybciej zakończyć ten występ. Wyglądało to tak jakby chciał "odbębnić" swoje i pójść spać. Pomimo iż wkładał wiele sił i uwagi w kontakt z publicznością to czuć było, że była to relacja sztuczna, jednostronna. W pewnym momencie charyzmatyczny wokalista rzucił się nawet w tłum fanek, czym doprowadził do chwilowego rozłączenia sprzętu i ogólnego chaosu dźwiękowego. Wywołało to prawdziwą burzę wśród piszczących nastolatek, które rzuciły się na części garderoby Chrisa. A była to garderoba nie byle jaka. Warto bowiem zaznaczyć, że IAMX - oprócz znakomitej muzyki to także image - dekadencki, kolorowy, przypominający nieco sylwestrowe kreacje styl. Na scenie wisiał powieszony na kagańcu pluszowy miś - maskotka Cornera. Wokalista znakomicie czuł się na scenie, tańczył, przewracał przedmioty. Jego ruchy przypominały nieco taniec umierającego w spazmach kota. Coś niesamowitego. Warto także zaznaczyć, że jego głos niósł się znakomicie w murach zamku, każdy fragment, każdy utwór, każde nawet słówko było znakomicie słyszane. Barwa jego głosu potężnie rozchodziła się po Bolkowie, brzmiała energetycznie i hipnotyzująco. Muszę także pochwalić wokalnie panią grającą na klawiszach, której imienia i nazwiska niestety nie znam. A Corner? Bawił się w najlepsze podduszając ekipę muzyków kablami i smagając wyżej wymienioną panią od klawiszy w erotyczny sposób po udzie. Wrrrau. Niestety jeśli chodzi o utwory jakie zagrali to mocno się zawiodłam. Właściwie poleciały wszystkie kawałki z najnowszej płyty "Alternative", które oczywiście są chwytliwe i magnetyczne jednakże liczyłam na coś więcej niż tylko dwa utwory z "Kiss + Swallow". No i szlag by to… Nieco zirytowało mnie także to, że mega długo kazali siebie wywoływać na bis, ale kiedy już zagrali byłam stosunkowo ukontentowana. Szkoda, że nie dali się wywołać na drugi bis, bo publiczność wywoływała ich kolejne 10 minut…

Całe szczęście, że koncerty w Bolkowie to nie wszystko - pomyślałam po koncercie i ruszyłam radośnie w stronę Sorrento. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że "przecież Sorrento nie ma" i zawróciłam kierując się w stronę Hacjendy. Liczyłam tutaj, że być może usłyszę jeszcze jakieś fragmenty z nocy I:AM:BPM Night, ale okazało się, że w jakiś tajemniczy sposób "zaginął sprzęt" i z parkingowego grania nici. Przed wejściem do Hacjendy okazało się, że odbywa się tak jakieś metalowo - rockowo - gotyckie "odganianie nietoperzy", pod nazwą Vampires Night okraszone dużą dozą ludzi w ciężkim stanie. Ze smutkiem na twarzy opuściłam lokal, kierując się do swojej kwaterki…

Tak właśnie zakończyła się sobota w Bolkowie. Pomimo fatalnej aury pogodowej bawiłam się świetnie no i z przykrością stwierdzam, że był to tak naprawdę jedyny udany dzień z czterodniowego cyklu Castle Party 2007.

Niedziela, 29 lipca - zaczęło się słonecznie… tak, koło 14:00. O 15:11 można było już zapomnieć o słońcu, a ja głupia - wciąż liczyłam na to, że jednak wylezie zza chmur. Na marne. Tym razem występy na zamku rozpoczęły się bez obsuwy czasowej i punktualnie na scenie zawitały kontrowersyjne MassKotki.

Całe szczęście, że dziewczyny z MassKotek zdają sobie sprawę z tego, że robią kicz. Gdyby tworzyły taką muzykę poważnie wypadałoby je co najmniej zastrzelić - a tak przynajmniej było się z czego pośmiać. Już pierwsze dźwięki i słowa: "Hej, to ja, Twoja Maskotka" doprowadziły do tego, że tarzałam się po trawniku w nieokiełznanych spazmach śmiechu. Chwilę później rozległ się równie fantastyczny, kaleczący całkowicie język angielski utwór "Rocco". Dziewczyny znakomicie bawiły się na scenie, nie sprawiały wrażenia mocno stremowanych ani także przestraszonych. Publiczność doskonale wyczuwając żart ich twórczości również tańczyła pod sceną. Szczerze powiedziawszy frekwencja mnie zdumiała. Wydaje mi się, że artystki także były mocno zszokowane taką ilością widowni, bowiem plac przed sceną był pełen. Zapewne większość przyszła się pośmiać i zobaczyć jak wyglądają tym razem, bowiem MassKotki za każdym razem na występach "przebierają się", stroją się w szokujące i nietypowe kostiumy. Widać było, że ich twórczość nie jest obca bywalcom Bolkowa. Na koncercie MassKotek osiągnęłam apogeum dobrego humoru, który tego dnia już więcej nie powrócił, tuż po chwili pojawił się bowiem metalowy Cemetery Of Scream.

Podobno to dobrze, że nie słyszałam wokalu pana, który usilnie wydzierał się do mikrofonu. Ponoć to fantastycznie, że mam słuch tak "dobry" jakby mi słoń nadepnął na ucho, bo nie przeżywałam takich werbalnych katuszy jak co poniektórzy zebrani na zamkowym placu. Podobno, bo ja rzeczywiście ledwie dosłyszałam wokal kilka razy. Może stałam w złym miejscu? Nie wiem, ale wiem, że już nigdy więcej nie pójdę na koncert Cemetery Of Scream.

Podobne odczucia miałam na początku występu również polskiej Desdemony. Początkowo miałam wrażenie, że wokalistka nie potrafi wydobywać z siebie w ogóle czystych dźwięków, jednak po 3 piosence okazało się, że umie coś z siebie wykrzesać. Nie mogę powiedzieć, aby ich występ w jakikolwiek sposób mnie urzekł, gdyż muzyka jaką gra Desdemona to kompletnie nie mój klimat, jednakże doceniam poczucie humoru i to, że po kilku utworach kapela rzeczywiście się rozkręciła. Podobało mi się także zakończenie występu, kiedy stęsknieni fani wywołali Desdemonę na bis, a zakręcona (i chyba ciut skacowana) wokalistka zaśpiewała "Szła Dzieweczka Do Laseczka", a następnie umówiła się z fanami na polu namiotowym.

Liczyłam na to, że kiedy na scenę wejdzie Angelspit coś się wreszcie wydarzy. No, halo - myślę - zespół z Australii powinien cośkolwiek reprezentować. Obok mnie, pod sceną stoją muzycy z The Royal Dead. Przysłuchuję się rozmowie, gdzieś nagle pada zdanie, że "My tutaj jesteśmy, bo muzycy z Angelspit to nasi przyjaciele" i zaczynam czuć się niepewnie. Nie miałam okazji przysłuchać się wcześniej twórczości zespołu. Przed wystąpieniem powiedziano mi, że: "Oni tylko fajnie wyglądają, ale grają fatalnie". Nie wierzyłam - niesłusznie. Muzycy instalowali się stosunkowo długo - musieli zamocować cały dziwaczny analogowy sprzęt - jakieś anteny do wytwarzania pokrętnych syntetycznych dźwięków i mikrofony. Byłam przygotowana na potężnego kopa. A tutaj wyskakuje panienka, która nie nadąża z rytmem, facet, który macha ręką po antenie i właściwie to wszystko o kant dupy rozbić. Totalna porażka. O tym, że Angelspit to kicz niezamierzony (totalne przeciwieństwo MassKotek) przekonałam się na własnej skórze przedzierając się przez uzbrojone w dreadloki zastępy "rażąco" kolorowych nastolatek. Musiałam czym prędzej ewakuować swoje ciało spod sceny bo zaczynało robić się naprawdę groźnie. Łudziłam się zatem, że i tego dnia piąty koncert ma szanse okazać się być tym właściwym…

Brytyjski NFD wszedł na scenę zaraz po kiczowym, australijskim duecie. Niestety z uwagi na to, że rozpadało się już na dobre nie byłam w stanie wytrwać pod sceną i umknęłam w górę zamku, gdzie postanowiłam odnaleźć jakiegoś zagubionego i samotnego szaszłyka. Po godzinie zawiesiłam swoje poszukiwania i odkryłam, że koncert kapeli się skończył. Jednakże z tego co udało mi się dowiedzieć z kompetentnych źródeł był to naprawdę profesjonalny i porywający występ. Nic, tylko żałować, że mnie nie było.

Po NFD na scenie zamontowali się muzycy z Fading Colours. Tutaj byłam w stanie wysłuchać tylko początku występu. Nie szczególnie mi także zależało, zważywszy na to, iż w zeszłym roku ich występ wypadł okropnie. Zagrali standardowe kawałki, bez żadnych większych emocji, bez wczucia. Dobijający się zewsząd deszcz dawał się we znaki także muzykom, którzy nie byli w stanie rozruszać zmarzniętej publiczności. Ponadto w trakcie tego koncertu potwornie rozbolało mnie moje dawien dawno kontuzjowane kolano i udałam się na odpoczynek do kwatery.

Powróciłam na Zamek mniej więcej pod koniec występu The Legendarny Pink Dots. Z przykrością muszę stwierdzić, że zespół lepiej wypada na płytach niż na żywo. Miałam wrażenie, że wokalista Edward jest jeszcze bardziej zdołowany tą fatalną pogodą niż ja. Jego głos brzmiał momentami gorzej niż ilustracja dźwięku przepoczwarzającego się kosmity w tanim horrorze klasy B. Innymi słowy - miałam wrażenie, że chce zarżnąć i mnie i siebie i resztę bolkowskiej publiczności. Niewątpliwie była to muzyka psychodeliczna, jednakże nie wiem czy odpowiednia dla tego festiwalu i dla tak ponurego Castle Party. Jakkolwiek do samej jakości wykonania nie mogę mieć żadnych zarzutów - muzycy byli ekspresyjni, żywiołowi i świetnie radzili sobie z publicznością. Fani byli zachwyceni, a ja… zarżnięta.

Na norweski zespół Mortiis poszłam z czystej ciekawości. Niestety zbyt szybko dowiedziałam się, że wokalista występuje bez maski, co nieco popsuło całą atrakcję. Na samym początku muzykom co chwile psuł się sprzęt i ciągle słyszałam ze sceny (i nie tylko) jakieś mniej lub bardziej cenzurowane bluzgi. Kiedy w końcu udało im się zacząć grać rozpadało się tak ostro, że nawet najwytrwalsi łowcy sensacji schowali się, żeby powysychać. Wielu osobom koncert się podobał, ja jednak nie jestem fanką "elektrycznych gitar" i powerowego śpiewu… według mnie - z czym wiele osób się nie zgadza - Mortiis to podstarzały już dziadunio, którego ktoś niepotrzebnie wskrzeszał… ten koncert był czymś strasznym.

Ostatnim występem tegorocznego Castle Party był występ kanadyjskiej formacji Front Line Assembly. Osobiście nie jestem ich wielką fanką, jednakże mniej lub bardziej trawię ich muzykę. Ten koncert był zwyczajnie przeciętny. Uciekłam dosłownie na samym początku, ponieważ zmęczenie, wszechobecny mróz oraz doskwierający ból nogi nie pozwolił mi wytrzymać ani sekundy dłużej na tym zimnie. Pamiętam tylko, że zespół rozpoczął występ od jednego ze swoich największych hitów i nie jestem pewna czy było to "Plasticcity" czy coś podobnego. Jakkolwiek fanom, z tego co zdążyłam się dowiedzieć, występ przypadł do gustu, inni ocenili go jako poprawny, lecz bez rewelacji. Ja pozwoliłam sobie ich nie oceniać, ponieważ zwinęłam się zbyt prędko.

Do Hacjendy tym razem nie dotarłam, chociaż zależało mi na tym, aby usłyszeć sety H_12 i poznańskiego producenta i DJa Sthilmanna. Niestety, zwyczajnie nie byłam w stanie. Co do "niedzieli na zamku" miałam jeszcze kilka innych uwag - mianowicie kompletnie nie podobał mi się konferansjer zapowiadający zespoły. Pierwsze co - ten człowiek zupełnie nie potrafił zagrzewać widowni, w kółko się powtarzał, zacinał, nie wiedział co mówi, brzmiał jak kompletny laik, ale skoro siedział "tam w górze za sterami" to chyba nie mógł być pierwszym lepszym chłopcem z ulicy? Kim więc był tajemniczy konferansjer? Nie wiem, ale lepiej, aby w przyszłym roku był ktoś sprawiający przynajmniej wrażenie kogoś kompetentnego.

Co do rzeczy, które w zeszłym roku można było zarzucić organizacji, tj. braki w dostawach żywności na zamek - w tym roku problem ten został całkowicie zlikwidowany. Okoliczne plantacje ziemniaków zostały chyba doszczętnie splądrowane w trakcie najazdu gotów. Poza tym odkryłam, że naprawdę nie warto jest jeść niczego na zamku - przede wszystkim - dosłownie 200 metrów dalej jedzenie jest o 80% tańsze, przykład? Ziemniaczki na zamku, na górze kosztują 7 zł, a pod zamkiem 4 zł (i są o niebo smaczniejsze!). Co więcej już w niedzielę zabrakło szaszłyczków, za którymi uganiałam się przez godzinę i nic. Pochwalić natomiast można bolkowskich sprzedawców, za wyrozumiałość i sympatię jaką darzą gości festiwalu. Ani razu nie spotkałam się z tym, żeby ktokolwiek był niemiły, czy robił coś od niechcenia. Sprzedawcy są życzliwi i serdeczni, aż chce się u nich tracić pieniądze. Co zaś tyczy się tych mniej gościnnych tubylców - to tego roku nie odczułam jakoś wybitnie ich złośliwości. Być może dlatego, że w tym roku starałam się tak nie rzucać w oczy? Kto wie. Jedno jest pewne - bohater zeszłorocznego filmu dokumentalnego o CP - zapisze się jeszcze na długo w mojej pamięci, a w szczególności jego wielki - werbel?

Więcej grzechów nie pamiętam…

Komentarze
cross-bow : ja skomentowałam relacje - na uwagi chyba przede wszystkim powinna odp...
riffgoth : A mnie się Twoja relacja nie podoba – po pierwsze – błędy...
cross-bow : A mnie się Twoja relacja nie podoba – po pierwsze – błędy...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły