Wracać wciąż do domu Le Guin
Paradoks
Relacje :

Amon Amarth, Hypnos, Thunderwar - Progresja Music Zone, Warszawa (24.4.2014)

Amon Amarth, Infernal Maze, Progresja Music Zone, Groinchurn, Johan Hegg, Hypnos, Krabathor, death metal, Progresja Cafe, Thunderwar, Deceiver Of The Gods

W nowej Progresji, na koncercie na dużej scenie byłem już dwa razy, ale ponieważ nie pisałem relacji to teraz jest okazja, żeby przybliżyć trochę prezencję samego klubu, tym bardziej, że przy każdej wizycie napotykam na spore zmiany. Obecnie żeby dostać się na teren koncertu, trzeba przejść przez Progresja Cafe. Tak więc do klubu wchodzi się bez biletów i żadnego sprawdzania. Tak można dostać się na pierwsze półpiętro gdzie również są stoliki i wygodne fotele. Stamtąd jest już blisko do sali i bardzo dobrze słychać, więc jak ktoś nie ma kasy na bilet to zawsze może sobie zamówić jakieś dobre czeskie piwko i posłuchać koncertu za darmo:)

 

Sala jest wielka i przed nową Progresją otwiera ogromne możliwości. Bardzo lubiłem stary klub, ale ten jest jeszcze o piekło lepszy. Jest znacznie więcej przestrzeni, co pozwala unikać strasznego ścisku, który towarzyszył wyprzedanym koncertom w starej miejscówce. Duży bar, z kilkoma stanowiskami powoduje także, że nie ma problemów z kupnem napoi. Również lokalizacja jest znacznie lepsza i żeby dotrzeć do nowej Progresji nie trzeba opuszczać cywilizacji co jest szczególnie ważne w powrotna drogę. Słabo natomiast jest rozwiązana kwestia palarni. Z opaskami można było schodzić do Progresja Cafe, ale bez możliwości wyjścia na ogródek. Palarnia znajduje się w zaułku na górze, gdzie nie otwierają się okna i nie ma żadnej wentylacji. Powoduje to straszną siekierę i cały smród papierochów rozprzestrzenia się na dół nękając niewinnych ludzi. Myślę jednak, że to jest jeszcze przejściowe rozwiązanie i zostanie zmienione. Ogólnie to dostrzegam same plusy (no może poza ceną piwa 10zł za 0,5l) i bardzo się cieszę, że powstało takie miejsce. Na pewno spędzę w nim wiele fajnych chwil.

 

Pierwsze co zrobiłem po wejściu do klubu, to odwiedziłem stoiska. Niestety to Amon Amarth nie oferowało żadnych płyt więc odszedłem z kwitkiem. O wiele więcej działo się w obozie Hypnos. Były i nowości i starocie, zarówno Hypnos jak i Krabathor, w dodatku na płytach i na kasetach. Kupiłem sobie nowy Hypnos i stare splity Hypnos/Internal Maze i Krabathor/Groinchurn na kasetach. Fajnie, że mieli coś takiego. Ja lubię takie zapomniane ciekawostki. W dodatku w cenie jednego piwa:)

 

Gdy zaczął grać Thunderwar sala była już dość konkretnie zapełniona. Zastanawiałem się nad repertuarem, bo jak na razie cały ich dorobek liczy sobie cztery kawałki. Na szczęście mieli w zanadrzu więcej materiału i w pełni wykorzystali swoje pół godziny. Zespół prezentował się konkretnie i też konkretnie rozgrzał atmosferę. Pod sceną nawet zakotłowały się jakieś kłaki, ale hitem było pojawienie się ekipy nastolatków, którzy niezwłocznie ruszyli do boju. Patrzyłem na to z pewną taką nostalgią i przypominałem sobie, że przecież dwadzieścia lat temu też taki byłem. Nie ważne kto gra i co, ważne, że to jest kurwa metal i to wystarczy, żeby machać banią, przepychać się, kręcić kołowrotki, młynki i inne wygibasy. A więc nie tylko hip-hop, emo i inne nie wiadomo co, tylko rodzą się jeszcze nowi metalowcy. Tak, metal jest wielki i nigdy nie zginie.

 

Wydaje mi się, że Hypnos nie wywołał jakiegoś wielkiego zainteresowania. Porównując z tym co działo się później to jakiegoś wielkiego szału nie było. Ja jednak czekałem na ten występ i się nie zawiodłem. Hypnos zagrał dobry koncert, oparty przede wszystkim o nowy materiał. Ze starych numerów było na pewno „In Blood We Trust’ i chyba jeszcze dwa kawałki, ale nie kojarzę tytułów. Zabrakło mi natomiast, moim zdaniem, największego hiciora Hypnos, czyli „Infernational”. Młodzież szalała cały czas, a grono ruszających się trochę się powiększyło. Ja również, jeszcze trochę niemrawo, ale popodrygiwałem. No, ale nie jest to komfortowe bycie dziesięć lat starszym od najstarszego. Jeszcze trochę i w ogóle zacznę wzbudzać sensację:)

 

Na Amon Amarth publiczność oszalała od samego początku i ta euforia trwała przez cały koncert. Oczywiście były momenty, kiedy falowała chyba cała sala, szczególnie przy niektórych starszych piosenkach. Zaczęli jednak od dwóch kawałków z nowej płyty. Na początek „Father Of The Wolf” i jako drugi „Deceiver Of The Gods”. Ogólnie z tego albumu było sześć utworów, więc jeszcze “As Loke Falls”, „We Shall Destroy” „Blood Eagle” i “Warriors Of The North”. Jako trzeci pojawił się “Death In Fire”, którego zabrakło na poprzednim koncercie w Warszawie. Wszystkiego nie wymienię, ale panowie zaserwowali nam między innymi takie hity jak „Guardians Of Asgaard”, „Varyags Of Miklagaard”, „Destroyer Of The Universe” czy „War Of The Gods”. Apogeum dobrej zabawy było na końcu, kiedy po krótkim zejściu ze sceny zaserwowali swoje popisowe dania, czyli „Twilight Of The Thunder God” i „The Pursuit Of Vikings”. Skakali i śpiewali chyba wszyscy, było też wyciszanie instrumentów i Johan zachęcał do gromkiego śpiewu mówiąc, że jak ktoś nie zna tekstu tu niech udaje, bo to w końcu jest death metal i słowa nie są tutaj najważniejsze.

 

To był bardzo udany wieczór w Progresji. Do domu wracałem jak zwykle zmęczony i poobijany, ale, co najważniejsze, zadowolony.

Komentarze
zsamot : Podobnie Wujas to widzę, jak było w Poznaniu. ;) Pozdrawiam!!!
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły