Astheria
Siedem minut po północy
Opowiadania :

Żniwiarz dusz

Żniwiarz dusz, opowiadanie

Rozcieńczona krew spływała po emaliowanej, beżowej umywalce wprost z rąk pochylonej nad kranem sylwetki niewysokiego mężczyzny. Sarkastyczne "umywam ręce" wieńczące każdy z tych koniecznych rytuałów tradycyjnie wypełniło na kilka chwil i tak już dość zgęstniałe powietrze kawalerki. I ten uśmiech w lustrze – namacalne odbicie kolejnego sukcesu, jak podpis pod mechanicznie przeżywanym życiorysem. Zupełnie potrzebna kropka nad "i", bez której autor pogubiłby sens. Do tego dopuścić znów nie mógł.

Ten raz pamiętny teraz staje mu przed oczami, zbyt krótka migawka na retrospekcje, wcielona w rolę wieczystej przestrogi macha wskazującym palcem do lustra śląc różowe krople na całą łazienkę. Zmyje to później, ustępując miejsca dobijającemu się do wąskich, nieco krzywych nozdrzy zapachowi gotowanej fasoli. Posiłek – choć już niezbyt rytualna to czynność, zdaje się dobrym podsumowaniem dobrze wykonanej roboty.


Gdzieś między przedostatnim a
ostatnim ziarnem poczuł lęk. Niezdolny zaskoczyć niczym nowym,
wierny druh nocnych wypadów wpadł przypomnieć jak nieostrożny
był tym razem. Pytanie "co jeśli ją odratują" było tu
głupawym kawałem, może nawet lekko niestosownym, ale jednak żywa
– nie żywa, widziała jego twarz. To wszystko przez
wszechogarniającą rutynę. Chciał czegoś nowego, przecież jest
jeszcze młody, przecież wyjątki potwierdzają regułę, przecież..
był tylko człowiekiem. I ten istotny fakt z przeszłości mógłby
tym razem się przydać, jakoś uzmysłowić "górze", że
jeśli nawet było to błędem, to błędem jak najbardziej możliwym,
a nawet prędzej czy później niemal pewnym. A jeśli jednak nie,
jeśli wiedzą lepiej to "ziemia nie jedno życie w jaskiniach
swych trzyma" – jak mawiał mu dziadek. Mogli więc wybrać
lepszy materiał, przewidzieć, zapobiec, ale nie chcieli. Teraz za
późno, co się stało - się nie odstanie.


Więc widziała jego twarz. Oczy
szaro-zielone, w nocy zwykle bardziej zielone, co zauważył
przypadkiem z deszczem na plecach. Wargi dość pełne jak na faceta,
policzki nienagannie pozbawione zarostu i w ogóle ten zwarty gmach
mięśni mimicznych akurat składających się w kształt wyrażający
fascynację, podnietę i sumienność zarazem. Lecz to nieważne, to
mogła widzieć, przypuszczał nawet że pod tym względem pierwsza
nie była. Ale tym razem i on to zauważył. Moment epicki
oddzielania duszy od ciała, więc śmierci zwyczajnej właśnie
trwającej lecz nieuniknionej wyrwany z kontekstu tępym kontaktem
źrenic obojga. W takich chwilach wiele przestaje mieć znaczenie, by
nikłe przejawy najdzikszych emocji mogły się spełnić na planie
powstałej pustki. Niesforne, puszczone samopas zwarły łańcuchem
po jednym ich zmyśle by silniejszy wlewać mógł gniew i nienawiść
lub lepiej "zło" w tego słabszego. Chwile niepoliczalne
żadną jednostką, przerwał dopiero słony posmak. Łez ślady i
smak, zdolne otrzeźwić tym razem stały się zaledwie nakazem by
kończyć flirt oczodołów. Zawstydzony nowym zjawiskiem niczym
amator bez prawa do światowych objawień, zbiegł chichocząc i
łkając na przemian. Dopiero tutaj, w malutkiej łazience zdołał
odnaleźć sensowny ciąg przyszłych wydarzeń, już rutynowych, na
wszelki wypadek.


Jednak to było za mało. Ziarnko
fasoli ozięble zapomniane dosychało pasywnie na sztucznej
porcelanie, być może czekając aż młody filozof dojdzie do
wniosków ignorujących w końcu to co historia zabrała. Tymczasem
on słuchał sam siebie by kłócić się z myślami. Kiedyś gdy
jeszcze brał leki, gdy skąpy zastęp tak zwanych znajomych wpychał
go z rzadka w świat w wersji normalnej obiecał sobie, że to będzie
jego sekret. Że to jedno pozostawi sferze najintymniejszej, by w
razie utraty wszystkiego co dała mu świadomość, to jedno mieć
tylko dla siebie. Minęły lata od tamtej pory. Co najmniej dwa, bo
tylu sam jestem świadkiem. Wiele ciał ułożył w mogiłach, wiele
dusz skompletował, wiele pieniędzy przypadkiem włożył w
kieszenie kapłanów i oto dziś w nocy wszystko wytarte jednym
jedynym przypadkiem. Nie, nie żałował – nie wiedział czego by
mógł i to go najbardziej trapiło.


Analiza zaprowadziła go raz jeszcze na
oszronione pola za szpitalem psychiatrycznym. Zdezelowanym golfem
"dwójką" właśnie dojeżdżał oczami pamięci do celu.
Mechanizm stacyjki poddał się kluczykowi i w dwie minuty później
zapada idealna cisza. Szybko ogarnął wzrokiem niejaką Samantę lat
19 – wciąż była pod wpływem leków. Wyrzucił ciało na
oszronione liście trawy jednak nie osiągnął zamierzonego celu.
Zdjął kurtkę, czapkę i buty ze skarpetkami z ciała dziewczyny,
spokojnie przystępując do "oklepu" policzków. Udało
się, powolnie ale z widokami na sukces przytomność wspinała się
po drabinach wiązań barbituranów aż wreszcie zajęła należne
jej miejsce. Sakramentalne i jakże zabawne "umrzesz jak choćby
drgniesz", zabawne zwłaszcza na 4-stopniowym mrozie by
spokojnie móc związać wciąż nie bardzo zorientowaną blondynkę.


"Ciało skrępowanej kobiety
przypomina kokon z którego rodzi się piękna istota. Nim wyjdzie na
świat musi się jednak przezeń przebić. Motyl nie wspomina dawnego
więzienia, więc i Ty nie wracaj do więzień z których wyzwalasz
dusze".


Żaden uczony ani też guru-fanatyk nie
byłby w stanie go do tego przekonać, ta prosta zasada siedziała po
prostu gdzieś w jego podświadomości, pierw jednak zdołała
ewoluować w zdolną parafrazę skonstruowaną pod jak to się mówi
"zwyrodnialca". Miał ich jeszcze kilka jednak ta była
najwięcej problematyczna, przynajmniej z początku gdy dzienne
koszmary spowalniały realizację zleceń. Teraz jednak to była
błahostka, kolejny niewytłumaczalny absurd dla skostniałych
uczuć.


Wydobywając esencje życia zaklętą w
jękach, krzykach, błaganiach powoli przebijał się przez
obmierzły kokon i.... właśnie bez warunkowanego czasem porządku
nagle wyrasta obraz posiniaczonej twarzy z zakrzepniętymi strużkami
krwi sięgającymi aż za usta, przemieszanej z zastygłymi łzami i
całym tym brudem – ubocznym akcentem radosnego procesu. Cóż go
urzekło w tym obrazku? Co namnożyło tej wątpliwości która teraz
w podzięce mnoży mu myśli wewnątrz umysłu? Kłęby wręcz bałwany
gęstniejących hipotez, wniosków, argumentów i rubasznych fantazji
wreszcie znalazły tę scenę gdy wszystko mieniło się wielką
eksplozją. To iskry w tych oczach, nie obojętnie łaknące ujrzeć
przed końcem cokolwiek, lecz usilnie pragnące ujrzeć właśnie
jego. To go zmusiło by zdjąć czarny kaptur, by się pochylić i
szeptem przekazać "parę słów o sobie". Zwyczajnie
prostych rodem z pierwszego roku szkolnego gdy integracją był
werbalny komunikat kim się jest, już bez potrzeby wycieczek "po
co" i "czy taki zostanę". Ta adnotacja w pamięci
dziewczyny złamała barykady latami stawiane, przesunęła granicę
śmiałości o następny krok.


Ważne – nieważne, przecież "ludzie
się zmieniają". Tyle że to te zmiany zmieniają wszystko.
Miał tu na myśli szefów i ich stosunek do przemądrzałych kroków.
Coś się zmienić musi – czuł to pod skórą. Ostatnio gdy raczył
wzbogacić asortyment narzędzi zwiększyło się zapotrzebowanie.
Ach cóż za szczęśliwiec! Właśnie przypomniał sobie o tej
drobnostce skąpanej w rutynie. Analogie zawsze traktował jako
jedynie prawdziwy sposób interpretacji tego co spotkał, spotkało i
musi spotkać jego osobę. "Więc pewnie znów limit się
zwiększy" – pomyślał i bez namysłu podpisał wniosek
uśmiechem. Fasoli ostatniej nie dojadł,wtłoczona wodą z
kuchennego kranu gdzieś w hydraulicznym galimatiasie utonęła w
rozcieńczonej krwi. Teraz i talerz był czysty, tylko powietrze
nadal nadmiernie zgęstniałe, jakby niechętnie karmiło żniwiarza.
Z niekłamaną odrazą i ono miało swój cel i zlecenie, póki on
musiał i ono musiało.

Komentarze
Panekx : rozpocznie się wrzawa i pozoga , ludzie wyjda na ulice nie tylko laknac sprawiedliw...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły