Wracać wciąż do domu Le Guin
Castle Party 2020
Recenzje :

Underdark - In The Name Of Chaos

Ów album nie jest czymś, co pojawiło się na rynku w ostatnich dniach, bądź miesiąc temu. Materiał ten został już ochrzczony. Nie tak dawno minął rok, odkąd płyta ta zasiliła polską scenę. W natłoku wydawnictw, które się ukazują warto odpowiedzieć na pytanie: w jaki sposób zasiliła tę scenę? A może jest to album na skalę europejską, czy też nie?

Instrumentalne "Preludium Preolium" jako intro wyposażone jest w pewną dawkę patosu, którego raczej nie ma w następnych utworach. Gwoli wyjaśnienia - Underdark nie gra epickiego viking metalu (gdzie patos jest obecny niemal na każdym kroku), ale death metal. Jakkolwiek mamy tu do czynienia z dźwiękami wykrzesanymi z wiolonczeli, basu, gitary i perkusji, czyli z instrumentów standardowych jak na płytę metalową. Partie instrumentalne z "Preludium..."  jednak tworzą tutaj  wielce pogodny klimat na wstępie.

Dalej nie jest już tak delikatnie. "Gospel of Netherworld" to już początek ciężaru. Ciężar zdefiniowany w taki właśnie sposób jest zarazem dowodem na to, że temu zespołowi z Przemyśla nie po drodze jest ze strukturą utworów oldschoolowego death metalu. Mamy tutaj bowiem liczne zmiany tempa, rytmu. Są tutaj blasty, jest szybko, średnio szybko, a nawet w pewnym momencie doomowe zwolnienie, które następuje po ciekawej i dopasowanej niemal jak ulał solówce. Podobną konstrukcję utworu mamy także w "World Reframed" - trzecim utworze. Wartym uwagi jest tutaj również motyw klawiszy. Można by rzec, iż są gdzieś ukryte, niesłyszalne dokładnie, aczkolwiek z pewnością kawałek ten nie byłby aż tak bogaty, gdyby ich nie było.

Utworem, który poniekąd odstępuje od motywów, które przeważają na "In The Name Of Chaos", jest "Monument of Hypocrisy". Jest utrzymany w nieco wolniejszym i  w porównaniu do innych pozycji tego albumu, w miarę stałym tempie. Dla słuchacza jest to "chwila zaczerpnięcia powietrza", dla zespołu natomiast czas przedstawienia do pewnego stopnia uproszczenia. W skali całej płyty jest to przydatny rodzaj urozmaicenia. Padają tutaj również słowa (niejedne oczywiście i nie tylko w tym kawałku), które w dość zrozumiały sposób przedstawiają poglądy artystów - `Vatican Is Monument Of Hypocrisy`.

Przyznam, że od zawsze popierałem koncepcję umieszczania na albumie utworu instrumentalnego. Zazwyczaj przyciąga to uwagę słuchacza w kierunku umiejętności technicznych danych instrumentalistów. Tak jest oczywiście i w tym przypadku. Dodatkowo możemy sprawdzić, jak panowie bronią się bez wokalu. W albumie oprócz pozostałych, ważna jest oczywiście ostatnia kompozycja, a dokładniej, istotne jest to, czy w odpowiedni sposób zamyka koncept płyty. W "God Killing Coup The Grace" są przeplatające się ze sobą momenty wolniejsze, rozpędzone, po to, aby pozornie zakończyć całą tę operację muzyczną powolnymi, melancholijnymi partiami gitar, a po nich (tak, jak w intro) motywem wiolonczelowym. Następuje wyciszenie i wydawać by się mogło, koniec... Po długiej ciszy następuje tu jednak uderzenie solidnej ściany ekstremalnego dźwięku. Znów mamy ten sam zespół, który żyje, oddycha swoimi dźwiękami, dodatkowo wzbogaconymi o partie gitar akustycznych. W końcu jednak w sposób dynamiczny ta rozbudowana czasowo (13:45) kompozycja kończy się. Można by rzec, iż cisza w tym kawałku w niezwykle  profesjonalny sposób została wykorzystana jako nieodłączny element, rodzaj pewnego riffu gitary, basu, partii perkusji, śpiewu.

Ten 4-osobowy zespół potrafi w ciekawy sposób zaszczycić swoją techniką, zarazem nie spuszczając z tonu w kwestii ekstremalności, ciężaru. Właściwie partie wszystkich instrumentów ujętych na płycie zasługują na uwagę, lecz na przód zdają się wybijać gitary. Oprócz ciężaru, który regulowany jest m.in. przez ten instrument - Drizzt i Spider z czystą finezją potrafią oddać pewną dozę melodyjności, a innym razem z kolei rzęsiście przyłoić, sprawiając, iż ekstrema zdaje się sięgać zenitu. Podobnie jest oczywiście z perkusją i basem. Bębny wraz z blachami różnicują tempo, niejednokrotnie zmieniają rytm, przez co, jak już wspominałem, jest tutaj miejsce na blasty, szybkie tempa, ale i na zwolnienia. Bass trzyma rytm bez zarzutu. W pewnym momencie pojawia się też motyw chwilowego wyciszenia wszystkich sekcji, gdzie jedynie bas ciągnie się tutaj tajemniczo. Sekcja wokalna to z kolei głęboki growl Dyvana i skrzek Drizzta, które dość często występują "w parze" i nienajgorzej się uzupełniają. Minusem tego dzieła jest "niedokończona(?) perkusja" w intrze. A może to ja nie zrozumiałem tej małej koncepcji?

Ponieważ "In The Name Of Chaos" jest albumem niezwykle złożonym, wywody te mogłyby trwać w dziką nieskończoność. Tak się jednak składa, że żadne słowa w żaden sposób nie są w stanie opisać tego, jakim majstersztykiem jest ta płyta. Mamy tu do czynienia z wątkiem, zwanym death metalem, który jest trafnie rozpatrywany na wiele sposobów. Polecam tę płytę wszystkim: fanom techniki, jak i tym, którzy szukają w death metalu ekstremy - każdy znajdzie coś dla siebie. Przemyśl zyskał swoją muzyczną dumę. Panowie, więcej takich płyt!

ocena:9/10

Tracklista:

01. Preludium Proelium
02. Gospel of Netherworld
03. World Reframed
04. The Path
05. Monument of Hypocrisy
06. In the Name of Chaos
07. Manifestation of Denial
08. Black Accomplishment
09. Rebirth
10. God Killing Coup De Grace

Wydawca: Psycho Records (2010)

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły