Wracać wciąż do domu Le Guin
Zadra
Recenzje :

Soulfly - Prophecy

Nie ma co ukrywać, że Max Cavalera legendą muzyki metalowej jest i basta. Są ludzie, którym się jego twórczość podoba, ale i są i tacy, którzy omijają ją z daleka szerokim łukiem. Jak ze wszystkim. Moja skromna osoba zalicza się do tej pierwszej grupy, aczkolwiek nie pozostaję bezkrytyczny dla poczynań muzycznych tego sympatycznego Brazylijczyjka.

Kiedyś, za czasów liceum, gdy kończył się jeden z moich ulubionych zespołów – Sepultura (tak, tak, twierdzę Max to Sepultura, a Sepultura to Max), poczułem pustkę. Stało się tak, ponieważ zespół poszedł w bardzo złym jak dla mnie kierunku. Chodzi mi tutaj o płytę „Roots”, która miała być czymś wielkim w karierze kwartetu z Sao Paulo, a okazała się jednym wielkim muzycznym rozczarowaniem i nieporozumieniem. Droga jaką poszedł ten zasłużony band w zupełności mi nie odpowiadała. Potem odszedł Max i wszystko szlag trafił.

Jako, że muzycy (przeważnie) nie lubią tkwić w muzycznym niebycie, kilka miesięcy po opuszczeniu swojego pierwszego poważnego projektu Max założył nową grupę - Soulfly. Z nowymi muzykami kontynuował kierunek jaki obrał na płycie „Roots”. Jak już wspominałem, nowa droga muzyczna jaką obrał starszy z braci Cavalera nie przypadła mi do gustu, toteż po Soulfly’a sięgnąłem niechętnie (raczej z „musu”). Zawartość debiutu jak i dwóch kolejnych płyt („Soulfly”, „Primitive”, „3”) nie była dla mnie zaskoczeniem, tak więc (o ile mnie pamięć nie myli) odstawiłem je po kilku przesłuchaniach.

Nastał rok 2003 i pomimo poprzednich rozczarowaniach związanych z albumami tej brazylijskiej formacji postanowiłem dać im jeszcze jedną szansę. Była to, jak się okazało, bardzo dobra decyzja z mojej strony, albowiem przeszła by mi koło ucha naprawdę świetna, jeśli nie rewelacyjna pozycja. Czwarte wydawnictwo Soulfly’a - „Prophecy” - zaskoczyło mnie, jak i szeroką liczbę fanów zespołu, w sensie jak najbardziej pozytywnym. Zapewne doszło do sytuacji, w której stracili pewne grono słuchaczy, ale zyskali o wiele większe nowych.

Ten album można śmiało nazwać przełomowym w dotychczasowej karierze grupy. Bardzo duży wpływ na taką ocenę (i wartość muzyczną) miało przyjęcie do składu Marca Rizzo (wybitnego i jakże utalentowanego gitarzysty), który to wniósł dużo kolorytu i urozmaicenia w twórczość Soulfly. Kompozycje Brazylijczyków nabrały świeżości i co najważniejsze przestało wiać od nich muzyczną nudą.

Nowy muzyk zespołu wprowadził multum urozmaiceń w kompozycje grupy. Przez to nie można w tym wypadku powiedzieć, że „Prophecy” to metal. Płyta wymyka się z ram gatunku ogólnego. Słuchacz poznaje zespół jakby od nowa. Na owym albumie można dostrzec elementy/wpływy folkloru, flamenco („Porrada”), thrashu („Living Sacrifice”, Defeat U”, „Moses”), latino („Mars”, „I Believe”) czy chociażby regga’e („Mars”, „Moses”) – wszystko to zostało umiejętnie połączone w jedną całość, w czym zasługa całego zespołu.

Nie będę ukrywał, że już od pierwszych dźwięków jakie wyszły z mojego odtwarzacza po załączeniu tejże płyty wiedziałem, że będzie to świetny, a wręcz doskonały album. W moim odczuciu widać, że zespół tym razem poważnie przyłożył się do pracy, a co za tym idzie urozmaicił swoje utwory w bardzo szerokim stopniu.

Płyta pełna jest różnego rodzaju gitarowych smaczków (Rizzo), które ukryte są gdzieś z tyłu i które to uważny słuchacz z pewnością zauważy. Marc w jakże znakomity sposób bawi się gitarą (co potwierdza znakomite umiejętności muzyka). Album jest stosunkowo szybki, ale jako że w przypadku Soulfly’a nie można pędzić cały czas do przodu i trzeba czasem odpocząć pojawiają się zwolnienia, które są pod postacią w/w gatunków muzycznych jak flamenco czy regga’e. Zespół często stosuje swoiste pomieszanie stylów, co jest jak najbardziej in plus w tym wypadku.

Na opisywanym albumie ciężko znaleźć oprócz tytułowego „Prophecy” stricte metalowy numer, albowiem Max Cavalera jako szef bandu postawił na tym lonplay’u na bardzo szerokie muzyczne urozmaicenie, co jest/było bardzo trafnym posunięciem. Muzyczny i stylowy miszmasz dopełniają dwa ostatnie kawałki. Pierwszy z nich to kontynuacja z poprzednich płyt zespołu, mianowicie instrumentalny „Soulfly IV”, tym razem opatrzonym numerem 4. „Wings” zamykający całość to po prostu ładna piosenka z fajnym damskim wokalem. W/w kawałki łączy jedna rzecz – nie ma tu metalu za grosz, co po raz kolejny świadczy o wysokim kunszcie muzycznym, jak i o bardzo dobrym warsztacie kompozycyjnym członków zespołu.

Reasumując. Dwanaście utworów dających niespełna godzinę fantastycznej muzyki zagranej z wielką pasją, zaangażowaniem, energią i co najważniejsze muzyki, która się w żadnym stopniu nie nudzi.


Ocena: 10/10

Tracklista:

01. Prophecy
02. Living Sacrifice
03. Execution Style
04. Defeat U
05. Mars
06. I Believe
07. Moses
08. Born Again Anarchist
09. Porrada
10. In The Meantime
11. Soulfly IV
12. Wings

Wydawca: Roadrunner Records (2004)


Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły