Castle Party 2018
Paradoks
Opowiadania :

Sabat

Sabat

Wieś spała. Chłopskie chaty stały ciemne i ciche, chroniąc w swoich rozgrzanych wnętrzach zmęczonych dzienną harówką ludzi. Księżyc oświecał słomiane dachy domów, a jego promienie układały się na strzechach srebrną falą.

Wybiła północ. Słodko chrapiąca do tej pory Dominikowa obudziła się na swym legowisku. Starucha otworzyła naprzód prawe, potem lewe oko, po czym przeciągnęła się jak kotka, kiedy chce zrzucić z siebie sen. Z niezwykłą dla kobiety w jej wieku chyżością ześlizgnęła się z wyrka i nie zapalając ogarka ruszyła w ciemność chaty. Poruszała się z wielka pewnością i gracją, omijając stojące na jej drodze sprzęty i bezbłędnie kierując się ku stojącej w rogu chaty malowanej skrzyni.

Dębowy kufer towarzyszył jej na różnych drogach życia i chował w sobie ubogie skarby: zasuszony wianek ślubny, odświętny przyodziewek, trzewiki, ciepłą zimowa szubę i chudą kiesę, w której postukiwały srebrne półgroszaki. Jego wnętrze kryło jeszcze jeden przedmiot, o istnieniu którego wiedziała tylko starucha. Była to malutka buteleczka wypełniona tajemniczą maścią, uzyskaną podobno z trupiej tłustości, trujących ziół zebranych z grobu samobójcy i krwi czarnego kota. Za posiadanie tego specyfiku groziła śmierć na stosie.

Stara zgrabnie wyłuskała buteleczkę z mrocznego wnętrza skrzyni, ucałowała ją z czcią, po czym zaczęła pośpiesznie zrzucać z siebie porwane łachy i nacierać swoje zwiędłe ciało odrażającą maścią. We wnętrzu chaty rozszedł się duszący zapach ziół, zaś starucha zaczęła zmieniać swoją postać. Wyprostowały się przygięte do ziemi plecy, skóra nabrała blasku a członki spreżystości. W odmłodzonej twarzy zabłysły czarne oczy, a ramiona pokryła fala ciemnych jak krucze pióra włosów. Na środku biednej izby stała młoda, ponętna kobieta.

Odmieniona Dominikowa zakręciła się po chacie, porwała z kąta starą miotłę i dosiadłszy jej okrakiem ruszyła przez otwarte okno w noc. Kierowana pewną ręką miotła wzbiła się w ciemne niebo, po którym płynęły już na sabat okoliczne wiedźmy.

Czarownice pozdrawiały się w locie, wymieniały między sobą ploteczki, przerzucały się żartami i sprośnymi piosnkami. Wszystkie były młode, piękne, wesołe i spragnione rozrywki. W powietrzu głośno niosły się ich chichoty, śmiechy i wrzaski. Wiatr różowił ich policzki i rozwiewał włosy, a one cięły przestrzeń jak klucz żurawi, kierując się ku widniejącej na horyzoncie Łysej Górze.

Tam na nocne podróżniczki czekała już czereda diabłów i potępieńców pod przewodnictwem grzesznego opata z pobliskiego klasztoru. Gdy piekielna czereda dojrzała zbliżające się wiedźmy wzniosła tak przerażający hałas, że doleciał on aż do mieszkańców trzeciego nieba. Wybudzone ze snu anioły zrywały się ze służących im za łóżka różowych chmurek i zanosiły modły do świętej Genowefy o uciszenie piekielnych wizgów.

Tymczasem na Łysej Górze zapłonęło ognisko, na którym piec się miały tuszki zarżniętych świń, baranów oraz niewinnych dzieciątek. Co pomniejsze demony toczyły pękate beczki z piwem i winem, zaś czarownice wraz z diabłami ruszyły w dziki tan wokół płomieni. Rozochoconym biesiadnikom przygrywała na instrumentach z trupich piszczeli piekielna orkiestra. Cała Łysa Góra poddała się szalonej zabawie.

Wtem przygasł blask ogniska i wśród roztańczonych dzieci nocy pojawiła się nowa postać. Był to młody czarnowłosy mężczyzna, ubrany w gustowny, ciemny strój, przepasany krwistoczerwoną szarfą. Nieznajomy został natychmiast rozpoznany i w noc poniosły się radosne okrzyki na jego cześć: "Radujmy się! Nasz Pan jest wśród nas!"

Rozczulony tymi jawnymi objawami czci Lucyfer słał dookoła łaskawe uśmiechy i rozglądał się w poszukiwaniu najgładszej wiedźmy, by zaszczycić ją wspólnie spędzoną nocą. Każda z czarownic, które miały szczęście znaleźć się akurat na Łysej Górze, chciała zostać przez niego wybrana. Łasiły się więc do piekielnego władcy niczym kotki, kusząc go namiętnym szeptem, bielą piersi lub gładkością nóżek. A jednak to najskromniejsza z nich - Dominikowa, przyciągnęła uwagę Lucefera. Diabeł, zniesmaczony snadź zabiegami natarczywych wiedźm zwrócił swe oko ku wdzięcznej czarnowłosej filutce, stojącej cichutko na uboczu. Na znak swojego wyboru podszedł do Dominikowej, położył wypielęgnowaną rękę na jej lewj piersi i głośno wyrzekł: "Wybieram ciebie na moją małżonkę".

Na te słowa wszczęła się wrzawa wśród piekielnej czeredy: czarownice klaskały w dłonie, diabli zaś tupali kopytami w ziemię i z uciechy wyli. Ogłuszona hałasem Dominikowa wtuliła się w silne ramiona Lucefera i zajrzała w jego czarne oczy, czytając w nich obietnicę piekielnych rozkoszy. Diabli władca przygarnął swoją wybrankę do piersi i wzleciał w niebo, niosąc ją ku uścielonemu na szczycie góry łożu z mchu.

Dominikowa, drżąca z radości i niepokoju, przeżywała podczas lotu największe uniesienie w swoim życiu - oto ten, którego czciła od osiemdziesięciu lat, wyznaczył ją na swoją nałożnicę. Jaki będzie, gdy zostaną sami? Czuły i namiętny, czy też gwałtowny i niepohamowany?

Ze słodkich rozmyślań wyrwały ją czyjeś głosy:

- "No co tak długo?"

- "Dawaj ją do nas, a chyżo!"

- "Piękna sztuka!"

- "Chodź bliżej ślicznotko!"

Rozogniana jeszcze przed chwilą  miłosnymi marzeniami czarownica ujrzała z niemałym przerażeniem, że łoże miłości, na którym miały się odbyć jej gody z Lucyferem, nie jest puste. Rozsiedli się na nim piekielni wielmoże: Belial i Azazel, którzy oblizywali się lubieżnie na jej widok. Biedna wiedźma zdążyła tylko jęknąć z przerażenia, gdy została wyrwana z ramion Lucyfera i rzucona na łoże, na pastwę trzech nienasyconych diabelskich członków. Piekielnicy, doświadczeni w cielesnych bojach, wzięli nieszczęsną młódkę w trzy ognie, wnet znajdując zastosowanie dla jej różanych usteczek, niewieściego przyrodzenia i słodkiej dupki. Nawet w najśmielszych snach Dominikowa nie wyobrażała sobie, że można przeżyć tak intensywną noc. Diabły wykazały się niespożytą energią i nie dały biednej kobiecie spocząć aż do rana.

Gdy zapiał kur Lucyfer wraz z Belialem i Azazelem umknęli do piekła, jeszcze w locie rzucając swojej kochance lubieżne spojrzenia. Dominikowa została sama na szczycie góry. Umęczona nocną przygodą wczołgała się pod krzew leszczyny i przespała w jej cieniu cały dzień. Wieczorem powlokła się, ledwie powłócząc nogami, do swojej wsi. Pomimo tego, że znów była starą babą, w myślach widziała się piękną młódką. W głowie wirowały jej marzenia o następnym sabacie.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły