Lem
Maddaddam
Relacje :

Prong, Steak Number Eight, Man Machine Industry - Alibi, Wrocław (3.04.2016)

Prong, Man Machine Industry, Steak Number Eight, thrash metal, groove metal, industrial, post rock, post metal, sludge

Tommy Victor z zespołem Prong w historii muzyki zapisał się około ćwierć wieku temu. To głównie dzięki dokonaniom z tamtych czasów nazywany dziś bywa pionierem. Czy przez kolejne lata dokonał czegoś nadzwyczajnego, czy w ogóle nagrał jakąś istotną płytę, można dyskutować, ale mówi się, że na żywo jego grupa prezentuje się świetnie. W ramach "No Absolutes Tour 2016" polskiej publiczności dano tylko jedną okazję, żeby mogła się o tym przekonać lub chociaż sobie o tym przypomnieć. Plakaty, wspólne dla Prong i późniejszego o tydzień koncertu projektu Death To All, zapraszały do zabawy we wrocławskim klubie Alibi.


Supporty nie miały na scenie dużo miejsca. Zestaw perkusisty rozstawiono na jej środku, przy samej krawędzi, rozdzielając pozostałych muzyków na dwa skrzydła i zmuszając wokalistę do zajęcia pozycji z boku. Grupie Man Machine Industry nie zdawało się to jednak w żaden sposób odbierać energii ani zapału. Szwedzki wokalista, gitarzysta, lider, twórca i jedyny stały członek projektu, J. Bergman, robił dodatkowo wrażenie, jakby nawet dla najmniejszej liczby widzów był w stanie występować z maksymalnym zaangażowaniem. Bez oporów nawiązywał kontakt z publicznością, a na koniec zachęcał ją do wizyty w sklepiku i do wspólnego picia piwa. Parę razy okazywał też szacunek dla pozostałych zespołów, przede wszystkim Prong.

Promujące świeżo wydane "Box of Horrors" Man Machine Industry wykonało m.in. utwory "To a Blood Red Sky" - z nawoływaniem publiczności do unoszenia pięści - i "Aim! Hold! Fire!". Set zwieńczył początkowy riff z "Black Sabbath", zakończony diabolicznym śmiechem Bergmana. W trakcie owego outra basista zbiegł z instrumentem między widzów. Do kolegów ponownie dołączył już bez niego. Zaraz po nim to samo zrobił "wiosłowy" z drugiego skrzydła, on jednak dodatkowo, gdy wdrapał się z powrotem na scenę, miał na sobie wziętą od widza czapkę w formie tułowia z odstającą na długiej szyi głową flaminga. Pozornie wymiana nie była opłacalna, ale Bergman nie zawahał się głośno nazwać dzierżącego 6-strunowy instrument człowieka, będącego dotychczas jedynie odbiorcą muzyki, nowym gitarzystą zespołu. Rotacja w trakcie występu? To dopiero przykład niestałości składu.


Brent Vanneste, wokalista belgijskiego Steak Number Eight, przywitał nas uroczym, prawie stuprocentowo poprawnie wymówionym "Jesteście śliczni". Odnotowuję to jako pierwszy z zastosowanych przez zespół chwytów z dziedziny robienia wrażenia i nawiązywania kontaktu z publicznością, które łącznie złożyły się na zestaw o natężeniu znacznie powyżej przeciętnej. Już od początkowych utworów frontman stawał częściowo na odsłuchu, częściowo na ograniczającej scenę barierce, niepokojąco górując nad paroma osobami u jego stóp. Szybko poszedł o krok dalej: zeskoczył na widownię. Najmocniej szalejący odbiorca muzyki zareagował na to wturlaniem mu się pod nogi i już po chwili Vanneste grał na gitarze rozkraczony tuż nad nim. Później wokalista jeszcze co najmniej dwukrotnie zachęcał nas do podejścia bliżej, żeby - jak raz dodał - nie musiał schodzić do nas, i - choć kilka osób pod sceną się nieźle bawiło - ostatecznie rzeczywiście bez wahania lądował na jednym poziomie ze słuchaczami. Jakby te skoki były jeszcze za małą gimnastyką, w coraz bardziej kaskaderskie sposoby również wracał na podwyższenie, m.in. z przewrotem w tył i szczupakiem. Szczytem było wykonanie utworu "Dickhead". Wówczas Vanneste udał się z mikrofonem na statywie głęboko między widzów, a nawet wskoczył z gitarą paru siedzącym osobom na stół. Podczas tych wycieczek zdarzało się, że wypinały mu się kable, ale nie ujmowało to jego wykonaniu ognia. Poza nim uwagę sporadycznie przyciągał właściwie tylko perkusista Joris Casier, głównie w paru momentach, kiedy koledzy podawali mu kieliszki, z zapewne mocnym, natychmiast przyjmowanym trunkiem. Sama muzyka jednak również się broniła. W 40-minutowym, sludge'owo-postmetalowym secie znalazły się m.in. utwory "Exile of Our Marrow", "Black Eyed" i rozpoczęte szczekaniem wokalisty "Gravity Giants". Zespół nie zapomniał też zaprosić na swoje koncerty w połowie września - w Poznaniu i ponownie we Wrocławiu.


Rozbiórka sprzętu supportów, przede wszystkim zestawu perkusyjnego, zajęła trochę czasu, ale tym razem widzów do podejścia pod scenę nie trzeba było zachęcać. Tłumek się zebrał, jeszcze zanim z głośników rozbrzmiały pierwsze dźwięki intra w postaci "Earache My Eye" Cheecha i Chonga. Po jego zakończeniu na scenę wkroczył Tommy Victor z kolegami. Prong zaczął od "Ultimate Authority" z promowanego właśnie albumu "X - No Absolutes", ale zaraz potem cofnął się o ćwierć wieku - do nieodbiegającego zbytnio stylistycznie od swojego poprzednika utworu "Unconditional". W dalszej kolejności zebrani usłyszeli jeszcze takie kawałki, jak "Rude Awakening" i "Turnover", zaś z nowego materiału - m.in. "Sense of Ease", podczas którego pod sceną rozkręcił się solidny młyn. Publiczność do zabawy zachęcał nie tylko lider grupy, ale też basista Jason Christopher, który - zapowiadając bodajże "Lost and Found" - domagał się od zgromadzonych headbangingu. Jak na złość, ludzi ten muzyczny kawałek skłonił bardziej do podskoków. Victor natomiast w pewnym momencie kazał nam unieść w górę pięści. W ten sposób poprzedzone zostało "Whose Fist Is This Anyway?". Następnie zespół wykonał "Snap Your Fingers, Snap Your Neck" - jeden ze swoich najsłynniejszych utworów - zaś wokalista zapewnił, że kocha Polskę. Zakończony tym przebojem i oświadczeniem set podstawowy trwał minimalnie powyżej godziny. Na bis zaprezentowano nam jeszcze trzy kompozycje, w tym "Revenge... Best Served Cold". Widzowie, choć trudno nazwać ich szczególnie licznymi, odebrali całość bardzo dobrze - tercet może być z przyjęcia zadowolony.


Wszystkie trzy zespoły udowodniły, że wiedzą, jak należy się zachowywać na scenie. W porównaniu do prezentujących nieco unowocześniony thrash metal Man Machine Industry i Prong, postmetalowe Steak Number Eight okazało się jednak prawdziwą petardą. Już czekam na wrześniowy koncert Belgów. Mam nadzieję, że jako gwiazda zapewnią jeszcze lepsze wrażenia.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły