Zabawa w chowanego
Lem
Opowiadania :

Piętno IV. W kleszczach otchłani

horror, tragedia, demony, schizofrenia, dramatPobyt w psychiatryku zaliczyłbym do czystego koszmaru. Nie życzę go najzagorzalszemu z pośród nieprzyjaciół. Nowojorski szpital psychiatryczny stał się mekką dla przeróżnej maści pismaków. Nagłówki gazet przesycone były chwytliwymi hasłami dla spragnionych wrażeń poszukiwaczy zjawisk niewyjaśnionych. Policja staje się bezsilna. Kamery przemysłowe nie zarejestrowały żadnych podejrzanych ludzi. Ofiary w zadziwiający, by nie powiedzieć spektakularny sposób kończą swój żywot.

Sprawą zajęło się również
FBI. Federalni bezskutecznie próbują przypisać minione zbrodnie jednej z grup
okultystycznych działającej w obrębie U.S.A. Zdaniem ważniaków w garniturach
zjawiska zaistniałe w obrębie tego szpitala są dziełem grupy szaleńców
przeprowadzających jakieś bliżej nieokreślonych mordów rytualnych.  Złamali tak od system zabezpieczeń włączając w
to monitoring, by o konkretnej godzinie przeprowadzić egzekucje na personelu i
chorych, przykutych do łóżka, odurzonych i nie świadomych niczego. Nieodległa
historia tego miejsca przyciągnęła również rozmaitych przedstawicieli światka
ezoterycznych organizacji i badaczy zjawisk paranormalnych. W mym odczuciu
zwłaszcza Ci ostatni zdają się być odpowiednimi ludźmi  w odpowiednim miejscu. Żadna policja czy
tajniacy nie wyjaśnią tego zjawiska. To się powtórzy. Jestem tego pewien.
Koszmar trwa nadal. Był to największy atak demonów jaki kiedykolwiek przeżyłem.
Nie spodziewałem się, że skutki ciążącego na mnie piętna okażą się na tyle
poważne. Że pech, którego przyciągam odbierze życie wielu istnieniom naraz. 

Miałem nadzieję, szczególnie przy współpracy z Tweetym ( tak
zwykłem nazywać pieszczotliwie urokliwą panią doktor ) , że uda mi się
rozwiązać zagadkę tego fenomenu i zniwelować w sposób absolutny skutki mego
dzieciństwa. Choć raz w życiu zyskałem cień tej pieprzonej nadziei na normalne
życie. Chciałbym żyć jak reszta ludzi. Posiadać zwykłe, normalne problemy,
zajmować się pracą, malarstwem, wyskoczyć z ludźmi na piwo, nie myśleć o tamtej
stronie, ani o przeszłości przynoszącej gorycz i cierpienie.  Czy koniecznie muszę mierzyć się z czymś
wobec  czego jestem kurwa bezsilny. Nie
mam już sił podejmować rękawicy rzuconej przez smutną przeszłość i użerać z
bytami, których nie potrafię rozsądnie wytłumaczyć. Boję się każdego dnia. Boję
się o siebie i o ludzi w mym bezpośrednim otoczeniu. Nie mogę związać się z
kimś na dłużej z myślą, że to gówno odbierze jej to co najcenniejsze.  Nauka ani medycyna nie potrafią mi pomóc.
Żadne ludzkie środki nie odgonią ode mnie tych kreatur z zaświatów. Tweety
zaintrygował mój przypadek. Nie wyobrażała sobie takich wyników. Pomimo tego co
ujrzałem za pierwszym razem zgodziłem się na ponowne wejście w stan hipnozy. Za
każdym razem było tylko gorzej. Widziałem coraz więcej zła, z którego wyrosłem.
Opisy były tak niepokojące, iż w żaden logiczny sposób nie była w stanie
wytłumaczyć skąd u mnie ta zasrana schizofrenia ( tak, medycyna zakłada, że na
to właśnie choruję. Żadne przypisywane przez nich środki nie zdały egzaminu.
Natomiast ludzie, wokół których kręcą się moje rojenia błyskawicznie żegnają
się z tym ziemskim padołem ).  Metoda
hipnozy regresywnej jak stwierdziła urocza terapeutka nie zdawała egzaminu.
Jedyna rozsądna diagnoza przez nią wysnuta tyczyła się genezy stanów
depresyjnych i niskiego poczucia własnej wartości. No, ale to do jasnej cholery
nie rozwiązywało wcale głównego problemu. Wkrótce pożegnała się ze mną i
wyleciała do Europy, gdzie ma się całkiem dobrze.

Pamiętam ten zasrany wieczór. Godz. 22.00 Obchód
pielęgniarek i lekarzy. Pamiętam zawodzenia pewnej kobiety w sali nieopodal i
interwencje wykwalifikowanych psychiatrów. Jej problem z tego co zdążyłem się zorientować
polegał na usilnym przekonaniu w swoją misję na Ziemi. Przywiezioną ją tutaj ze
względu na samookaleczenia wynikające zdaniem lekarzy z silnego ataku depresji.
Rozmawiałem z nią wcześniej. W przeciwieństwie do lwiej części żyjących tu
warzywek jestem trzeźwego umysłu. Mam wyostrzone zmysły i wyczuwam różne
rzeczy. Nie znam się na sprawach wiary. Przyznam się, że jestem w tej kwestii
laikiem. Nigdy nie trzymałem w ręce Pisma, chyba, że z przymusu na zajęciach z
katechezy. Opowiedziała mi, że została wybrana przez Pana i została wytypowana
do wypełnienia niezwykle ważnej misji. Pokazała mi w ramach dowodu swych słów
okaleczenia na nadgarstkach i stopach. Utrzymywała, iż w darze od Boga
otrzymała stygmaty. Lekarze nie wierzą w te jak zwykli uważać brednie. Każdemu niewyjaśnianemu
zjawisku nadadzą zupełnie inny sens, opatrzą dziwnie brzmiącą nazwą choroby i skażą
takiego nieszczęśnika na resztę życia w obrębie szpitalnych murów.  Czułem wewnętrznie, że w tym co mówiła tkwi
jakieś ziarenko prawdy. Przed atakiem, po których szybko przewieźli ją do kliniki,
a później do psychiatryka doświadczyła przedziwnej wizji, w której ukazał jej
się właśnie ten szpital spętany w sieci czystego, niczym nieskrępowanego zła.
Jej misja polegała na ostrzeżeniu ludzi przed czyhającym niebezpieczeństwem i
poradzeniu im, by posłali po egzorcystów. Tu stanie się coś złego. Patrząc z
perspektywy tych dwóch lub trzech tygodni od tamtych wypadków jestem w stanie
uwierzyć tejże kobiecie. Stała się męczennikiem za wiarę.

Wszystko przebiegało normalnie, zaś przebieg dnia i wieczora
płynął naturalnym rytmem. Rutyna do porzygania. Myślę, że koło pierwszej lub
drugiej w nocy szpital żył spokojnym i błogim snem. W pewnym momencie poczułem
coś złego w powietrzu. Nie podobało mi się to. TO wracało. Stygmatyczka wcale
nie była obłąkana tak jak utrzymywał personel tego przytułku dla
nieszczęśników. Ona również nie spała. Coś było z nią w tej sali. Nie mogłem
oczywiście tego wiedzieć, ale czułem to. Nie wiem skąd, nie wiem w  jaki sposób, ale naprawdę przysięgam, czułem
to.  Po upływie paru minut ujrzałem to w
pełnej krasie. Przez drzwi szpitalne przeszły postacie. Smukłe, wysokie i
złowieszcze. Zebrały się wokół mego łóżka. Miałem ochotę krzyczeć. Zbudzić kogo
trzeba. Niech mi coś dadzą. Chciałem zasnąć. Dostać pierdolonego głupiego jasia
i po prostu zanurzyć się w otchłani błogiej nieświadomości. Demony przybierały
coraz wyraźniejszy kształt i formę. Po chwili ukazały mi się postaci
zakapturzone, z pustymi oczodołami. Ich skóra przywodziła na myśl poparzonej.
Ich długie kościste palce wskazywały na salę stygmatyczki. Jedna z bestii
dotknęła ręką mych oczu i ujrzałem…coś na kształt wizji. Jedyna rozsądna
kobieta leżała w kawałkach porozrzucana po całym pomieszczeniu. Na drzwiach
widniał zaś napis spisany krwią „ Zwróć ofiarę”.  Sparaliżował mnie strach. Nie byłem w stanie
uciec. Wnet istoty stojące przy moim łóżku obnażyły małe i niechybnie ostre
kły. Wrzasnęły w taki sposób, iż dziwię się, że nikogo tym nie zbudziły. Jazgot
wypełnił cały pokój. Ruszyły płynnie przed siebie. Co rusz wyłaniały się nowe
postacie .  Znikąd. Z innego wymiaru. Z
czeluści otchłani, w którą żaden człowiek, żadna dusza nie chce wniknąć. Nie
chce zostać przez nią pożarta. Stamtąd nie ma wyjścia. Słyszałem krzyki
dobiegające z całego szpitala. Po ścianach i suficie poruszały się mroczne
postacie. Pokracznie sunęły przed siebie. Widziałem uciekającego w popłochu
lekarza dyżurnego próbującego gdzieś się dodzwonić. Najwidoczniej nie było
sygnału. Przeklął pod nosem. Inna grupka ludzi, tym razem pacjentów kierowała się
ku wyjściu. Z tym jednak, że nie mieli żadnych szans.  To wysysało z nich życie. Krew stała się
obiektem zmasowanego ataku bytów,  z
którymi borykam się od urodzenia. Wnet pojąłem. W domu praktykowano okultyzm i
czarną magią. Najpewniej cena za przywołanie jakiegoś bytu wiązała się ofiarą,
którą należało uiścić. Żadne z mych rodziców nie oddało swego życia. Nie
posiadali najmniejszej nawet kontroli nad demonami pomimo szczerego zaufania w
swoje możliwości i siłę umysłu. To jednak byli ludzie słabi, zdegenerowani, nie
potrafiący sprawować kontroli nad własnym życiem, a co dopiero nad istotami tak
potężnymi jak te, które zniecierpliwione brakiem zapłaty gotowały ludziom
piekło o jakim nawet nie śnili. Widziałem jak rozcinają ludzi na żywca samym
tylko spojrzeniem, jak duszą ich. 
Krzyki, jazgot, zawodzenia. Nie było litości. W nieznanym języku
pojawiały się napisy na szarych korytarzach placówki. Nie był to żaden język
europejski, był to bardziej jakiś język wymarły. Chyba, zresztą, nie wiem. Zło
przybywało w dalszym ciągu. Nie było światła, ani prądu. Linie telefoniczne
zdawały się bezużyteczne. Brakowało sygnału. Metaliczny, nieprzyjemny zapach
posoki wypełniał szpital psychiatryczny. 
Żywiłem nadzieję, że to tylko zły sen, jeden z tych koszmarów, który dręczył
mnie od dawien dawna. Monstra dokonały istnej rzezi. Dobiegł mnie swąd
ulatniającego się gazu. To nie do wiary. Spłonę tu żywcem razem z ofiarami
istot z nie z tego świata. Demony rozdały śmierć każdemu….każdemu prócz mnie.
Teraz i moja kolei. Skupiły się wokół mnie. Spłonę tu żywcem. Ma historia
dobiega końca. Przyszły po mnie. Nigdy nie przebudzę się z tego koszmaru.
Dobiegły mnie dźwięki syren. Nie wiem skąd się tu wzięła straż pożarna i
pogotowie. Nie mam zielonego pojęcia. Brakowało sygnału przecież. Nastąpił w
tej samej chwili potężny wybuch, gdzieś na niższej kondygnacji. Kupa dymu i
swąd przypalanego, martwego ciała. Rozpoczęła się akcja ratownicza. W tym samym
momencie te nadnaturalne byty zniknęły. Zostałem sam na miejscu jednego
wielkiego pobojowiska jakie urządziło sobie Zło. Uratowano mnie. Wyszedłem z
tego bez szwanku. Przeleżałem w klinice jakiś tydzień, przypisano przymulające
leki. Wypisano mnie dosyć szybko. To co zaszło w owym szpitalu jeszcze na długo
pozostanie w sferze tajemnic i domysłów. Nikt nie dojdzie do prawdziwych
przyczyn tego zjawiska. Zainteresowała się mną jednak miejscowa policja i
federalni. Ich zdaniem, w ich bzdurnych przypuszczeniach to ja stałem za
zbiorowym mordem na pracownikach i pacjentach tego szpitala. Pewnie, łatwiej
zrobić z człowieka żądnego krwi socjopatę wypisującego na ścianach słowa w
języku wymarłym niż przyjąć do wiadomości, że koszmar opisywany w większości
dziennikach, gazetach i przeróżnych reportażach jest dziełem niewytłumaczalnych
drogą nauki bytów z innego wymiaru. To niedorzeczne. Kwestia czasu, kiedy to
się powtórzy i zginie połowa innego zakładu włączając w to oczywiście mnie
samego. Nie widzę sensu swej egzystencji. Mam dość bezmiaru cierpienia, strachu
i lęku. Mam dość niezrozumienia. Mam dość tego wszystkiego. Koszmar to nie
tylko takie chwile jak tamta, znana z artykułów „ Washington Post”. Horror
towarzyszy mi na co dzień, każdego dnia i każdej nocy. 

WASHINGTON POST,  29
MARCA

OSTATNI PACJENT SZPITALU IM. FREUDA W NOWYM JORKU ZNALEZIONY
 MARTWY W SWYM MIESZKANIU. SPOCZYWAŁY NA
NIM POWAŻNE OSKARŻENIA. ZDANIEM PRAKTYKANTKI W TYM SZPITALU PRZEBYWAJĄCEJ W TYM
CZASIE WE FRANCJI CIERPIAŁ NA POWAŻNE ZABURZENIA OSOBOWOŚCI I SCHIZOFRENIE
PARANOIDALNĄ. OSKARŻONY POPEŁNIŁ SAMOBÓJSTWO. NOWOJORCZCY MOGĄ SPAĆ SPOKOJNIE.


Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły