Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Opowiadania :

Dziadek

O tym, że chce umrzeć, dziadek zakomunikował nam w czwartek, podczas wieczornego podwieczorku. Swoją śmierć zaplanował na sobotę.
- Rodzinko!, zwrócił się do nas, popijając herbatę z filiżanki, - chcę wam o czymś powiedzieć. Otóż postanowiłem umrzeć. Chcę to zrobić w sobotę wieczorem. Zawsze uważałem, że sobota to najlepszy dzień na odejście, no i w telewizji mówili, że w najbliższy weekend będzie piękna pogoda. Chciałbym kochani, abyście wszyscy byli przy moim zgonie.
- Dziadku, a nie mógłby dziadek umrzeć w niedzielę? – jęknęła moja najstarsza córka, Lidka. W sobotę umówiłam się na wieczór z Kamilem. Na koncert idziemy, Diary of Dreams w Stodole grają! Przecież dziadek wie, że to mój ulubiony zespół jest...
- Przykro mi, moje dziecko, pokiwał głową dziadek – Gdyby chodziło o coś innego, to bym się z chęcią zgodził, ale własna śmierć to zbyt ważne wydarzenie, aby je odkładać na później. Poza tym zamówiłem już wizytę anioła śmierci, dopełniłem wszystkich formalności w urzędach, dokonałem opłat... Nie mogę, po prostu nie mogę się zgodzić na twoją prośbę!
- Mógł nas dziadek trochę wcześniej uprzedzić, mruknęła w odpowiedzi Lidka, - a nie tak wszystko po cichu, w tajemnicy przed rodziną załatwiać, - dodała już ciszej, nie chcąc zbytnio gniewać seniora.
- No cóż! – zabrał głos mój mąż, - Jak w sobotę, to w sobotę! Postaramy się tatusiowi pomóc, tak aby wszystko odbyło się po bożemu i zgodnie ze zwyczajem

* * *
Następnego dnia cała nasza rodzina wpadła w wir przedsobotnich przygotowań – ja i dzieciaki sprzątaliśmy dom, zaś mój maż i dziadek wyszli na miasto, aby zakupić czarny materiał i świece. Lidka kucharzyła.
Całe popołudnie upłynęło w atmosferze gorączkowej krzątaniny. Dopiero pod wieczór utraciliśmy tempo, zresztą – wszystko było już gotowe. Dom lśnił czystością, tu i ówdzie rozlewały się plamy czerni od zasłoniętych czarnym kirem luster, zaś półki w spiżarce uginały się pod ciężarem pękatego garnka z bigosem, suto zaprawionej korzeniami pieczeni wieprzowej i wielkiego makowca. Zapach tych smakowitości roznosił się po całym domu i łaskotał nas wszystkich w nos.
Wieczorem zebraliśmy się (zmęczeni, ale zadowoleni) przy stole w kuchni, aby podelektować się odpoczynkiem w rodzinnym gronie. Rozmowa co prawda nie bardzo się kleiła, ale chodziło przecież o to, aby móc posiedzieć razem i zrzucić z barków zmęczenie

* * *

Sobota zaczęła się bardzo spokojnie i bardzo zwyczajnie – rano byliśmy na zakupach, po południu ja z Lusią odwiedziłyśmy salon fryzjerski, młodsze dzieciaki od dziesiątej okupowały komputer i grały w „Wiedźmina”, zaś dziadek z moim mężem zajęli się czytaniem gazet i grą w szachy.
Energia wstąpiła w nas dopiero po południu, gdy zrozumieliśmy, że już niedługo wieczór. Zgromadziliśmy się zatem w pokoju dziadka, każdy z nas chciał przytulić się do niego, chwilę porozmawiać, po raz ostatni pożegnać. Dziadek był tym wszystkim bardzo wzruszony, uronił nawet kilka łez.
W końcu, gdy już wszyscy złożyliśmy seniorowi ostatni hołd, dziadek z dostojeństwem podszedł do stojących na środku pokoju mar, ułożył się na nich wygodnie i ujął w dłoń przygotowaną zawczasu świecę gromniczną. Następnie zamknął oczy i zastygł w oczekiwaniu. Reszta rodziny otoczyła jego miejsce spoczynku i zaintonowała prastarą pieśń:
Żegnam cię, mój świecie wesoły
już idę w śmiertelne popioły,
rwie się życia przędza,
a czas w grób zapędza - bije pierwsza godzina.
Pieśń, którą śpiewaliśmy, miała dwanaście zwrotek, z których ostatnia kończyła się tak:
Żegnam was, godziny cukrowe, momenta i dni koronowe,
już zegar wychodzi, indeks nie zawodzi
do wiecznego spania śmierć duszę wygania -
już dwunasta godzina. Amen*.
W momencie, gdy wyśpiewywaliśmy „Amen” w pokoju gwałtownie spadła temperatura, ze ściany spadł święty obraz i rozległo się pukanie do okna. Złapaliśmy się z mężem i dziećmi szybko za ręce, tworząc zamknięty krąg, zaś dziadek słabym głosem zawołał: - Proszę wejść!
Na środku pokoju zmaterializował się szkielet z kosą w dłoni, ubrany w czarny dres Addidasa. Szkielecik skłonił się grzecznie i powiedział: - Dobry wieczór Państwu!, po czym zdmuchnął płomień trzymanej przez dziadka gromnicy. Za oknem zakrakało złowróżbnie jakieś ptaszysko, zaś kostuch okręcił się trzykrotnie na pięcie i rozpłynął w powietrzu.
Po chwili temperatura w pokoju powróciła do normy, a dziadek otworzył jedno oko i głosem dochodzącym jakby z dna studni westchnął: - I tyle było całej zabawy!
Odetchnęliśmy z ulgą – uroczystość odejścia udała się wyśmienicie i nieboszczyk wyglądał na zadowolonego. Teraz pozostało już tylko wyprowadzić dziadka z domu nogami naprzód. Wzięliśmy go więc na ramiona i raz-dwa – wynieśliśmy przed dom, gdzie senior został triumfalnie usadzony na przygotowanym zawczasu, uwieńczonym liliami fotelu.
- Dziękuję wam bardzo kochani!, odezwał się do nas dziadek, gdy już przyjął pozycję siedzącą, - Dziękuję wam z całego serca! Bez was by mi się nic nie udało! – roztkliwił się starowina.
- Skoro już wszystko za nami, to wracajmy do chałupy! - zaproponował mój mąż. Wypijemy sobie tato z okazji twojej śmierci po kieliszeczku koniaku!
- Dobrze mówisz synku! – ucieszył się dziadek i dziarsko ruszył z powrotem do domu.
Zapowiadał się miły, rodzinny wieczór. :-)

* Pieśń pożegnalna, zacytowana w tekscie opowiadania, to pieśń którą rzeczywiscie spiewano niegdyś po wsiach, podczas nocnego czuwania przy zmarłym
Komentarze
Erzulia : Jak u Mrożka. 'Babcia na katafalk!'
CrommCruaich : Jestem pod wrażeniem. Naprawdę świetne.
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły