Wyciaga reke,lecz co mysli?
Rozmawia,lecz co tak naprawde chcialby powiedziec?
Idzie,choc chcialby biec
Szepce ,choc chcialby krzyczec
Mowi,choc chcialby milczec
Zamkniety w sobie czlowiek boi sie cienia,
ktory wlecze sie za nim nieludzkoznieksztalcony jak zwloki
Boi sie przeszlosci,ktora gdy wspomina,placze
Boi sie ludzi,ktorzy przesladuja,kpia
Boi sie siebie i zabija ,
aby pokonac strach
Roztapiaj je i klej na nowo
By kolory na nowo rozpoznawać
Poczęły.
Wybij z nich tą ślepotę
Niczym młotem szybę
Brudem po latach malowanej.
Niewidomej.
I wstaw na nowo
W ramę zardzewiałą
Nowe oczy
Na nowo przejrzyste.
A może bądź rzemieślnikiem
I wybij je własnymi rękami
Własnymi palcami
Wyciśnij z nich ciemnotę.
A może bądź wandalem
I rzuć w nie cegłą
Krusząc je nikczemnie pod butem
I rozcierając na bladą maź.
A może bądź ogniem
I wypal do popiołu
Wszystkie me obrazy
Zarejestrowane na tym lichym płótnie.
A może bądź światłem
I prześwietl na wylot
Te dwie studnie
O dnie nigdy suchym.
A może bądź światłem
I zabłyśnij ogniem świeżym
Na kagankach starych
W moim małym labiryncie...
KostucH : Nie, no doskonale Ciebie rozumiem. Dla mnie krtóka forma jest czymś nieosi...
Wiedzma_Wybredna : jako takiej granicy nie ma (chyba że w przypadku haiku), to bardziej na wyczu...
KostucH : A ja nie umiem pisac krótkich form wiec robienie z długiej krótkiej jest jak...
Więc odchylam głowę
I pozwalam wyobraźni wlać do mego wnętrza wodę.
Pozwolić wyobraźni się utopić
Jej rękami niewidzialnymi.
Pozwolić wyobraźni za gardło się chwycić
I czekać aż te ręce zesztywnieją
Puszczą uścisk.
Myślę – płonę,
Więc robię krok
I pozwalam trawić się w stosie wrzeszczącego do czerwoności drewna.
Pozwolić wyobraźni się spalić
Jej własnym ogniem.
Pozwolić wyobraźni palce w oczy sobie wsadzić
I czekać aż światło nabrane w usta
Wypłynie oczami.
Myślę – spadam
Więc rozciągam ręce
Niczym orzeł szybuję by osiąść na ziemi.
Pozwolić wyobraźni się wznieść
Jej skrzydłami własnymi.
Pozwolić wyobraźni na skok w przepaść
I czekać jej sylwetki odbicia na
Nieboskłonu tafli.
Nie trzeba być Bogiem
By zobaczyć od dawna oczekiwaną
Namiastkę szcześcia w moich źrenicach
Na twe wyobrażenie
Odbicie w lustrze
A co dopiero sen...
Ktoś już zresztą kiedyś powiedział
Że nie należy gasnąć powoli
Wzniecam więc w sobie dalej ten żar
Dopóki noc
I nie blednie atrament nieba
A gdy będzie już za późno
Po prostu odejdę
Chwytam za echo gasnące słów
Pozostawiłam otwartą furtkę
Dla szeptów
Gdyby może zechciały wrócić
Dla ciepła
Bezgraniczności pojęć
Tu każda chwila dzieli się na milion
Zużytych wspomnień
Zyskanych pustek
Nieodwracalnych mgnień
KostucH : Heh, ja po napisaniu wiersza też nie wnikam o co mi w nim chodziło. Piszac...
Wiedzma_Wybredna : ..tyle tych diabłow ze nabawie sie jeszcze stanów lękowych xD Aut...
minawi : Hmm, jestem wdzięczna za uwagi :P Choć jeśli chodzi o wers "Dla ciepła...
Wariacje nieskonczoności są niepojęte
Granica zaciera się tym bardziej
Im usilniej błądzę na włąsne życzenie
Wprawiam w ruch tryby wyobraźni
Potęguję wymowę straconego porządku
Nawet kuglarz na rogu ulicy
Ma taką martwą twarz
Jaszczurka na jego ramieniu
Wydyma policzki dla żartu
- nie widzi tych łez...
Obrazki w pamięci
Układają się jak szalone
Na ostrzu noża odbija się ta sama wciąż twarz ...
Cóż to jest za forma
Zbawienia?
Nienaturalna wcale poza
Bytu który udaje ideę
Samokontroli wyższość
Nad upojeniem
Kolczasta czerwona róża bezkształtna
Wśród białych płatków czystej formy
Nie rozpadnie się nawet po wielu latach
Odosobnienia i ignorancji
Bo w swej prostocie nie posiadają uczuć realnych
Ani myśli krystalicznych tak łatwych do przejrzenia
Dwa zatrute melancholią kolory
Odcieniami słów i zwrotów niezrozumiałych
Będą oblewać tych co nic nie poczuli
I jak dawno temu ci co je posadzili
Zwiędną po to by się odrodzić
W innym miejscu
W innym czasie
Tam gdzie leży twoja dusza
W kawałki roztrzaskana
A ja będę wiedział jak ją poskładać
Bo kolory są nieśmiertelne
KostucH : Tak, taka jest prawda. Życie bez marzeń nie jest życiem. Jest walka o każ...
Draven : Ten wiersz jak większość wierszy które w tamten czas napisałem m...
KostucH : No no, świetny wiersz Dravenie. To on mi się troche kojażył z tym moim...
A pozwalając mi nasycić się papierosem.
Z palcami splątanymi, a zmarzniętymi
Oddaje się rozkoszy siedzenia w sześcianie i nasłuchiwania.
Nasłuchiwania jak ją przestawia dla siebie,
Dla swoich potrzeb
Swoim ciałem, mięśniami, potem, ciężarem, zapachem i spermą.
Ustawia ją za tymi ścianami,
Za każdą z nich niszcząc jakąś jej część
I niezdarnie, a niechlujnie buduje ją.
Buduje ją według własnych potrzeb na nowo.
Widzę przez zamknięte oczy
W tej chmurze dymu papierosowego niczym wróżbita
Jak jej ciało drży,
I z każdym jego ruchem napina niczym struna do granic wytrzymałości.
Czuje ten zapach rzemieślniczej rozkoszy,
Wirujący z dzikim, znajomym dla topielców jękiem
Odbijając się od ściany do ściany to wbijając się do uszu
Niczym gwóźdź do trumny...
Widzę ją w swych dłoniach.
Jej skórę delikatną jak aksamit
I różową na tle płomieni w niej błyskających.
Jej skórę błyszczącą potem i śliną jego pocałunków,
Jej skórę poszarpaną czarnymi kosmykami włosów
Opadających lekko na jej lepkie zimne piersi.
Widzę boską, niepowtarzalną zmysłowość w każdym jej ruchu,
Siłę ścierająca się o naturalną moc życia zmysłami.
Widzę jak odchodzą od niej wszystkie oznaki jej szlachetności,
Jej kobiecości, niezależności, neutralności.
Widzę! Jak ta aksamitna szmata
Przekuwana zostaje na twarde zimne żelazo,
Jak radośnie tryskają z niej iskry,
Jak płonie w brudnym ogniu,
Jak dusi się jego brudnym dymem.
Czuję jak po mym czole spływają nerwowe krople potu
Jakbym to ja sam przyczynił się do jej upadku.
Czuję jak spalam je gdy zaciągam się papierosem
I jak strącam jej spopielone cząstki w czeluści mroku...
Esto quod esse videris,
usque ad finem – usque ad mori.
Masz tabuni rozbrzmiewa
Zagłuszają go myśli
Zdrady
Nienawiści
Złości
Pogardy
Zemsty
Ludzie jak świnie
Skaczą sobie do oczu
Lecz się skończy
Uwolnimy broń
Nasze serca
Myśli bez przemocy
Zwalczymy jęki
I nastanie CISZA
Nocne rozmowy
Blask ognia błysk źrenic
Niedzielne kłótnie
Przy kuchennym stole
Wklęsłość w duszy
Nigdy niezagojona
Odnajduje swój sens
W nieudolnej samotności
Poranne kapcie
Rozrzucona kołdra
Smak porcelany
Zapach sztućców
Aromat kolacji
Dotyk świecy
Opal wina
Ogień serca
Ten jedyny jedyny
Jedyna jedyna
Pomiędzy dwiema wargami
Podzielone myśli
Przekrojony dom
Dwie nierówne części
Niesprawiedliwości
Mijające noce
Światło na monecie
Pierwszy dzień tygodnia
I przeczucie końca
Nieuchronne
Rzuca wianek za siebie...
stoję w przewiewie dnia
niemożliwością stanąć na palcach by dosięgnąć swój cień
cień dawnej mej osoby
wiejący wiatr minionych epok
nuta izolacji wieków
łańcuchy zerwanych więzi czasu
szargana monotonia wykolejeńców
skopuj mieszający się z chaosem
wielka fala niszczącego pesymizmu
zwala mnie z nóg
a przewiew cichnie
Kim chcesz być sam nie wiesz
Próbujesz wszystkiego
Lecz to życie decyduje
Kiedy są chwile gorzkie
A kiedy słodkie
Nie myśl o tym
Nie próbuj
Pozwól życiu płynąc
Niech zapisuje się na kartach samo
Nie zmieniaj nie poprawiaj teksu
Niech samo się czyta w snach twych
Niech rozwija się wraz z tobą
Tylko wtedy się wypełni
Tylko wtedy będziesz spełniony
I w spokoju ułożysz się
Aby zasnąć w błogim wiecznym śnie
A na ostatniej karcie życia
Zapisze się samo C.D.N.
W chaosie
Zadając sobie pytanie
Mój losie
Zabierz z stad mnie
Zastanawiając się
Czy warto być
Proszę obudź mnie
Serce me przestaje bić
Wyrzuć z siebie gniew
Powstań z nicości
Wytrzyj z twarzy krew
Pozbieraj kości
Zastanów się co jest ważne
I trzymaj się tego
A życie stanie się wyraźne
I odkryjesz w nim cos nowego
Krzyk wydarty z głębi serca
Utopiony w butelce czasu
Dryfuje po falach monotonii
Poszukując blasku jutra
Trwając w szybkim bezruchu
Biegnę po zbawienie swe
Ulatuje ze mnie wiara
W to co nieistotne
Droga kreta jak życie
Pada mi do stop
Z rozpaczy padam na piach
I wydaje ostatnie tchnienie
Uleciał ze mnie dar
Który dałeś mi Ojcze
Zmarnowałem go
Gdyż nie potrafiłem z niego korzystać
Nikt nie staje w niczyjej obronie
I nawet drzewo głupiej nadziej
Powoli przygasa i butwieje
Choć próbujemy się śmiać
Beznadzieja jest silniejsza
Więc nie zwracamy uwagi na to
Że nadzieja jest piękniejsza
I mimo że bolesna
Może nam znacznie więcej dać
Mimo że ta głupia męka trwa
Ja nadal szukam dawno zapomnianego
A przeze mnie zakopanego ziarenka
Będę kopał do skutku
Nie zwracając uwagi na kamienie
Ponieważ w poszukiwaniu światełka
Każda trudność ma swoje znaczenie
KostucH : Bo często tak właśnie jest, że wiersz wychodzi jakoś tak nagle bez...
Draven : Pisanie wierszy to coś w rodzaju okazywania fragmentów własnej dusz...
KostucH : Nie, pisac na siłe to poprostu szkoda dla samego siebie. O kant rzopy potłu...
Nie wiem dlaczego gdy
Daje komuś moje sny
I otwieram wszystkie drzwi
Zmieniam się w niewidzialne
Od lat zapomniane i nierealne
Marzenie
Bledsze nawet od wiatru
I szybsze od myśli
Unoszę się wszędzie tam gdzie
Oni zapominają o tym że gdzieś tam
Są ich marzenia czekające tylko
Na wole do ich spełnienia
Pragnienia i łzy
Jak dawno wypędzone sny
Przez tych którzy o nie dbali
I na zawsze z wyobraźni wyrzucali
Zawsze powracają do mnie
By pod osłoną przyszłych dni
Znów unosić się na nieśmiertelnym niebie
Stworzonym i przez tysiące lat wymarzonym
Przeze mnie i nie tylko wyłącznie dla ciebie
Wszystkie puste dni i tygodnie
Które zmieniły się w sekundy i godziny
Oderwane od rzeczywistości
Rosną i maleją
Niczym stare i mocne gałęzie
Mojej jakże nierealnej rodziny
Więc kocham je takimi jakie są
Mimo że to one powodują że nic nie trwa wiecznie
I nawet największe i najbardziej pielęgnowane sny
Już nigdy nie będą takie same jak dawno temu my
Gdy widzieliśmy wszystkich bez wyjątku
W pełni to co jest teraz i obietnice
Składane przez nasze duchy na samym początku
A kiedy przyjdzie już koniec
Nasze wspólne i nie zamknięte na ich szepty niebo
Rozrośnie się na wszystkie strony tej rzeczywistości
By uświadomić tym co jeszcze śnią
Że nie wszystko co przeźroczyste jest nierealne
I że nastał czas
Radości i melancholii
Smutku i nadziei
Czas nas
Odległych i bardzo bliskich
Marzycieli
Living behind
Im realise that i
Was so blind
Just a month
To the end
And my mind
Is still so blend
All precious whispers
What i left behind
Now are screaming
That im stupid
Cos i forget about
Your picture
In my mind
Now when everything is so clear
And i know
What your mean
I can made a choice
Cos that painfull noise
Are not awaking my
Worst fears and atacking
All ours perfect dreams
Im so glad
Cos we werent
Fallen in mad
And you are the best dream
What i never had
Oczami obłąkanymi po nieboskłonie.
Och, jakże błogosławię ślepotę i
Jakże przeklinam ją!
Trzymam się za oczy i marzę i
Marznę gdy myśl mnie gwałtowna przeleci,
Że te wizerunki, malunki, krajobrazy i śmieci!
Należeć będą do naszych dzieci, a potem...
A potem umrą w cieniu dzieci innych dzieci
Skacząc wcześniej sobie do gardeł i
Niczym harpie z pyska wyrywać będą sobie ofiarę,
Która jest oczkiem pejzażu.
Bezbarwny malarzu.
Zrobiłbym duży krok,
A może mały
W inny wymiar.
Być narratorem i bohaterem
Światów swej wyobraźni.
Być kimś, a czymś w rodzaju boga,
I o każdym świcie wygrywać w karty
Raz śmierć, raz życie.
Urwałbym się z tego obrazu,
Zrobił duży, a może mały krok
Do wymiaru grzechu i raju
W utopijnym kraju.
Być odkrywcą nowego lądu,
Polować na niewolników,
Wszczynać rewolucje,
Umrzeć z milionami za miliony,
Tak wysłać na śmierć lud dla niej stworzony.
Urwałbym się z tego wymiaru,
Stoczyć walkę na grawitacji stole.
Przewiesić pasek przez gałąź sosny
I z pętlą na szyi zdobyć się na uśmiech radosny.

