Castle Party 2018
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Ulver, Zweizz - Eskulap, Poznań (5.04.2011)

Można by powiedzieć, że Ulver zaczął nadrabiać te lata, w czasie których unikał występów na scenie jak ognia. Ostatni koncert Norwegowie zagrali w roku, w którym zespół powstał, tj. w 1993. Zastój w graniu na żywo trwał aż do 2009 roku. Od tego czasu Ulver zagrał w Polsce już trzy koncerty. A ostatni z nich - w poznańskim Eskulapie, 5 kwietnia.


Wbrew temu, co mogą myśleć inni na temat częstych odwiedzin polskiej sceny przez norweskich wilków, ja byłam zadowolona, że w ciągu tak krótkiego czasu ponownie pojawili się z koncertem w naszym kraju. Nie dane było mi być ani w Krakowie, ani w Warszawie. Wedle zasady: do trzech razy sztuka – udało mi się zjawić w poznańskim Eskulapie. I mimo że z koncertu nie wyszłam zachwycona, wiedziałam jedno: jestem w błędzie, jeśli myślałam, że widziałam już chyba wszystko.

Eskulap – skromny klub, wszędzie czarno, surowo, zimno. Wysokie okna w sali koncertowej zakryte płachtą czerwonego materiału. Jest godzina 19. Ludzi przy barze można by policzyć na palcach rąk. Wśród fanów przemykają muzycy bez "gwiazdorzenia" i wygórowanych ambicji.

Kilkadziesiąt minut później na scenie pojawia się niski, nieco masywny pan. Niewielu chyba było przygotowanych na to, że pod pojęciem Zweizz kryje się pseudonim muzyka, pod którym występuje w samodzielnym projekcie. Klęcząc tyłem do widowni na samym środku sceny, zaczął swoje eksperymenty z mikserem. Skądinąd dobiegały do moich uszu pytania typu: czy to akustyk? Po co on się bawi tym sprzętem, przecież tego nie da się słuchać. Ci, którzy zastanawiali się nad jego rolą, nie wiedzieli nawet, że jest nim norweski muzyk i kompozytor - Svein Egil Hatlevik.

Kilka słów o nim. Od 2003 roku, po opuszczeniu norweskiej kapeli black metalowej – Dødheimsgard, założył, jak sam to określa, jednoosobowy zespół, którego twórczość krąży wokół kilku stylów muzycznych: noise, eksperymentalnej muzyki elektronicznej, określanej jako IDM z domieszką muzyki elektroakustycznej i black metalu. Realizując swój jednoosobowy projekt, wydał EP-kę „Black Necrotic Obfuscation” (2004), 30 egzemplarzy kasety „Untitled” (2007) oraz pełnometrażową płytę „The Yawn of the New Age” (2007). To właśnie kawałkami z tych albumów uraczył nasze uszy Zweizz.

Wszedł na scenę bardzo niepozornie. Cicho, bez zapowiedzi. Niewielu go zauważyło. Nawet fotografowie mieli dylemat, czy ten, który wszedł, to nie czasem kolejny z technicznych, który będzie przygotowywał sprzęt na koncerty gwiazd... Dopiero po kilku minutach, kiedy piski z ogromnych głośników nie ustawały, pod sceną pojawiło się kilku fotografów z prasowymi plakietkami. Wtedy już wszyscy wiedzieli, że to, co nie tak dawno zaczęło dziać się na scenie to realizacja pasji Hatlevika.

Nie wszyscy byli w stanie wytrzymać tego, co docierało do ich uszu. Nie wszyscy byli też w stanie oglądać tego, co działo się na ogromnym ekranie tuż za sceną. Zweizz wykorzystał „wynalazki cywilizacji” do tego, by samemu móc stworzyć coś na kształt muzyki, bo szczerze powiedziawszy, to, co tworzył na naszych oczach, było raczej czymś okołomuzycznym. Muzyk jednak starał się przekonać widownię, by zachowała powagę i w ciszy słuchała tej jakże pięknej i wzbudzającej emocje twórczości.
Nieuporządkowane dźwięki wydobywające się z mikrofonów przymocowanych do mikserów leżących luźno na scenie, przebłyski logicznego uporządkowania, wysokie natężenie dźwięku, w którym decybele przekraczały normę – oto, jak bardzo skrótowo można by opisać występ supportu Ulvera. Jednak nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie cała otoczka, a wręcz zbudowana przez samego muzyka filozofia, którą miał nam do przekazania. Hasło „sztuka dla sztuki” nie byłoby pełne, tak myślę, gdyby nie fakt, że całemu przedstawieniu towarzyszyły rekwizyty, którymi otoczył się Zweizz.

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, patrząc na scenę, to sedes. Sedes był łącznikiem między muzykiem a publicznością. W tym znaczącym elemencie wyposażenia ubikacji zamieścił kamerę, ale w ten sposób, że gdy wsadzał do niego głowę, publiczność widziała na wspomnianym ekranie twarz Hatlevika. Nie mówił do nas, patrząc w naszą stronę, ale do sedesu. Czy jest sens doszukiwać się jakiś głębszych filozofii? Sam muzyk pewnie jakąś miał. Moja myśl krąży wokół tego, że zapewne wspomniana filozofia związana była ze światem kierującym się nie tyle fizjologią, ale naturalizmem opisywanym przez Emila Zolę, w którym dominuje instynkt, a świat homo sapiens żyje zgodnie ze zwierzęcymi prawami natury. Jeśli znalazł się ktoś, kto nie potrafi sobie tego wyobrazić, odsyłam do jednego z jego występów również w ramach trasy Ulver: Le Trabendo w Paryżu.

Kolejne z akcesoriów to szczoteczki do zębów, które, między innymi, przygniatane do zamkniętej muszli klozetowej, drżąc, wydobywały z siebie nierówne dźwięki. Róg - inny z rekwizytów będzie wracał jeszcze wielokrotnie. Błyszczący instrument prostych ludów służył od zawsze do informowania o niebezpieczeństwie lub triumfie. Miałam wrażenie, że w przypadku Zewizza, róg dostał się do jego rąk zupełnie przypadkowo. Nie wydał bowiem z niego żadnego czystego dźwięku.
Apogeum tego 30-minutowego występu stał się moment, w którym muzyk prosi o skupienie i uwagę, bo to, co wykona będzie niezwykle piękne, po czym zdjął spodnie i usiadł na sedes. Nie zapominajmy, że kamera w sedesie była cały czas włączona. I zaczęła się walka: czy słuchać prób wydobycia jakichkolwiek dźwięków z rogu, z którego jednocześnie wydobywał się dym palonego papierosa, czy patrzeć na wielki ekran, na którym w znacznym powiększeniu widać odbyt Norwega. Dla niektórych obie z opcji były nie do przeskoczenia i dla nich skończył się koncert – opuścili salę. Bardziej wytrwali śmiali się, gwizdali, wykrzykiwali coś w stronę sceny, a Zweizz, kładąc palec na swoich ustach, prosił o powagę. Miałam tylko nadzieję, że pokazanie odbytu było szczytem swobodnej twórczości muzyka i więcej już na ekranie nie zobaczymy. Ku mojej wyraźnej uldze, na tym etapie Zweizz zakończył swój występ. Jak niepostrzeżenie pojawił się na scenie, tak zniknął. Dosłownie kilka chwil później techniczni zaczęli przygotowywać scenę do koncertu gwiazdy tego wieczoru.

Ulver. W 1993 roku 16-letni Garm zakłada kapelę black metalową. Razem z ówczesnymi kolegami z zespołu gra kilka koncertów, by promować swoje demo „Vargnatt”. To były pierwsze i ostatnie do 2009 roku występy norweskiego zespołu. Powody grania na żywo były dwa: kłopoty z wydaniem kolejnych płyt i osobiste uprzedzenia lidera do grania dla publiczności. Zresztą sam Garm nigdy nie ukrywał tego, że czuje niechęć do występów przed widownią. I o ile przed koncertem Ulver poruszał się swobodnie wśród fanów, tak podczas koncertu nastawienie, w szczególności Garma, jakby diametralnie zmieniło się. Wyraźnie rozzłoszczony podczas koncertu wychodził do backstage'u. A pewnemu z fotografów, z wielkim napisem "PRESS" na plecach podziękował za uwagę, bardzo dosadnie i minimalistycznie, jednym słowem: „fuck off” z chwilą gdy ów pan, niemal położył się na scenie ze swoim wielkim teleobiektywem. Zanim jednak przejdę do szczegółów koncertu z 5 kwietnia, warto zwrócić uwagę na lata 2000 i 2009 w życiorysie norweskich wilków.

Pierwsza data przynosi album „Perdition City”, który jest już zupełnie inny od poprzednich. Ulver odchodzi od podziemnej atmosfery, klimat black metalu, tak popularnego w Norwegii, zanika, a na jego miejsce wkracza elektronika, eksperyment i alternatywa. Od wydania tejże płyty głos Garma znika z utworów na wydawanych EP-kach. Pojawia się dopiero trzy lata później w  „A Quick Fix of Melancholy”. Kolejna ważna data to rok 2009. Wtedy bowiem Ulver gra swój pierwszy po kilkunastu latach przerwy koncert w ramach Norweskiego Festiwalu Literatury. I wtedy również do zespołu dołącza Daniel O'Sullivan. Młody Anglik jest multiinstrumentalistą. Gra nie tylko u boku Garma. W Ulverze świetnie odnajduje się zarówno za klawiszami, jak i jako gitarzysta, basista i wokalista. Zresztą jego głos nieco przypomina głos lidera.  

Obok Kristoffera Rygga (Garm) i Daniela O'Sullivana zespół tworzą: Jørn H. Sværen (teksty, wizualizacje), Tore Ylwizaker (klawisze, fortepian) i Tomas Pettersen (perkusja).

W tym składzie muzycy zagrali przed poznańską publicznością. Wyszli na scenę i zostali na niej nieco ponad godzinę. Cel odbywającej się właśnie trasy koncertowej jest jeden: zero sentymentów do starych kawałków, a promocja płyty. Płyty, której premiera wypada właśnie w kwietniu.

„Wars Of The Roses” - taki tytuł nosi najnowszy krążek Norwegów, którego tracklista zawiera 7 utworów. Całość to nieco ponad 45 minut muzyki, której nawet nie będę próbować szufladkować. Słusznie bowiem mówi się, że brzmienie Ulvera jest nieszablonowe i oryginalne. Najnowszy album przypieczętował tę opinię. Mimo że tematycznie Ulver wciąż rozważa kwestie upadku człowieka, jak i całego świata, tym razem spojrzał na człowieka, nie stojąc tuż obok, ale z lotu ptaka, z dystansem. W ramach trasy Ulver European Tour 2011 Part I  zespół zaprezentował godzinny materiał z płyty oraz jeden ze starszych kawałków na bis.
Koncertowa lista przedstawiła się więc następująco:
1. February MMX
2. Norwegian Gothic
3. Providence
4. September IV
5. England
6. Island
7. Stone Angels
+  Hallways of Always

Całość, zaprezentowana przed poznańską publicznością, to jednocześnie tracklista „Wars Of The Roses”, jednak nieco bardziej surowa. W jakim sensie? Przede wszystkim podczas koncertu nie usłyszeliśmy pojawiających się w albumie kobiecych wokali. Ponadto, mimo dość dobrej akustyki w Eskulapie, użycie elektroniki do odegrania jednych z ciekawszych motywów płyty było  ograniczone na tyle, że albo ich nie usłyszałam, stojąc przy głośnikach, które ich nie wychwyciły, albo nie były do odegrania na żywo. Ulver coraz częściej sięga do wynalazków cywilizacji. Muzycy nie rozstawali się ze swoimi elektrofonami. Mimo wciąż widocznych gitar i perkusji, swoją muzykę Ulver wzbogacił o elementy czysto elektroniczne. I mimo że tę przemianę słyszymy już od kilku wydań, każde z nich jest inne, wprowadza do twórczości Norwegów coś nowego. Teraz słyszymy nie tylko wokal Garma. Ich muzyka tylko pozornie wydaje się niepoukładana. Można by nawet powiedzieć, że jest niepoukładana logicznie, matematycznie. Być może jest to wpływ Daniela O'Sullivana, ale zauważam więcej melodii. Elektroniczny nieład ustąpił pierwszeństwa melodyjnemu, wręcz bardzo emocjonalnemu graniu. Wyraźniej słychać również tradycyjne instrumenty niż w ostatnich kilku albumach.

Popisy muzyków, szczególnie najmłodszego z nich, robiły wrażenie. O'Sullivian operował swobodnie trzema instrumentami, do tego jeszcze śpiewał. Rytm i dźwięki talerzy idealnie nastrojonej i nagłośnionej perkusji były dla mnie czymś zaskakująco miłym. Rzadko bowiem zdarza się, by tak wyraźnie i tak głośno było słychać perkusję podczas koncertu na żywo. Z przyjemnością słuchało się idealnie współgrających instrumentów z często wracającym wokalem. 5 kwietnia był dla mnie ucztą dla uszu. Razem z całą publiką wkroczyłam w kolejny etap twórczości Ulvera. Okazuje się bowiem, że po tylu latach grania, potrafią za każdym razem, z każdą nową płytą, zaskoczyć nas czymś nowym, jeśli nie nowatorskim.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły