Ohlsson
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Serenity/ Visions of Atlantis/Dragony / Temperance - 27.10.18 Enschede - NL

Serenity, Visions of Atlantis, Dragony, Temperance

Austriacka formacja Serenity już poraz drugi w roku 2018 wyruszyła w trasę koncertową pod szyldem "Symphonic Metal Nights". Jednym z przystanków jesiennego tour było holenderskie miasto Enschede.

Ogólnie to lubię sposób organizacji koncertów w Holandii, a chociażby ze względu na wiecznie miłą i uśmiechniętą obsługę, brak jakiejkolwiek kontroli, totalny luz. Tylko, że z tym luzem to jest tak, że w niektórych klubach nie zwraca się uwagi na harmonogram. Tak też było w Metropoolu. I chociaż zawitałem tam z pewnym wyprzedzeniem czasowym, to na scenie grał już włoski zespół Temperance, który naturalnie zameldował się przed czasem. Byłem mile zaskoczony, gdyż w klubie panowała znakomita atmosfera, a Temperance spełniali wszystkie wymogi udanego koncertu. Najbardziej uderzała chemia, jaka pojawiła się pomiędzy muzykami i publicznością. Muszę przyznać, że jest to rzadkością, by kapela występująca w roli "otwierającego imprezę" była odbierana z takimi salwami. Ale było to w pełni zasłużone, gdyż to co zeprezentowali Temperance pozwoliło na zakwalifikowanie ich w czołówce metalu: bogate aranżacje i wspaniale uzupełniające się wokale - Alessia Scolletti i Michele Guaitoli- wypadało stać, słuchać i ponieść się nastrojowi. Co naturalnie publiczność niejednokrotnie doceniła, nagradzając muzyków burzą oklasków i ciepłym przyjęciem. Nie da się ukryć, że zespół Temperance postawił dość wysoko poprzeczkę przed kolejnymi wykonawcami, a apetyty na widowni rosły...Czy kolejny zespół podoła temu wyzwaniu? O tym przekonaliśmy się po krótkiej przerwie.

Za sprawą Dragony nastrój na sali niestety nieco opadł. Zaczęli bez zbędnego wstępu atakując publiczność dawką power metalu i prowadząc ją przez krainę fantazji. Jak dla mnie fajerwerków nie było, muzycznie bez rewelacji - za melodyjnie, żeby nie powiedzieć nudno. Frontman grupy Siegfried Samer rozkręcił jedynie grupę swoich wiernych fanów, która ustawiła się pod sceną i wspomagała go przy śpiewaniu. Bawili się chyba dobrze, a reszta uczestników koncertu kręciła się koło baru z piwem lub przeglądała fejsa. Może to wrażenie po energetycznym występie poprzedników, ale tutaj pozostał niedosyt.

Małymi krokami zbliżaliśmy się do punktu finałowego, ale zanim to nastąpiło scena należała do Visions of Atlantis. Był to występ pełen pasji i radości, a żywiołowe utwory szybko postawiły wszystkich na nogi. Widać było, że formacja była w świetnej formie, a jej członkowie doskonale rozumieli się na scenie, dając dobre show. Jednak zazwyczaj tak to bywa, że osobą, w której stronę kierują się wszystkie spojrzenia jest wokalista, głos zespołu. I tym razem nie było inaczej. Tym bardziej, że w Visions of Atlantis działa dwóch wokalistów. Charyzmatyczna Clémentine Delauney o intrygującej linii wokalnej i Siegfried Samer są frontmanami w pełni na to miano zasługującymi. Chociaż tego wieczora oczy były bardziej skierowane w stronę Siegfrieda, dla którego była to pożegnalna trasa z zespołem. Nie obyło się bez obustronnych podziękowań ze strony Clémentine i Siegfrieda za wspólnie spędzony czas w zespole. Oczywiście mieliśmy też okazję poznać nowego wokalistę - Michele Guaitoli, którego to wokalne popisy mogliśmy wysłuchać w duecie z Clémentine. Michele na scenie czuł sią jak ryba w wodzie - brak jakiegokolwiek zdenerwowania- zaśpiewał na pełnym luzie, tak jakby z tym zespołem koncertował już od wieków. Nie bał się interakcji z publicznością, pozwalał sobie na przerywniki, a wiadomo fani to uwielbiają i doceniają.

W każdym razie supporty mamy już za sobą i minuty dzielą nas od występu gwiazdy wieczora - Serenity. W klubie zrobiło się już naprawdę gorąco, napięcie ciągle rosło, a technicy na scenie sprawnie dokonywali ostatnich poprawek. Wreszcie zgasły światła ....na scenie jako pierwszy zameldował się perkusista, a po chwili reszta muzyków. Publiczność eksplodowała, widać, że Holendrzy lubią Serenity, gdyż tak głośnego powitania już dawno nie słyszałem. Właściwie reakcja publiki była całkowicie uzasadniona, gdyż Austriacy z każdym albumem potwierdzają klasę, propagują swój specyficzny styl, który nie pozwala ich z kimkolwiek pomylić. I wcale nie chodzi tu o tak rozpoznawalny wokal jakim dysponuje Georg Neuhauser, ale chodzi o całość - brzmienie, gitarowe riffy, no i przebojową melodykę, tak ważną w ich twórczości.Poza tym w ich muzyce dominuje potężna porcja pozytywnej energii, która imponująco przekłada się na przebieg koncertu. Zespół nie pozwalał sobie i publiczności na spadek napięcia, a na scenie był spory ruch. Gitarzyści praktycznie nie stali w miejscu, a frontman od początku do samego końca kursował po scenie i nakręcał wszystkich do wspólnej zabawy. Z łatwością zlikwidował dystans pomiędzy zespołem, a publicznością. Widać, że na scenie jest w swoim żywiole. Ale nie tylko Georg Neuhauser porażał wszystkich nadmierną dawką energii - do składu dołączyła gościnnie Melissa Bonny (Evenmore). Wyśmienicie wykonała swoje partie wokalne, prezentując sceniczyny luz i głos pełen ekspresji i żarliwości. Jednym słowy, był to koncert na pełnych obrotach, gdyż było szybko, melodyjnie i z pazurem. Naturalnie Serenity zaserwowało swoje perełki, nie zabrakło między innymi takich utworów jak np: „United" czy "Lionheart“ i to właśnie przy nich publika najbardziej odjechała. Z pełną mocą wybuchały chóralne, tak charakterstyczne zaśpiewy publiki, obowiązkowe podczas każdego Serenity Show. Zanim zespół definitywnie pożegnał się ze swoimi fanami, zabisował trzema utworami. Potem były owacje, no i wspólna fotka.

Podsumowując był to wyjątkowo udany wieczór, z zespołami, które swoją pasję potrafili przekazać publiczności. Zarazić ją "muzycznym wirusem" tak, by zapominając o wszystkim, odjechali w inny świat...pełen dźwięków i radości z ich odbioru.

Link do galerii : https://www.darkplanet.pl/galleries/gallery/15801

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Fotorelacja

Serenity - Fotorelacja

Podobne artykuły