Castle Party 2020
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Rebellion Tour Vol. II - Blue Note, Poznań (18.10.2010)

Trasa Rebellion Tour Vol. II bezsprzecznie należy do najważniejszych rodzimych wydarzeń koncertowych tej jesieni. Głównym powodem wysokiego zainteresowania trasą jest fakt, że w roli headlinera występuje Decapitated, który po 3 latach muzycznego niebytu powrócił do metalowego światka. Pytanie brzmiało, czy w nowym składzie Vogg będzie w stanie wskrzesić ducha zespołu i wycisnąć z niego spontaniczność jaką czarowali przed kilku laty. W poniedziałkowy wieczór, 18 października miałem okazję przekonać się o aktualnej dyspozycji najlepszego moim zdaniem deathmetalowego tworu jaki powstał w kraju. Zanim jednak to nastąpiło, zebrana publiczność mogła bawić się przy dźwiękach supportów, którego tego wieczoru, jak i na całej trasie były Nerve, Nammoth, Vedonist, Christ Agony oraz Hate.
Ku mojemu zaskoczeniu poznańskie koncerty rozpoczęły się zgodnie z planem. O 18.00 na scenie pojawiła się włoska formacja Nerve, która swoją półgodzinną dawką nowoczesnego groove/death metalu rozbujała, skromną póki co publiczność. Występ kwartety z Apeninów był naprawdę bardzo dobry. Pomijając, że muzyka sama w sobie niosła spory ładunek energetyczny, to i dynamizm sceniczny, entuzjazm jakim emanowali muzycy i dobre, selektywne brzmienie sprawiło, że pod sceną znalazła się grupa kilkunastu osób rzewnie machających głowami. Krótki, ale treściwy występ Włochów spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony zgromadzonych fanów.

Na występ pochodzącego z Ełku Nammoth nie trzeba było długo czekać. Panowie z Mazur zapowiedzieli, że uraczą coraz liczniej zbierającą się publikę porcją czystego death metalu. To co usłyszałem czystym death metalem nie było, ale na żywca wypadło bardzo dobrze. Mieszanka nowoczesnego death metalu, deathcore'u, i łamańców w stylu Meshuggah, w połączeniu z głębokim growlingiem a'la Jan-Chris de Koeijer sprawiło, że Nammoth zabrzmiał potężnie. Co prawda muzycy na scenie byli zdecydowanie mniej mobilni niż członkowie Nerve, co nie zmieniło faktu, że wartość muzyczna grupy była wysoka i że to co usłyszałem w ciągu 35 minut wystarczyło, aby uznać występ chłopaków z Ełku za bardzo dobry.

Jako trzeci na scenie mieli się pojawić muzycy Vedonist, którzy kazali na siebie czekać bardzo długo. W tym czasie Blue Note zdążył się zapełnić w dość dużym stopniu, zważywszy, że był poniedziałek, czyli normalny dzień roboczy. Po blisko pół godzinie oczekiwań w końcu na scenie pojawili się stołeczni deathmetalowcy. Niestety, mając w pamięci udane występy Nerve i Nammoth, Vedonist wypadł blado i co najwyżej przeciętnie. Cóż tego, że wokalista dwoił się i troił na scenie, podczas gdy reszta muzyków bardziej zachowywała się jak członkowie Europe, co zdecydowanie zabijało deathmetalowego ducha. Od strony muzycznej także było bardzo przeciętnie, ale pogowanie pod sceną nakazywało sądzić, że przynajmniej część zebranej publiki odebrała występ Warszawiaków pozytywnie. Ja miałem trochę odmienne zdanie, dlatego nieco ponad półgodzinny gig wymęczył mnie doszczętnie.

Pierwszą większą gwiazdą tego wieczoru było warmińskie Christ Agony. Trio dowodzone przez Cezara zebrało naprawdę dużą publikę pod sceną. Zapewne wiele osób, które pojawiły się na koncercie przyszło właśnie dla nich, dlatego też Cezar i spółka nie zagrali na "odczepnego". Pomijając fakt, że Christ Agony muzycznie odstawało od reszty serwując prymitywny death/black (co akurat w wydaniu polskiej legendy w ogóle nie trafia w mój gust), to przekrojowość zaprezentowanego materiału na pewno usatysfakcjonowała tych, którzy potrafią docenić twórczość Christ Agony. W moim odczuciu grupa zaprezentowała się na scenie zbyt mało dynamicznie, przez co jedynych plusów doszukiwałbym się w warstwie muzycznej.

Przedostatnią formacją, która występowała tego wieczoru był Hate. Nigdy nie należałem do fanów tej grupy, ale muszę przyznać, że miałem dwukrotnie okazję widzieć ten zespół na żywo i dwukrotnie miałem pozytywne odczucia. Nie inaczej było teraz - występ był zdecydowanie bardziej żywiołowy i kolorowy niż sety Christ Agony i Vedonist. Przez blisko 45 minut publiczność bardzo żywiołowo bawiła się przy dźwiękach, które z Deicide mają coraz mniej wspólnego. Koncert oglądało się przyjemnie, choć niczym szczególnym grupa nie zaskoczyła - zagrali swoje, zebrali zasłużone brawa i tyle w tym temacie.

Na gwiazdę wieczoru przyszło troszkę poczekać. Ci, którzy pili piwo, lub grasowali na balkonie systematycznie schodzili się pod scenę. Około 20 minut oczekiwań tym razem nie okazało się wiecznością, a muzycy Decapitated niczym starzy wyjadacze pokazali jak powinno się grac death metal. Na starcie poleciało 5 numerów z ostatniego krążka grupy "Organic Hallucinosis". Publiczność usłyszała "Visual Delusion", "Day 69", "Post(?)Organic", "A Poem About An Old Prison Man" oraz "Invisible Control". Dalej poleciało już klasycznymi "Winds of Creation", "Way To Salvation", "Danse Macabre" oraz "Mother War". Publiczność robiła w tym czasie młyn jakiego dawno nie widziałem. Sekundowali im w tym muzycy, którzy bawili się w najlepsze, zapraszając na scenę Popcorna z Acid Drinkers do wspólnego odegrania "Anybody Home?". Na tym niespodzianki się nie skończyły, jako że muzycy zachęcili tłum do oddawania szpiku w związku z chorobą Nergala. Jako mały ukłon w stronę Behemotha, usłyszeliśmy cover "Conquer All", który w wydaniu Vogga i spółki nie brzmiał gorzej od oryginału. Set zakończył się kultowym "Spheres of Madness", przy którym intensywność podscenicznej zabawy sięgnęła zenitu.

Nieco ponad godzina z Decapitated to trochę mało, ale co do jakości występu nie można mieć zastrzeżeń. Potężne brzmienie, bezbłędny warsztat, sceniczne zgranie - wszystko wskazuje na to, że Decapitated w nowym wcieleniu to sprawnie działająca, dobrze naoliwiona machina. Rafał Piotrowski w roli nowego wokalisty wypada bardzo dobrze łącząc w sobie moc głosu Covana i zwierzęce wrzaski w stylu Chrisa Barnesa. Do nowej sekcji rytmicznej także zastrzeżeń mieć nie można - zrobiła swoje bezbłędnie. Smutne było jedynie to, że po ostatnich dźwiękach "Spheres of Madness" publika zaczęła się rozchodzić nie czekając i nie domagając się bisów.

Nawet zapowiadane wcześniej afterparty, które miało mieć miejsce w klubie reset okazało się małym niewypałem, gdyż do godziny 2.00 w nocy, kiedy to muzycy Decapitated pojawili się tam, zebrany tłum zdążył się zalkoholizować i opuścić lokal. Nie zmienia to jednak faktu, że najważniejsza tego wieczoru była muzyka, a ta była przednia. Ponad 6 godzin różnorodnego death metalu, wspaniała dyspozycja gwiazdy wieczoru oraz dość liczna publika sprawiła, że ciężko będzie zapomnieć o tym koncercie.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły