Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

M'era Luna Festival / 12-13.08.2023 / Hildesheim, Niemcy

MeraLuna, Within Temptation, Hocico, Subway to Sally, The 69 Eyes, Ville Valo, In Extremo, Peter Heppner, Joachim Witt, Diary of Dreams, Gothic, Goth

Kolejna edycja M'era Luna - największego festiwalu gotyckiej sceny już za nami, teraz przyszedł czas na refleksje i podsumowania. Jak każdego roku pierwsza połowa sierpnia kojarzy się większości fanom „sceny gotyckiej” z festiwalem M'era Luna, który już od ponad 20-tu lat odbywa się na lotnisku w niemieckim mieście Hildesheim. Tegoroczna edycja odbyła się w dniach 12-13 sierpnia i skupiła 25 tys. publiczności. 

W ciągu dwóch dni imprezy wydarzyło się naprawdę sporo, organizatorzy postarali się nie tylko o doborowy program muzyczny, ale także zapewnili dużo rozrywki. Bo chociaż M'era Luna rozpoczyna się oficjalnie w sobotę, to dla większości uczestników jest to już piątek. Właśnie w tym dniu otwierają się wrota pola namiotowego, miasteczka średniowiecznego, bazaru, a wieczorem rozpoczyna się „gothic disco” w hangarze. Obok tradycyjnego pola namiotowego, powstało też tzw. Gothic Garten, czyli specjalny kemping, gdzie można wynająć umeblowane namioty lub domki kontenerowe. Wszystko to po to, by uczestnicy festiwalu czuli się komfortowo i mogli dobrze wypocząć, gdyż M'era Luna festiwal to prawdziwy muzyczny maraton - na dwóch scenach: Main Stage und Club Stage zaprezentowało się bowiem ok. 40 zespołów. Jednak, oprócz muzyki, festiwal tworzą ludzie i to właśnie ich pasja sprawia, że festiwal ten jest wyjątkowy, niepowtarzalny i jakby trochę inny – czarny, mroczny i tajemniczy.

Pierwszego dnia festiwalu koncerty rozpoczęły się już o godzinie 11:00. W tym czasie stałem jeszcze w korkach na autostradzie, ale punktualnie o 13:15 wraz z innymi fanami oczekiwałem występu formacji WISBORG. To jest naprawdę dobre rozwiązanie, że przeniesiono koncerty z hangaru na Club Stage, przez co uniknięto nadmiernego tłoku i otwarto możliwość dla szerszego grona fanów na aktywne uczestnictwo w występach. I ta forma organizacji sprawdziła się właśnie w przypadku zespołu Wisborg. Pod sceną zebrało się sporo ludzi, a że przepływ energii pomiędzy artystami i publiką był doskonały, to i rozpętało się prawdziwe szaleństwo. Widzieliśmy Wisborg w znakomitej formie, a publiczność nagradzała ich poczynania na scenie burzą oklasków. W międzyczasie na Main Stage do występu przygotowywał się TANZWUT. Są takie zespoły, które przyciągają publiczność jak magnes i właśnie zespół Tanzwut do takowych należy. Spory bagaż doświadczeń, ogromna witalność i krzepa muzyków były napędowym kołem tego występu. Zywiołowo wykonana muzyka szybko podbiła serca publiki, która raźno ruszyła do tańca. Zespół nawiązał ponadto znakomity kontakt z publicznością wciągając ją w swój muzyczny świat. Niejednokrotnie wokalista Teufel zachęcał zebranych do wspólnego śpiewania i tak np.: w trakcie wykonania utworu „Bis zum Meer” urządził publiczności pasjonujący sprawdzian ze śpiewu, zaliczony zresztą na 6. Temperatura na scenie jak i pod nią została podniesiona o co najmniej kilkanaście stopni, chociaż tego dnia i tak było już wystarczająco gorąco. Zanim jednak na Main Stage zaprezentował się kolejny wykonwca, uczestnicy festiwalu mieli do wyboru szereg innych atrakcji, jak np.: odczyty literackie czy pokaz mody. A więc również przerywniki pomiędzy występami można było spędzić aktywnie, albo po prostu odpoczywać w wiosce średniowiecznej. Niemiecka formacja MEGAHERZ już wielokrotnie gościła na M'era Lunie i za każdym razem serwowała swoim fanom niezapomniane show. Również i w tym roku nie mogło być inaczej. Występ Megaherz spotkał się bowiem z rewelacyjną reakcją publiczności, która okazywała swoją radość gromkimi oklaskami. Dużą furorę zrobił kawałek „Miststück“, który to publika wykonała wspólnie z wokalistą Lexem. I mimo że pogoda płatała tego dnia figle, to i tak nagła ulewa nie zgasiła żaru w publiczności, tylko wręcz przeciwnie zwiększyła ich apetyt na więcej.

Kolejna zmiana muzycznych klimatów na Club Stage do występu szykował się właśnie wulkan muzycznej energii – Erk Aicrag, który tego dnia prezentował się w Hildesheimie wraz ze swoim projektem RABIA SORDA. Całość naprawdę mogła się podobać, gdyż frontman to bez wątpienia postać charyzmatyczna, otwarta w stosunku do fanów i niezwykle spontaniczna. A do tego na scenie ciągle coś się działo, nie brakowało akcji i emocji. Pozytywne fluidy krążyły nie tylko na scenie, ale i pod nią. Gdyż wraz z pierwszymi dźwiękami publiczność rozpoczęła rytmiczne podrygiwania, które trwały zresztą przez całe misterium.

Występ DIARY OF DREAMS to przeżycie niezwykłe i ekscytujące. Tak przynajmniej było podczas tegorocznej M'era Luny. Chociaż muzycy nie próbują nawet nawiązać kontaktu z publicznością, to i tak muzyka Diary of Dreams hipnotyzuje słuchaczy i wciąga ich w majestatyczny świat. Szczególnie frontman Adrian Hates to postać zjawiskowa, na scenie jest jakby nieobecny, zatopiony w myślach, dający odnieść wrażenie, że zmaga się z „niewidocznymi demonami”. To była prawdziwa uczta dla ucha, która utwierdziła publikę w przekonaniu, że doświadczenie muzyki na żywo to czysta przyjemność. A potem to nawet nie było czasu na chwilę refleksji i powrót do festiwalowego rozgardiaszu, gdyż na scenie pojawił się nie kto inny niż Sonja Kraushofer i Thomas Rainer czyli L’AME IMMORTELLE. Koncert rozpoczęła Sonja wykonem solowym utworu pt.: „Dem Abgrund entgegen” i tym samym zadbała o utworzenie podniosłego klimatu. Jako doborowa wokalistka i aktorka musicalowa potrafi połączyć swoje dwa talenty i zaserwować intrygujące show. Niejednokrotnie udowadniała, że dysponuje głosem o interesującej barwie i wielkiej mocy. Na scenie wspomagał ją nie tylko Thomas, ale i pozostali muzycy, którzy dali z siebie po prostu wszystko. Nie spodziewałem się, że aż tyle osób tak dobrze zna teksty ich utworów, że będzie je śpiewało wraz z zespołem. Jednym słowy wspaniała interakcja pomiędzy muzykami i fanami.

M'era Luna festiwal to jest prawdziwy maraton, na którym jesteśmy zmuszeni do podejmowania trudnych decyzji, gdyż niemożliwe jest zobaczyć i wysłuchać wszystkich wykonawców – z czegoś trzeba zrezygnować, wcześniej oderwać się od Main Stage, by uchwycić jak najwięcej wspaniałych momentów spod Club Stage. Jednakże są tacy wykonawcy i takie koncerty, których ominąć nie wypada. I właśnie do takowych zalicza się występ JOACHIMA WITTA. Właściwie to nie ma sensu rozpisywać się o tym, jak zagrał. Wiadomo, zachwycił i spełnił oczekiwania fanów. Tyle lat na scenie, bagaż doświadczeń, od lat wyrobiony swój własny styl – Witt wie, jak zawładnąć publiką, jak unieść się z nią na jednej fali. Takim szczególnym momentem było zaproszenie na scenę Petera Heppnera i wspólne wykonanie utworu pt: ”Die Flut”. A potem przyszła pora na PROJECT PITCHFORK. Na sam początek poleciał kawałek „Souls”, który nieźle wpisał się w klimat festiwalu. Tak więc zespół opanował scenę i zyskał sympatię publiki w błyskawicznym tempie. Las rąk, oklaski, kołyszące się do rytmu postacie i sterczące nad nimi parasole – jednym słowy wspaniała muzyczna uczta. Ale już czas przenieść się w inne, regiony. W międzyczasie na Club Stage rozpoczął się występ SOLAR FAKE. Muzycznej sylwetki frontmana – Svena Friedricha zbytnio przedstawiać nie trzeba. Nie jest on żadnym nowicjuszem w „gotyckiej scenie”, a na M'era Lunie gościł już wielokrotnie, a chociażby z zespołem Zeraphine. Friedrich jest na dodatek wystarczająco charyzmatyczny, by już po kilku minutach grania zjednać sobie „gotycką” brać. I kiedy na scenie i pod sceną wszyscy ochoczo podrygiwali do rytmu i znakomicie się bawili, na Main Stage dokonano ostatnich przygotowań związanych z wykonem – IN EXTREMO. Powiem szczerze, że przez kolejnych 45 minut działo się naprawdę wiele, bez pójścia na łatwiznę i bez rutyny. In Extremo zaserwowali odpowiednio dobrany, porywający materiał będący mieszanką ich twórczości. W każdym kawałku pojawiała się ta przyjemna dla ucha, chwytliwa melodia, która sama zachęcała publikę do tanecznych harców. A ze sceny aż iskrzyło i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż występ obfitował w wiele atrakcji pirotechnicznych. Zabawa była przednia, aż do samego końca występu, czego potwierdzeniem było wspólne z fanami odśpiewanie kawałka „Spielmannsfluch”. Nieco spóźniona pojawiła się na scenie gwiazda wieczoru - VILLE VALO. Pod sceną skupiło się naprawdę dużo ludzi, gdyż po rozpadzie zespołu Him, o Ville Valo nie było wiele słychać. Tutaj do Hildesheimu przyjechał ze swoim nowym albumem „Neon Noir” i zagrał naprawdę dobry koncert. Widać, że zebrał wokół siebie doborowych muzyków, którzy potrafili czarować dźwiękiem, dbając o piękno melodii. Ville był w znakomitej formie wokalnej, odprawiał na scenie ten swój rytuał, całkowicie oddając siebie i swoje emocje. Jednym zdaniem – pełny profesjonalizm i znakomite zakończenie pierwszego dnia festiwalu. Zakończenie części muzycznej, gdyż impreza trwała dalej, do godzin porannych… w hangarze i na polu namiotowym. W końcu nikt nie przyjechał na M'era Lunę by spać, tylko by bawić się, rozmawiać i nawiązywać nowe znajomości. Przecież ogólnie wiadomo „Goth-ci” żyją i uaktywniają się nocą, no i coś w tym faktycznie jest.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się bardzo słonecznie, tak więc zamienialiśmy parasole na krem przeciwsłoneczny. Na terenie festiwalowym wielki rozgardiasz, impreza nocna płynnie przeszła w dzienną, po ludziach nie widać żadnego zmęczenia, wszyscy są mili, uśmiechnięci, pełni życia i ochoty na festiwalowe harce. A jaki właściwie był drugi dzień M'era Luny, czy spełnił oczekiwania uczestników, czy dostarczył wielu wrażeń?

Jedno jest pewne, muzycy dawali z siebie wszystko by zadowolić swoją publiczność i tak np.: GOTHMINISTER postarał się o niezły rozgardiasz na scenie. Stworzyli żywiołowe widowisko i potrafili ruszyć swoją muzyką człowieka z miejsca. I mimo wczesnej pory pod sceną zbierało się coraz więcej ludzi. Potem co prawda dwudziestominutowa przerwa zdawała się trochę ostudzić emocje w tłumie. Lecz nie na długo. Bo oto LETZTE INSTANZ pojawiło się na scenie i podgrzało dodatkowo atmosferę do czerwoności. To niesamowite, że kilku kolesi wychodzi na scenę i bez zbędnego gadania atakuje bębenki słuchowe z taką żywiołowością, że trudno się powstrzymać od oklasków i skandowania nazwy zespołu. Grupa zaprezentowała przekrojowy set, który zadowolił nawet najbardziej wymagających fanów grupy. A szczególnie dobrze były odebrane przez słuchaczy takie kawałki jak np.: „Flucht ins Glück“ czy „ Wir sind Eins“. Kiedy część uczestników festiwalu znakomicie bawiła się pod Main Stage, pozostali mieli do wyboru inny program muzyczny i dodatkowe atrakcje, jakie odbywały się na terenie festiwalu. Warto w tym miejscu wymienić wykład Lydii Benecke, która specjalizuje się w kryminalnej psychologii i ciekawie potrafi wtajemniczyć swoich słuchaczy w zakamarki ludzkiej psychiki.

Ale w międzyczasie na Main Stage pojawił się nowy wykonawca, który zwabił pod scenę szerokie grono fanów – THE 69 Eyes. Zagrali dobry, energetyczny koncert, na scenie prym wiódł nie tylko wokalista grupy Jyrki, ale tu każdy z muzyków przykładał swoją cegiełkę do rozwoju akcji na scenie. Nie było miejsca na oszczędzanie się, chwilę odpoczynku – może właśnie tu leży tajemnica popularności tej grupy. To trzeba było widzieć, jak tłum tętnił specyficznym pulsem po dyktando lidera The 69 Eyes. Kompozycja goniła kompozycję, a prawdziwe żywe emocje rozlewały się pod Main Stage. I mimo że fajnie było uczestniczyć w takim energetycznym, muzycznym show, to na Club Stage oczekiwała nas kolejna muzyczna atrakcja, ASHBURY HEIGHTS. Warto było choć na krótko zawitać pod tą scenę, by wczuć się w atmosferę, jaką zespół kreował podczas występu. Tu nie było czasu na nudy, akcja toczyła się non stop. Pełne zaangażowanie Yasmine Uhlin i Andersa Hagströma przynosiły owocne plony, gdyż publiczność była wręcz wniebowzięta i chętnie reagowała na apele dochodzące ze sceny – a o to chociażby, by wspólnie poskakać, pośpiewać, po prostu oddać się chwili. Jednakże zbytnio dużo wolnego czasu nie pozostało, gdyż niezwykle dobrze zgrani techniczni szybko uporali się z przygotowaniem sprzętu następnego wykonawcy. Pod główną sceną falowało już morze rąk, a na scenie pojawił się nie kto inny niż PETER HEPPNER. Było wszystko czego, każdy z miłośników twórczości tego wykonawcy mógł sobie zapragnąć – Heppner zagrał bowiem naprawdę świetną sztukę z wszystkimi najlepszymi przebojami. Zebrał sporo braw, w pełni zresztą zasłużonych, gdyż wykreował wspaniałą atmosferę, chociażby przy takich utworach jak np.: „Alleinsein” czy „Meine Welt”. Nie obyło się też bez niespodzianki, a właściwie rewanżu Joachima Witta, który wykonał wraz z Peterem utwór pt:” Was bleibt?”. Z żalem nie doczekawszy końca występu, szybkim krokiem przez gęsty tłum udałem się w kierunku Club Stage. A tutaj całkowita zmiana tempa i rytmu – na scenę wyszli AGONOIZE. I od razu gruchnęli z grubej rury, tak, że energia intensywnie lejąca się ze sceny płynnie przechodziła na słuchaczy. Publiczność zaczęła się na dobre rozkręcać. Tańczyła, śpiewała...i to właśnie potwierdza tezę, że M'era Lunę tworzą ludzie, otwarci na każdego artystę, chłonni muzyki i wspólnej zabawy. Całkowitym tego potwierdzeniem była reakcja zebranych podczas występu SUBWAY TO SALLY. Bombowa dawka średniowiecza podana zresztą na ostro nie pozostawiała publiczności wyboru i większość z nich ruszyła do rytualnego tańca. Subway to Sally to klasa sama w sobie, zespół z pokaźnym bagażem doświadczeń, który na dodatek wie, jak go wykorzystać. Niejednokrotnie pokazali swoje drapieżne oblicze, a ze sceny aż iskrzyło. I to nie tylko dzięki atrakcjom pirotechnicznym, ale także iskrzyło z instrumentów muzycznych. Muzycy pozwalali sobie na frywolne solówki, które służyły na wywołaniu odpowiedniego nastroju. A ten był naprawdę świetny. Zresztą zagrali rewelacyjnie, występ Subway to Sally pozostanie zapewne w pamięci niejednego fana i będzie kojarzył się z tegoroczną M'era Luną.

Ale to nie był jeszcze koniec festiwalu, uczestników oczekiwała nadal niezła zabawa i cała paleta scenicznych wrażeń. A takowych bez wątpienia dostarczyli nam MONO INC. Co rzucało się w oczy najbardziej w trakcie wykonu Mono Inc.? Przede wszystkim – imponowali bardzo dobrym zgraniem muzyków, wykonawczym luzem. Zespół świetnie bawił się na scenie, widać było, że się lubią i nie kryli radości ze wspólnego grania. Potrafili zarazić publikę tym „muzycznym wirusem” tak, by ci mogli zapomnieć o wszystkim, odjechać w inny świat, pełen muzycznych dźwięków i radości z ich odbioru. W tym czasie w okolicach Club Stage gromadzi się szerokie grono zwolenników formacji HOCICO. Na M'era Lunie gościli już niejednokrotnie i za każdym razem witani są entuzjastycznie. Hocico rozpoczęło z grubej rury, bo od kawałka „ Untold Blasphemies”, a więc na początek było trzęsienie ziemi, a potem przychodziły kolejne kataklizmy. Po raz kolejny udowodnili, że są koncertowym wulkanem energii, co nie jest wyłącznie zasługą dynamicznej muzyki, ale też niezwykle charyzmatycznego frontmana – Erka Aicrag. Już po kilku minutach pobytu na scenie, potrafił sobie zjednać „gotycką brać”, która pod jego dyktando śpiewała, tańczyła i dawała upust swoim emocjom. Idealnie wypełnili rolę zamykającego występy na Club Stage. Niestety zakończenie M'era Luny zbliżało się wielkimi krokami. Przed nami tylko jeden, jedyny występ gwiazdy drugiego dnia festiwalu - WITHIN TEMPTATION. Tutaj w Hildesheim od lat wita ich wielkie grono fanów, a i tego roku też nie było inaczej. Od strony muzycznej koncert wypadł wyśmienicie, a setlista była wyborem więcej niż trafnym, gdyż zawierała przekrój z ich siedmiu płyt. Wokalistka Sharon den Adel miała rewelacyjny kontakt z publicznością, a uśmiech nie schodził jej z twarzy. Do tego zaserwowali show z wieloma efektami pirotechnicznymi, co i bardzo spodobało się zebranym. Zresztą ten występ miał wiele doniosłych momentów, ale niektóre szczególnie chwytały muzyków za serca, a chociażby ten, kiedy pod sceną falował las rąk, a z tysięcy gardeł dochodziły chóralne śpiewy. To była po prostu moc i żywiołowa reakcja publiki. Within Temptation dali z siebie wszystko i stworzyli niewiarygodną atmosferę, taką więź z publicznością, dając przy tym wszystkim do zrozumienia, że grają właśnie dla nich, dla każdego z nas indywidualnie.

Wybuchami pirotechnicznymi zakończyła się tegoroczna M'era Luna. W ciągu dwóch dni otrzymaliśmy dawkę solidnego grania, mieliśmy do czynienia ze wspaniałymi ludźmi, którzy wspólnie celebrowali, łącząc swoje pasje i zainteresowania. M'era Luna Festiwal ma „to coś i tę moc”, co powoduje, że właśnie tam, do Hildesheim wraca się chętnie każdego roku. A więc oczekujemy na kolejną edycję, a ta wystartuje 10-11.08.2024 roku.

Link do Galerii: https://www.darkplanet.pl/galleries/gallery/15910

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Fotorelacja

M'era Luna Festival 2023 - Fotorelacja

Podobne artykuły