Paradoks
Castle Party 2018
Relacje :

Into The Abyss Fest 4 - Wrocław, Zaklęte Rewiry (10-11.05.2019)

Into The Abyss Fest, Zaklęte Rewiry, Solstafir, Mgła, Godflesh, Primordial

4 edycja Into The Abyss miała się odbyć w miejscu, które w dość krótkim czasie istnienia na mapie koncertowej Wrocławia gościło już niejednego wspaniałego artystę. Z racji tego, że jest to festiwal, wybór organizatorów mógł być tylko jeden – Zaklęte Rewiry. Tym razem do załogi Core-Poration dołączyła agencja, która na polskim rynku koncertowym nie ma sobie równych jeśli chodzi o koncerty metalowe, czyli Knock Out Productions. Skutkiem owej współpracy było zakontraktowanie na tę imprezę kilku naprawdę ciekawych zespołów.

Festiwal był bardzo specyficzny. Jeden budynek, kilka kondygnacji, 3 sceny, na których coś się zawsze działo i ludzie, którzy stworzyli coś wspaniałego. Miały miejsce liczne rozmowy o muzyce, bo oczywiście to ona skierowała ludzi do Wrocławia, aby mogli te dyskusje prowadzić. Różne podgatunki rocka, bo moim zdaniem tak to należy nazwać, spotkały się w jednym miejscu, skupiając na sobie uwagę polskiego alternatywnego światka.

KOP dołożył swoją cegiełkę, a rezultatem było pojawienie się naprawdę wielu znakomitych zespołów, takich jak Godflesh, Primordial, Solstafir, Mgła, Mord’A’Stigmata, czy poznana tutaj właśnie włoska Messa. Same koncerty, jak to bywa na festiwalach, były gorsze i lepsze.


Dzień pierwszy, jak to często u mnie się zdarza z racji wykonywanych obowiązków, zaczął się dość przewidywalnie, albowiem nie dotarłem na koncert In Twilight’s Embrace. Była to dla mnie wielka szkoda, gdyż widziałem ich wcześniej dosłownie raz i co tu dużo mówić, wywarli na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Szkoda, no ale cóż, takie życie. Pierwszym zespołem, na który udało mi się załapać, a właściwie końcówkę występu, był Popiół, jednak to co widziałem nie trwało zbyt długo, także wypowiadać się nie będę, aczkolwiek znajomy mówił, że było zacnie.

Po zakupie złocistego trunku udaliśmy się pod scenę główną, gdzie o 20 miał zacząć występ zespół, na który czekaliśmy i nader wszystko chcieliśmy zobaczyć – Entropia. Chłopaki skupili się na promocji swojego ostatniego dzieła, krążka „Vacuum” i było to całkiem dobre posunięcie, albowiem czasu mieli niestety mało, bo raptem 45 minut. Występ był naprawdę znakomity, ich sposób na black metal przypadł mi do gustu i mam nadzieję, że będzie mi dane zobaczyć ich koncert jeszcze nie raz.

Jako, że grafik festiwalowy był napięty, szybko tuż przed końcem Entropi udaliśmy się do drugiej sceny, gdzie za kilka chwil dosłownie miał zacząć Mord’A’Stigmata. Nigdy nie byłem wielkim fanem tego bandu, a i nie widziałem ich na żywo, tak więc chociażby z czystej ciekawości poszedłem na ich gig i z racji nieznajomości ich twórczości mogę powiedzieć, że sam koncert był ok. Minusem, na który narzekali uczestnicy tego wydarzenia było to, że sala była moim zdaniem za bardzo zadymiona, a i z racji temperatury było w niej bardzo duszno. MAS mówiąc obiektywnie pokazali się z dość dobrej strony, aczkolwiek ja tu geniuszu nie widziałem i raczej na koncert specjalnie dla nich nie pójdę.

Tak samo jak w przypadku poprzednim, aby zdążyć na następny gig trzeba było się urwać ciut wcześniej (co patrząc ze względów organizacyjnych nie było najlepszym posunięciem). Warto było, ponieważ na scenie głównej zameldował się nie kto inny jak Primordial. Przystańmy tutaj na chwilę, aczkolwiek warto, ponieważ Irlandczycy należą do niewielu zespołów, który w swojej karierze nie nagrał złego albumu (przynajmniej na razie). Setlista obejmowała praktycznie całą dyskografię bez pierwszych dwóch krążków. Niby czasu jak na fest mieli sporo, jednak długość kompozycji zrobiła swoje, stąd tylko 9 numerów. A.A.Nemtheanga i spółka dali wspaniały koncert. Black metal, epickość i folk królowały tamtego dnia na deskach Zaklętych. Rewelacja. Ci co byli sami wiedzą.

Na tę chwilę nastąpiło lekkie przystopowanie z muzycznymi doznaniami, albowiem zmęczenie dawało się już dość poważnie we znaki. Natychmiast trzeba było temu zaradzić, co oczywiście uczyniłem kupując sobie energy drinka w postaci zimnego piwa, które wypiłem dość szybko przez co czekając na występ Solstafira musiałem nabyć kolejne. Występów Krypts i Merkabah nawet nie liznęliśmy, ponieważ po prostu nie mieliśmy siły, a w/w Solstafira chcieliśmy zobaczyć choćby w kawałku. Tak też się niestety stało, ponieważ Islandczycy nie stanęli na wysokości zadania. Ich występ był po prostu nijaki, bez finezji i polotu. Nie dość, że zaczęli z opóźnieniem, to jeszcze taka kaszana. A miało być tak pięknie. Cytując klasyka - wstaliśmy i poszliśmy. Tym akcentem dzień pierwszy festu, jak dla nas, dobiegł końca.

Dzień drugi, tym razem z wyboru, rozpoczął się od koncertu bardzo ciekawej formacji Messa. Włosi łączą ze sobą tyle różnych stylów, że klasyfikowanie ich muzyki nie ma sensu, jest to bowiem połączenie metalu, art rocka, a i elementy bluesa się tam pojawiają. Ta mieszanka stylistyczna plus wokal Sary B. daje coś intrygującego, koło czego nie można przejść obojętnie. Co tu dużo mówić, 25 minut naprawdę dobrych dźwięków i znowu ten sam problem co dnia poprzedniego, czyli duchota w jak ja to mówiłem, drugiej sali. Miejmy nadzieję, że przy następnej edycji organizatorzy coś z tym zrobię, bo po prostu tak dalej być nie może.

Gdybyśmy wiedzieli, że występ Godflesh będzie opóźniony zostalibyśmy do końca Messy, jednak uczyniliśmy wyjście, albowiem chcieliśmy być na występie, co by nie było legendy, od samego początku. Powiem od razu - dali radę. Prekursorzy industrial metalu, bo tak to należy nazwać, dali naprawdę dobry szoł. Nigdy nie byłem nie wiadomo jakim fanem tej formacji, jednakże jeśli chodzi o sam występ, to bardzo mi się podobał i jest wielce prawdopodobne, że kiedyś się na nich wybiorę, o ile będą grali we Wrocławiu. Nie będę zagłębiał się w tytuły czy konkretne albumy, bo nie znam ich za bardzo (może kiedyś to nadrobię), bo to w moim przypadku nie miałoby sensu, powiem po prostu - ci co znają i nie byli, mają czego żałować.

Po 40-minutowym odpoczynku przyszedł czas na wielki zespół. To są słowa szczere i jednocześnie bardzo prawdziwe. Mowa tu o Mgle, zespole który jest kwintesencją tego, co w black metalu najlepsze. Czysta muzyczna poezja. Jest tu wszystko, a nawet więcej czego oczekują ludzie słuchający takiej właśnie muzy. Black metal w najlepszym możliwym wydaniu. Chodzą słuchy w pewnych kręgach, że jest to najlepszy blackowy band i powiem bez ogródek, że ci którzy wyrażają taką opinię nie stoją na straconej pozycji. Genialny występ. Godzina czasu w zupełności wystarczyła, aby porwać ludzi zgromadzonych w sali głównej.

Reasumując, ITAF po raz kolejny dał radę i choć byłem na tej imprezie po raz pierwszy, to z wielką chęcią wybiorę się na kolejną edycję, która ma się podobno odbyć. Fantastyczni ludzie, fantastyczne rozmowy i atmosfera nie dająca się porównać z niczym innym.

Dziękuję za uwagę.

Ocena szkolna: 4 +.

Organizatorzy: Core-Poratio, Knock Out Productions.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły