Astheria
Rybak znad Morza Wewnętrznego
Opowiadania :

Industrial Love

Industrial Love, IndustrialUlica tonęła we mgle wyziewów ze studzienek kanalizacyjnych. Czarne monolity zabudowań lśniły jak świeżo wygarbowana skóra. O metalowe płyty chodnika uderzyły czarne i ciężkie krople deszczu. Spojrzałem w górę, tam gdzie w wiecznym mroku gubiły się wszystkie spojrzenia ciekawskich, skazane na wieczną tułaczkę po bezkresnych konturach zabudowań. „Deszcz?” W moim świecie deszczem nazywaliśmy tą czarną i smolistą breję, o metalicznym smaku, która leciała z bóg wie jakiej otchłani. 

Nasunąłem kaptur głębiej na głowę i poprawiłem przewody maski
tlenowej. Szturchnąłem kilka razy wskaźnik przy butli. Powietrze
znowu się kończyło, a ja miałem do przebycia jeszcze dwa
kilometry. Dwa kilometry nieuniknionego oddychania i dyszenia. Czy w
tej części Miasta mieli Automaty? Jakiekolwiek... Wziąłem głębszy
oddech i tłumiąc kaszel ruszyłem naprzód.

Ciężkie buty z metalowymi okuciami
uderzały o stalowe podłoże; każdy krok wzbijał w górę kurz
nieprzyjemnych dźwięków, które zaraz ginęły wytłumione
beznamiętnymi budowlami. Obok mnie rozsunęły się drzwi i ze
środka wybiegła mała dziewczynka. Chwilę popatrzyła na mnie
szeroko otwartymi, błękitnymi oczami, znad swojej maski, z której
złaziła grubymi warstwami różowa farba, po czym w lekkich
podskokach pobiegła w przeciwnym do mojego kierunku. Obejrzałem się
za jej filigranową sylwetką w gumowym płaszczyku, ginącą w
mlecznym mroku mgły. Coś jest pod tą warstwą metalu, co pozwala
nam żyć. Wiotkie i wrażliwe tkanki biologiczne, miażdżone
żelaznymi trybami maszynerii wciąż odradzają się na nowo, mutują
i wykrzykują słowa. Słowa życia. Dzieci. Raz jeszcze się
obejrzałem za siebie, ale prócz zwodniczych cieni nic już nie
zobaczyłem.

Z wysoka nadpłynął kolorowy bilbord
z jarzącym się znakiem zapytania. Chwilę skanował mnie w
milczeniu, po czym wyświetlił reklamę która według bazy danych
Korporacji, mogłaby mnie zainteresować. Dlaczego ja? Jestem jedynym
mieszkańcem Miasta? Czy w tym cholernym mieście duchów nie ma
innej umęczonej egzystencji, której mózg jeszcze nie do końca
składa się ze sponsorowanych wszczepów? Może ta dziewczynka, o
ile to było dziecko, a nie jakaś lalka spaczonego psychopaty.
Poczułem jak ktoś obdziera mnie z czegoś cennego. Z ułamka
człowieczeństwa. Jeżeli to nie było dziecko?

- Będąc samotnym – bilbord wreszcie
zdecydował się przemówić – narażasz się na smutek.

Ryzykując przedwczesne skończenie się
powietrza przyśpieszyłem kroku, starając się uniknąć wzrokiem
natarczywej reklamy.

- Smutek, którego nie wyleczy żaden
środek chemiczny.

Cholerni spece. Wiedzą jak uderzać,
żeby przeciwnik umarł w jednej chwili. Pamiętam dzień w którym
Korporacja ogłosiła światu koniec Wojny. Był to piękny czas,
kiedy Miasto ożyło. Świętowaliśmy na ulicach, pieprzyliśmy się
jak zwierzęta w mniejszych uliczkach i nie dbaliśmy o powietrze.
Szybko się jednak okazało, że każdy organizm, który nie ma
wrogów zewnętrznych, zaczyna zżerać sam siebie.

- Smutek, którego nie zwycięży żaden
implant, modyfikacja czy onanomutacja.

Zaatakowałem latające straszydło,
które z gracją zrobiło unik. Upadłem na metalowe płyty, czując
jak kolana nasiąkają ciężką wodą, a krople deszczu uderzają z
furią w moje plecy. Podniosłem wzrok i popatrzyłem na falujący
obraz półnagiej kobiety. Cholerna reklama burdelu.

- Nasze stuprocentowe kobiety, zapewnią
wam rozkosze, jakich nie doświadczycie...

Zawyłem. Zerwałem się i zacząłem
biec. Słyszałem za sobą słabnącą ofertę „najlepszego w
Mieście domu rozkoszy”. Wielkie ramie do którego przyczepiony był
bilbord podciągnęło w górę reklamę. Zatrzymałem się i
spojrzałem na manometr przy butli z powietrzem. Wskazywał pięć
procent. To oznacza pewną śmierć. Pozostało mi jeszcze półtora
kilometra i pięć minut.



Usiadłem na ziemi, podkuliłem nogi
pod siebie i oparłem głowę na kolanach. Poczułem ulgę. Tak,
jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar odpowiedzialności,
wtłaczający mnie każdego dnia głęboko w pulsujące bagno
rozpaczy. Poczułem też trochę rozczarowania, że oto tak po prostu
nikt ważny, ginie w tak głupi sposób. To tyle? Usłyszałem
śmiech. Spojrzałem w górę i zobaczyłem pochylającą się nade
mną dziwkę. Ciężkie jak moje buty, podarte podkolanówki i
brudne, posiniaczone uda. Dalej była krótka szmata wisząca na
kościstych biodrach i podarty gumowy płaszcz. Spod kaptura patrzyły
na mnie szare oczy, nieprzytomne od narkotyków. Posklejane złote
włosy opadały na workowaty i nagi biust.

- Co jest chłopczyku? - zapytała mnie
głosem w którym słyszałem jej skargi z całego życia – Tlen
się skończył?

Chciałem jej odpowiedzieć, ale nie
byłem w stanie. W mojej masce zrobiło się nagle bardzo gorąco i
duszno. Chłodne krople ściekały mi po nosie, ustach. Delektowałem
się ich słonawym smakiem.

Słyszałem o różnych sektach w
Mieście. Niektóre mówią, że po śmierci nasze dusze idą na
wyższe poziomy Miasta, a tam nie trzeba nosić masek i powietrza
starcza dla wszystkich.

Oparłem głowę o ścianę i
spojrzałem w bezkresny mrok nad sobą. Grafitowe z lekką nutą
kobaltu płyty budynków wydały mi się teraz takie małe. Ogromny
znak Korporacji: skrzydło jakiegoś drapieżnego i dumnego ptaka,
zdawało się poruszać. Poczułem się zmęczony.

Ulica opustoszała i mógłbym
przysiąc, że tak pusta jeszcze nigdy nie była. Usłyszałem czyjeś
kroki, chociaż przecież nikogo nie było. Podeszła do mnie
dziewczynka w różowej masce tlenowej. Ta sama, która chociaż na
chwilę przywróciła mi odrobinę człowieczeństwa. Popatrzyłem w
jej błękitne oczy, które studiowały mnie ciekawie. Przysiągłbym,
że się uśmiechnąłem, a ona odpowiedziała tym samym, ale głowy
sobie nie dam uciąć. Zresztą teraz to i tak bez znaczenia.

Gdybym mógł mówić...

- Jak masz na imię – zapytałbym.

Odpowiedziała by.

- To ładnie. A ile masz już lat?

Znowu odpowiedź.

- To już duża dziewczynka z ciebie –
kontynuowałbym bez zastanowienia.

Dziewczynka milczy.

- Czy chcesz wiedzieć dokąd szedłem?

- Tak.

- Powiem ci. Albo lepiej, pójdziemy
tam razem. Chcesz?

- Tak, bardzo.

- To chodź. To niedaleko.



Dziewczynka wyciągnęła rękę, a ja
ją złapałem...

...i poszliśmy razem.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły