Castle Party 2020
Wracać wciąż do domu Le Guin
Recenzje :

„Enter the Gates", Time of Tales

folk metal, metal, Time of Tales, Enter the Gates

Jeszcze w tym roku ma ukazać się pełnometrażowy debiutancki album kapeli folk metalowej Time of Tales. Na tę okoliczność wypada przybliżyć jej EP-kę sprzed roku "Enter the Gates", która, nie wiedzieć dlaczego, została bardziej doceniona zagranicą niż w naszym kraju.

Zagraniczne portale rozpisywały się na temat minialbumu wydanego przez mielecki zespół w 2014 roku. Ciepłe recenzje za granicami naszego kraju pozwalają przypuszczać, że, jeśli tylko sam zespół się postara, może być nie tylko inspiracją dla innych kapel. Może również wpłynąć na zmiany w gatunku, który dość mocno trzyma się nieco skostniałych zasad. Jakich? Chociażby tematyki związanej z demonologią, regionalnymi wierzeniami, bóstwami, wszystko okraszone kobiecym wokalem stylizowanym często na tradycyjny śpiew ludowy i motywami muzycznymi charakterystycznymi dla wybranego regionu. No i, rzecz jasna instrumentarium, a tu: oprócz gitar elektrycznej i akustycznej oraz klawiszy, chociażby lira korbowa, skrzypce, flet, flażolet, dudy, harfa, mandolina czy akordeon. Dlaczego o tym piszę? Bo właśnie Time of Tales folk metal widzi trochę inaczej. 


"Chcieliśmy stworzyć coś, czego nie było jeszcze w polskim folk metalu, bez kolejnego odgrzewania starych legend i podań, których pełno wśród kapel folk metalowych. Muzyka, którą tworzymy, jest dla tych, którzy oczekują czegoś nowego, świeżego" - powiedział w jednym z wywiadów lider kapeli, Pastor. Peter, grający na flażoletach, zdradził z kolei, że zespół zamiast łączyć tradycyjne motywy z gitarowym brzmieniem, wykorzystuje instrumenty folkowe do mocnego, skocznego i melodyjnego grania. Przez to porywa publikę pod sceną. Time of Tales jest więc w pełni świadomy tego, co i jak chce przekazać.

Jak to się ma do kawałków na "Enter the Gates"? Już pierwszy tytułowy utwór daje nam do zrozumienia, że wcale nie będzie to album o bóstwach czy ludowych przypowieściach, a o sprawach na wskroś uniwersalnych, takich, o których piszą nie tylko w legendach, ale które pisze... samo życie. Brzmi patetycznie? Wcale nie, bo na pewno nie ma tu mowy o historyjkach miłosnych, czy przesłaniu: och, jak mi źle, zabije się.

To raczej opowieść o tym, co każdemu z nas, człowiekowi bardziej lub mniej szaremu, siedzi w głowie każdego dnia i tylko od niego samego zależy czy "podniesie się i będzie walczyć czy upadnie i podda się szaleństwu". Rozczarowanie, żal, pustka - to z nimi walczy codziennie o nadzieję i marzenia.

Utwór ten jako pierwszy i ostatni z EP-ki korzysta z tradycyjnych celtyckich melodii. Peter, grający na flażoletach, idealnie dopasował je do całości utworu. Dzięki temu już w utworze otwierającym minialbum nie mamy wątpliwości, że to, co słyszymy, to folk metal.

Kolejna rzecz rzucająca się... w ucho to wokal. Chyba nie przywykliśmy w tym gatunku muzycznym do surowego męskiego growlu, gdzie melodyjny śpiew i wokalne ozdobniki zastępują ciekawie brzmiące gitary. Zresztą sami członkowie kapeli nie ukrywają, że zależy im na wysokim poziomie całego instrumentarium. Wszystko pod względem techniki jest dograne w szczegółach. Ostatecznie, również dzięki sprawnemu miksowi, na płycie słyszymy każdy instrument, nawet zazwyczaj niedostrzegany bas. Dynamiczne riffy i wyraźna, nadająca utworowi odpowiednie tempo perkusja nie pozwalają słuchać "Enter the Gates", zachowując się jak mumia. Już nie mówię o tym, co dzieje się pod sceną podczas koncertów.

Lecimy dalej. "Liar". Ciekawe połączenie słów i... perkusji. Cała warstwa tekstowa skierowana jest do kłamców, których czeka ten sam los. Prędzej czy później sprawiedliwość ich dogoni, a o litości mogą zapomnieć. Jedyne co im pozostaje, to uciekać. "Run liar run" - słyszymy, a żeby słowa nabrały większego znaczenia, podkreśla to dynamiczna i mocno zaakcentowana perkusja (aż samemu chce się biec).

"Journey Unknown" jest opowieścią o szukaniu odpowiedzi i drogi, które chcemy poznać podczas całej naszej podróży, jaką jest życie. Możemy pytać mądrzejszych od nas, możemy szukać wśród przyjętych zasad, ale życie zawsze będzie drogą w nieznane. To zdecydowanie najspokojniejszy, nieco melancholijny utwór, ale przecież nikt nie chciałby, aby cały minialbum był "na jedno kopyto". Zresztą to również cel Time of Tales - tworzyć tak, by każdy utwór był inny.

Kawałek zamykający całość to "Warriors of Fire". Gdyby nie dźwięki flażoletów (choć tutaj i tak nieco stłumione), z całym przekonaniem utwór byłby metalowy, nie folk metalowy. Tu kolejne wtrącenie - Time of Tales często przypomina, że więcej w ich muzyce metalu niż folku, dlatego swoją muzykę woleliby nazywać metal folkiem, nie folk metalem. W "Warriors of Fire" mamy tego przykład: dynamiczne riffy... dużo riffów, ponownie zaznaczona perkusja, która pod koniec utworu nieco blednie. Na pierwszy plan wysuwa się gitara, która sprawia wrażenie, jakby wszystko przyspieszało. A to w zestawieniu ze słowami, na które zawsze zwracam uwagę, przyniosło mi jeden wniosek. A mianowicie, jakby kapela chciała nam powiedzieć: to jeszcze nie koniec, walczymy o swoje, walczymy dalej, niedługo pokażemy Wam, na co nas stać.

Co pokażą w pełnometrażowej płycie "Tales of Time", którą planują wydać pod koniec tego roku? Osobiście, czekam na nią z niecierpliwością.

Tracklista:

1. Enter the Gates - 5:29
2. Liar - 3:25
3. Journey Unknown - 3:26
4. Warriors of Fire - 3:25
 

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły