Ohlsson
Castle Party 2018
Relacje :

Behemoth, Obscure Sphinx, Thaw - Eter, Wrocław (1.12.2013)

Behemoth, Obscure Sphinx, Thaw, black metal, noise, Eter, Wrocław, Adam Darski, Nergal, post metal

Po przeczytaniu zapowiedzi trasy koncertowej "Czarna polska jesień" niektórzy stwierdzili, że Behemoth dobrał sobie interesujące supporty. Ja również zaliczam się do tego grona. Choć w Nergala i jego ekipę nigdy nie zwątpiłem, a dodatkowo na żywo nie widziałem zespołu już od kilku lat, zelektryzowała mnie dopiero wiadomość, że przed gwiazdą wystąpi Obscure Sphinx. Styl inny, ale poziom wcale nie tak bardzo różny.

Występ Thaw pozpoczął się piskiem gitar, po chwili wzmocnionym obsługiwaną przez wokalistę elektroniką, a następnie uderzeniami w talerze. Po intrze zespół zaatakował nas charakterystyczną ścianą dźwięku, którą utrzymał już do końca, przez kolejne dwadzieścia parę minut. Nie robił przerw na oklaski. Zaprezentował monolityczny set odwołujący się do dawnych czasów black metalu, wzbogacony elementami noise'u i nijak się mający do death metalu, jak i do przebojów muzyki gitarowej. Skrzeczenie z silnym pogłosem wzmogło jeszcze mrok i przywodziło na myśl podziemie, również dosłowne. Tak naprawdę całość mogłaby brzmieć monotonnie, gdyby nie gra perkusisty, nadająca zgiełkliwej muzyce szkielet, momentami wyraźnie bardziej finezyjna. Plus należy się zespołowi również za sceniczny image. Poza bębniarzem wszyscy członkowie wystąpili w kapturach. Z tych czterech muzyków twarze pokazali nam tylko dwaj: basista i przybierający złowrogie pozy wokalista. Stojący po bokach gitarzyści grali odwróceni do nas tyłem. W takim ustawieniu przeprowadzono nas od "Wasteland" do nagłego końca, kiedy to odliczający na palcach basista dał swoim manipulującym przy przystawkach kolegom sygnał. Ściana dźwięku w ułamku sekundy zniknęła. Pozostało bardzo dobre wrażenie.

Na scenę wniesiono zestaw perkusyjny Obscure Sphinx. Gdy wszystko było już przygotowane, wkroczył zespół. Wielebna pokłoniła się nam z gracją. Przez ostatnie parę lat zmieniła image. Zachowała zwisające jej z rąk bandaże, które w jednym z utworów strzępiła jeszcze bardziej. Ruch na scenie również pozostał taki sam - wyginała się i wiła jak gąsienica, momentami traciła chyba nawet równowagę. Nie była już jednak ubrana na czarno, lecz opięta bielą. Włosy miała krótsze, jasne i posypane proszkiem, który po gwałtowniejszych ruchach głową tworzył w powietrzu chmurkę. Czarna była tylko ćma na jej twarzy, podobna do tej z okładki promowanego właśnie albumu "Void Mother". Mimo że to wokalistka najbardziej przyciągała wzrok i tworzyła klimat od strony wizualnej, nie przyćmiła swych kolegów do końca, chociażby basisty przyciskającego w pewnym momencie do swego sześciostrunowego instrumentu czoło. Najwięcej jednak pola zostawiła im w ostatnim utworze, kiedy to udała się za kulisy. Początkowo wokal prowadzący przejął gitarzysta. W efektownym zakończeniu na scenie zostali już tylko perkusista, przybyła z powrotem Wielebna i gitarzysta potrząsający swym instrumentem nad głową.

Zaprezentowany, prawie 45-minutowy zestaw - w tym m.in. "Lunar Caustic" i "Nastiez" - chwycił, zespół się spodobał. W odpowiedzi na skandowanie jego nazwy po zakończeniu występu wrócił jeszcze na scenę, żeby się pokłonić. Pożegnanie wyglądało więc zupełnie inaczej niż w przypadku Thaw, które opuściło nas bez słowa, nie czekając nawet, aż gwałtownie zapadłą ciszę zastąpią oklaski. Pierwszy support trzymał się swojego wizerunku konsekwentnie, do samego końca. Drugi zachował się bardziej jak aktorzy w teatrze. Teraz gwiazda musiała pokazać, że rozgrzewacze nie zawiesili poprzeczki zbyt wysoko.

Miło było znowu zobaczyć te charakterystyczne statywy i kręcącego się koło nich pirotechnika. Na widok rozwieszonej z tyłu sceny wielkiej płachty z grafiką z okładki "Zos Kia Cultus" w oku niemal mi się zakręciła łezka. Czułem się jak na spotkaniu z kimś bliskim, po długim rozstaniu. Nie wszystko jednak wyglądało tak znajomo. Zaskoczyło mnie, kogo zobaczyłem przy perkusji. Najpierw zestaw testował Adam Sierżęga. Później, gdy występ się zaczynał, zasiadł za nim nie odzyskujący jeszcze siły po operacji Inferno, tylko Krimh, który - jakby w odpowiedzi na skandowane przez zniecierpliwioną publiczność pytanie "Gdzie jest krzyż?!" - uniósł nad głowę pałeczki złożone w ten właśnie symbol.

Seth i Orion ściągnęli kaptury dość szybko. Dłużej w swoim pozostał tylko Nergal, który przypominał bohatera Nowego Testamentu, ale opętanego, w umorusanej ziemią szacie. Ci trzej muzycy od początku do końca występu dużo się ruszali po scenie - zamieniali się stronami, stawali na podestach po bokach perkusisty, zbliżali się do widzów... Nergal dobrze wie, co robić, by mieć publiczność w garści. Pomagały mu w tym również efekty pirotechniczne. Już podczas pierwszego utworu - "Ov Fire and the Void" - jasne się stało, dlaczego przed występem Behemoth usunięto widzów z części balkonu nad sceną. Rozpoczynające go snopy dymu, przy których papierosowe "powietrze" wydychane przez Setha stawało się niewidoczne, nikomu by krzywdy nie zrobiły, ale ciepło bijące od końcowych słupów ognia wyczuwalne było chyba na całej sali. A to była dopiero rozgrzewka. To już nie te czasy, kiedy jedynymi efektami pirotechnicznymi podczas koncertów Behemoth były płomienie buchające w finiszu. Teraz cieszą one oczy w prawie co drugim utworze, a i postać mają bardziej urozmaiconą. Widzieliśmy ogień, dym, wystrzeliwujące w górę iskry, płonące głowy stylizowanych na kobry statywów... Efekty te towarzyszyły takim utworom, jak "Demigod", "Conquer All", tytułowej kompozycji z singla "Blow Your Trumpets, Gabriel" będącego przedsmakiem nadchodzącego albumu pt. "The Satanist" i "The Seed ov I". Gorąco zrobiło się również po krótkiej przerwie technicznej w połowie występu. Orion i Seth wrócili z niej na scenę z pochodniami, od których zapłonęły po chwili dwa "ogniska" - tak się zaczęło "Christians to the Lions".

Przed "Decade of Therion" Nergal oznajmił, że Behemoth kocha Wrocław. Ciekawe, czy ma to związek z pochodzącymi z tego miasta muzykami. Kilka minut później, w widowiskowej końcówce "At the Left Hand ov God", do boju ruszył bowiem półnagi, wysmarowany "krwią" Sierżęga, który, stojąc obok Krimha, na chwilę stworzył z nim perkusyjny duet. Dowiedzieliśmy się też, jakich ludzi wokalista darzy mniejszą sympatią - "Slaves Shall Serve" zadedykował tym, którzy, jak uważa, chcą odebrać mu wolność. Godziny set podstawowy zakończyło "Chant For Eschaton 2000" i wypowiedziane przez lidera zespołu "Do zobaczenia w przyszłym roku". Publiczność domagała się jednak jeszcze "Lucifer". Behemoth nie dało się długo prosić. Wróciło. Pierwszy utwór na bis Nergal wykonał z widoczną z daleka "krwią" na czole. Do drugiego - tego wcześniej wywoływanego - założył maskę. W finiszu na publiczność posypało się czarne konfetti będące dla mnie największym zaskoczeniem całego koncertu. Wokalista rzucił swą gitarę stojącemu kilka metrów od niego technicznemu i nastąpiło pożegnanie.

Dużym plusem koncertu była wyrazistość biorących w nim udział zespołów. Każdy z nich pokazał swój charakter, odmienny od pozostałych. W efekcie zobaczyliśmy trzy ekipy z wizją, trzy dobrze przygotowane przedstawienia. Thaw postawiło na mrok. Wokalistka Obscure Sphinx była ćmą. Behemoth natomiast zaprezentowało cała gamę jarmarczno-sylwestrowych atrakcji. Chciało mi się nie tylko słuchać, ale też oglądać, i na tej podstawie twierdzę, że trasa "Czarna polska jesień" odniosła, przynajmniej we Wrocławiu, sukces.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły