Wracać wciąż do domu Le Guin
Paradoks
Film :

Terry Gilliam - Parnassus: Człowiek, który oszukał diabła

Terry Gilliam, Parnassus: Człowiek który oszukał diabła, filmMroźny, śnieżny niedzielny wieczór. Warszawa skąpana w mieniącej się światłami latarni bieli. Świat jakby odrealniony. Miasto trochę, jak z innej bajki. Gwar podekscytowanych ludzi na chwilę przed zgaśnięciem świateł. Sala kinowa w tradycyjnym, nieco klasycznym stylu, trochę jak z innej bajki.
Deszczowy wieczór ociekający smogiem i wilgocią chłodnego wieczora. Londyn skryty w zgniłozielonym świetle, spowity gęstą wilgotną mglą. W jednej z bocznych uliczek staromodny powóz będący teatralną sceną, właśnie otwiera swoje podwoje i zaprasza widzów do uczestnictwa w przedstawieniu. Kiczowate, bizantyjskiej dekoracje pełne taniego przepychu. Oto królestwo doktora Parnassusa, który wprowadza widza w świat tak daleki od jakichkolwiek form realizmu, że momentami bardzo prawdziwy w swej istocie.

Terry Gilliam, to reżyser specyficzny, znany z ekstrawagancji, wystawnych form mieszających wszystko ze wszystkim w kotle surrealistycznej zabawy. Droczy się z otaczającym światem i odwołuje do różnych wzorców kulturowych, archetypów i mitów. Jego filmy prawie zawsze posiadają więcej niż podwójne dno. Charakterystyczny galimatias gatunkowy pozostawia dużą dozę umowności i szeroką dowolność interpretacyjną. W skrajnych przypadkach próby syntetycznego podejścia do jego produkcji mogą prowadzić do karkołomnego wniosku, że oglądany przed chwilą film był o wszystkim i o niczym jednocześnie.

Tak jest i w przypadku najnowszego dzieła autora odrealnionych form i niejasnych przesłanek fabularnych. Kolorystyka, charakterystyczny sposób prowadzenia kamery, przerysowanie oraz wszechobecny pure nonsense, to kolejne wyznaczniki stylu Gilliama obecne także i tutaj. Bo i trzeba sobie na wstępie jasno powiedzieć, że "Parnassus, człowiek, który oszukał diabła" to wypadkowa wcześniejszych dokonań tego amerykańskiego/angielskiego reżysera, a jego najnowszy film kolejny raz potwierdza, że w tym szaleństwie jest jednak jakaś metoda.

Zarys historii jest prosty i opiera się na dość oklepanym motywie zakładu człowieka z diabłem i próbą uzyskania przez tego pierwszego upragnionej nieśmiertelności. Jest też córka, karta przetargowa w zakładzie. Jest wędrowna trupa bez pieniędzy i perspektyw. Jest też kluczowe dla akcji lustro, które umożliwia wniknąć do umysłu Parnassusa, gdzie każdy może spełnić swoje najskrytsze marzenia lub przepaść w otchłani nicości dokonując mniej lub bardziej słusznych wyborów.

Warto wspomnieć o Heathu Leadgerze, który świetnie wpasowuje się w klimat opowieści. Zresztą cała wędrowna trupa aktorska, to bardzo poprawnie aktorsko zagrane postacie, które jednak gdzieś giną w ogólnym natłoku następujących po sobie fantastycznych obrazów.

Zamiast wyłapywać kolejne niuanse lub nieścisłości fabularne lepiej więc wcisnąć się głęboko w kinowy fotel i dać się porwać nieskrępowanej zabawie serwowanej przez schizofreniczny duet Parnassus-Gilliam. Zresztą sam Gilliam podkreślał w wywiadach, że sporo elementów w tym filmie zostało zaczerpniętych z jego własnej biografii. Parnassus wydaje się być jego filmowym alter ego odbiciem po drugiej stronie filmowego zwierciadła. Obaj demiurgowie duszy kreują rzeczywistość, w efekcie przed nią uciekając.

Jest w tym jakaś głęboka niezgoda na zastany świat. Zmagając się ze sobą i swoimi słabościami, jako artyści życia wykuwają siebie, swój świat i własny los dokonując wyborów, które determinują dalsze życie. Symbolem tych decyzji są m.in. kolejne szatańskie układy z diabłem, w które od wieków wikła się zmęczony życiem Parnassus.

Można również zaryzykować tezę, że Parnassus jest kimś na kształt boga. Bo świat wykreowany przez Gilliama jest pozbawiany innej boskiej ingerencji, a nieśmiertelny Parnassus stwarza iluzję rzeczywistości tym, którzy odważą się przekroczyć próg jego magicznego teatru. Jest za to diabeł w piekielnie dobrej kreacji Toma Waitsa z domalowanym czarną kredką frywolnym wąsikiem. Bardzo ludzki, tak, jak człowiek samotny i trochę znudzony swoją nieśmiertelnością. Podobnie, jak w przypadku Parnassusa główną radością jego życia jest hazard i nieustanne zakłady.

Samo imię Parnassus jednoznacznie kojarzy się ze szczytem, który zamieszkiwał Apollo patron sztuki i przewodnik muz lub ogólnie z doskonałością osiąganą poprzez różne formy sztuki. W tej interpretacji film wydaje się być przypowieścią o artyście, jego relacji z widzem, wadzeniu się z bogiem/diabłem oraz o uzyskiwaniu nieśmiertelności poprzez własne dzieła, które balansują na płynnej granicy między artyzmem, a zwykłym kuglarstwem.

"Parnassus, człowiek, który oszukał diabła" jako całość ma wydźwięk  dość pesymistyczny okraszony pewną dozą ironii i sarkazmu. Mimo niezgody na zastany świat artysta mocno stąpa po
ziemi, zdaje sobie sprawę z otaczających go realiów, a nieosiągalny stan pełnego szczęścia można ukradkiem obserwować, tak, jak Parnassus swoją córkę, przez wielką szybę.

"Parnassus, człowiek, który oszukał diabła" na pewno będzie stanowić gratkę dla miłośników stylu Gilliama, do których autor tego tekstu również się zalicza. Jest tu wszystko to, co stanowiło o sile jego poprzednich dzieł. Artysta-kreator Gilliam prowadzi grę z widzem. Próbuje udowodnić, że stworzył nowe dzieło, może nawet swoje opus magnum, pełne aluzji i odwołań w klimacie surrealistycznej zabawy takie trochę z innej bajki. Jednak po wyjściu z kina, ku mojej uciesze, miałem nieodparte wrażenie, że tytuł filmu mógłby równie dobrze brzmieć "Gilliam, człowiek, który oszukał widza".

Dystrybutor: Gutek Film (2010)
Komentarze
brakweny : Niezły... chociaż zapewne odjazdu "Brazil" już żaden film Gilliama nie...
Mandraghora : Mógłbyś tak powiedzieć bez obejrzenia, gdyby "Johnny i cała reszt...
LordLard : tak nie byłem na tym filmie bo nie chodze do kina bo nie lubie i nie mam czasu...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły