Castle Party 2020
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Death Dealers Fest vol. VI - 2.6.2010, U Bazyla, Poznań

Środowy wieczór, 2 czerwca A.D. 2010 – wigilia Bożego Ciała tym razem była świadkiem iście szatańskiej ceremonii, jaka miała miejsce na deskach poznańskiego klubu „U Bazyla”. W ramach szóstej odsłony festiwalu Death Dealers Fest stolica wielkopolski gościła hiszpańskich bluźnierców z zespołu Proclamation, któremu sekundowały formacje Doombringer, Goat Tyrant, Persecutor oraz Bestial Raids.
Jako że rozpoczęcie imprezy zaplanowano na godzinę 19.00, razem z redakcyjnym kolegą Mefirem udaliśmy się na miejsce krwawego rytuału na godzinę 20.00, zgodnie z doświadczeniem, które nabyliśmy przy okazji wcześniejszych imprez odbywających się w tym lokalu. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, w momencie przybycia stroiła się dopiero pierwsza kapela. Zanim cokolwiek sensownego zaczęło się dziać na scenie, zdążyliśmy zakupić życiodajny napój, jak i rozejrzeć się po tłumie.

Harlequin: „Niby Boże Ciało, długi weekend, ale wiary dopisało. Jest z dobre 200 osób. Heh, najlepsze jest to, że 80% tych ludzi widzę pierwszy raz. Mefir, albo się starzejemy i nie nadążamy za stałymi bywalcami Bazyla, albo pojawiło się dużo przyjezdnych. Na dodatek sporo z nich to dziadki...”

Mefir: „Cóż, każdy kto nabył bilet miał prawo uczestniczyć w dzisiejszym gigu. Na szczęście w lokalu nie zauważyłem defibrylatora.
Dodać należy, że arena dzisiejszych zmagań jest szczelnie wypełniona prawie wyłącznie przez wiekowo zaawansowanych mężczyzn. Co do kwestii frekwencji i regionalizmu fanów, to przyjezdni zasługują na wyrazy podziwu. Z poznańskiego światka metalowego jest tylko garstka osób, którą permanentnie spotykam w lokalu”.

Około 20.40 na scenie pojawiła się pierwsza formacja, jaką tego wieczora był Doombringer. Trio zaprezentowało porcję oldschoolowego, klasycznego death metalu, zbierając całkiem sporą publikę – na tyle sporą, że z poziomu parkietu co niższe osoby widziały co najwyżej czubki głów muzyków. O dziwo, grupa grała dość długo, publika entuzjastycznie przyjęła występ tej kapeli.

Harlequin: „Ta muza nawet się buja, przyzwoicie grają, tylko ten wokal taki monotonny, na jedno kopyto. Niby fajnie grają, ale jakoś zerowa dramaturgia. Jak myślisz ?”

Mefir: „Nagłośnienie kuleje, ale ten fakt jest powszechne znany. Uważam, że był to poprawny występ co przy marnych występach pozostałych kapel nie było zbyt trudnym zadaniem. Nie jestem w stanie wskazać elementu występu, który przekonał mnie do tego bym pozostał na sali, wiem jedynie, że muzyka prezentowana z podestu nie męczyła mnie aż nadto - piłem piwo lub coś, co je przypominało”.  
Na występ Goat Tyrant musieliśmy trochę poczekać. Muzycy długo się stroili, a zniecierpliwiona publika skandowała „Tyrant Goat”. W tym czasie razem z Mefirem zdążyliśmy zmęczyć się czekaniem, może i dlatego, gdy tylko grupa rozpoczęła swój występ, mój entuzjazm spadł do minus stu procent. Goat Tyrant zaoferował wybitnie toporny death metal, utrzymany w dość średnich tempach. Nie miało to ani mocy, ani polotu. Również wizualnie chłopaki wyglądali mizernie, dlatego też 90% tego gigu spędziliśmy przy piwie, słuchając raz po raz miernego deathmetalowego pitolenia.

Harlequin: „Ale kupa! Chyba ktoś im jajca uciął albo chłopaki nie jedli śniadania, ale muszą poćwiczyć w garażu. Dawno nie miałem tak, że po 1 minucie grania mam ochotę wyjść z sali. Właśnie to robię... idę po piwo.”

Mefir: „To było traumatyczne przeżycie. Na nasze szczęście, płynący z bazylowego dziedzińca powiew świeżego powietrza przywracał nas do życia. Nie lubię takiej estetyki grania i po dziś dzień żałuję, że zmarnowali mój cenny czas. Patrzenie na smutnego barmana i picie w doborowym towarzystwie było o wiele ciekawszym zajęciem”.  

Jako trzeci na scenie Bazyla pojawili się panowie z Persecutor. Jeden z muzyków miał już za sobą występ z Goat Tyrant, dlatego też w 1/3 należało się spodziewać tragedii. Nie sądziłem jednak, że jeszcze znajdzie się jakaś kapela, która zagra równie słabo jak Goat Tyrant. Persecutor, może nie grał tak siermiężnie jak poprzedzająca go kapela, bo mieliśmy tu do czynienia z dużo szybszym graniem, jakby z większą dawką blackowej nuty, ale poziomem nie odbiegło to niestety zbytnio od słabiutkiego Goat Tyrant.

Harlequin: „Heh, gra ten sam koleś co w Goat Tyrant, na całe szczęście się nie kopiuje. Ale i tak piłownia jest z tego – nagłośnienie do bani, kupa hałas z tego wyłazi. No i luda się przerzedziło, pewno wszyscy piwkują.”

Mefir: „Kotłowało się w toalecie, możliwe że z upływem lat pęcherz nie trzyma tak długo uryny. Występ jakościowo wyglądał lepiej. Słuszna uwaga, owa naleciałość z black’u dodała atrakcyjności w odbiorze występu. Jak na mój gust, muzycy przy dość dobrym tempie gry zachowywali się zbyt ospale”.

Prawdę mówiąc, po występach Goat Tyrant i Persecutor było mi już naprawdę obojętne jak zagra Bestial Raids. Już jeden raz tę grupę widziałem, ale pamiętam, że jakoś nie przypadli mi do gustu. Tym razem było o niebo lepiej. Może dojrzałem do tego typu grania, a może je po prostu polubiłem, bo death metal podbarwiany blackowymi naleciałościami w wydaniu Bestial Raids był całkiem przyzwoity. Publika wróciła pod scenę i entuzjastycznie bawiła się podczas tego koncertu.

Harlerquin: „Nagłośnienie dalej jest z dupy, ale Ci przynajmniej trochę grają. Ulga dla uszu, ale prawdę mówiąc te dwie poprzednie kapele zmęczyły mnie jak diabli. Jakby nie było, to jest najlepszy gig póki co, przynajmniej widać, że nie boją się sceny.”

Mefir: „Tutaj masz słuszność, gdyż występ Bestial Raids należał do najlepszych tego wieczoru. Pamiętam zeszłoroczny gig w ramach Death Dealers Fest, w którym Kielczanie zaskoczyli mnie, prezentując wysoki poziom umiejętności i przyjemną dla ucha dawkę blackened death metalowego grania. Dzisiaj było podobnie choć krzywdzący dla zespołu był oferowany poziom nagłośnienia, a dla fanów zbyt krótki set”.  

Jak przystało na zespół z Hiszpanii, Proclamation przynieśli słoneczko, które niestety nie zostało wpuszczone do Bazyla i musiało zadowolić się dźwiękami z zewnątrz. Tymczasem iberyjska horda zaserwowała porcje surowego thrash/black metalu, który całkiem przyzwoicie dał do zrozumienia, że z okazji Bożego Ciała zebrani adepci metalu powinni wcinać krwiste befsztyki. W tym graniu nie było krzty finezji, ale za to było konkretne pierdolnięcie, które w połączeniu z bazylowymi warunkami akustycznymi dało spodziewany efekt.

Harlequin: ”Siara jak się patrzy. Łoją tak jak trzeba, nawet to nagłośnienie pasuje. Tego typu kapele powinny grać w Bazylu, w sam raz pasują do tego klimatu – nie wymagają dobrego brzmienia, a publika i tak robi młyn.”

Mefir: „Nie czułem siary i pierdolnięcia, myślałem raczej o poduszce i akompaniamencie szatana odsłuchiwanego w domowym zaciszu. Nuciłem pod nosem „… jest już bardzo późno, pora już spać”. Bynajmniej taka forma muzycznej ekspresji bijąca ze sceny nie przemawia do mnie, ogólnie narzekałem i strasznie trułem. Na moje szczęście set był krótki”.

Jak można ocenić szósta odsłonę Death Dealers Fest? Jak dla mnie pozostawiła spory niedosyt. Przede wszystkim występy supportów – z czego aż dwa były mizerne, skutecznie zdemotywowały mnie do bardziej entuzjastycznego przyjęcia kolejnych kapel. Brzmienie też do najlepszych nie należało, choć w przypadku tego wieczora pasowało idealnie. Od strony organizacyjnej, jak i do frekwencji przyczepić się nie można. Najważniejsza jest jednak muzyka, a ta tym razem w moim odczuciu wyszła pokonana na tarczy.

Mefir: Muzycznie było bardzo mizernie, nagłośnienie jak zawsze na niskim poziomie. Negatywna ocena tegorocznej edycji Death Dealers Fest wynika też z tego, że zespoły nie prezentują muzyki, która stanowi mój docelowy target.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły