Wracać wciąż do domu Le Guin
Castle Party 2020
Recenzje :

Black Sabbath - Never Say Die!

Black Sabbath, Ozzy Osbourne, Dave Walker, Savoy Brown, Fleetwood Mac, Never Say Die!, Technical Ecstasy, metal, jazz, blues, Bill Ward

Koniec lat siedemdziesiątych to dla Black Sabbath prawdziwe pasmo nieszczęść. Alkohol, narkotyki, problemy finansowe i konflikty wewnętrzne doprowadziły do odejścia z zespołu Ozzy’ego Osbourne’a pod koniec 1977 roku. Na jego miejsce zatrudniony został nawet Dave Walker – były wokalista Savoy Brown i Fleetwood Mac i zaczęto z nim przygotowania do nowego albumu. A potem Ozzy wrócił i wszystko trzeba było robić od początku. I wtedy właśnie umarł mu ojciec, co spowodowało kolejne wycofanie się na trzy miesiące. W końcu jednak płyta powstała. Została wydana we wrześniu 1978 roku i nosi tytuł „Never Say Die!”

Mimo tych wszystkich przeszkód i niedogodności została ona dość dobrze przyjęta i w powszechnym mniemaniu jest krokiem do przodu w stosunku do niezbyt udanego „Technical Ecstasy”. Pojawiły się na niej nowe rozwiązania, udało się też nagrać przeboje. Na pewno za taki można uznać otwierający numer tytułowy, w którym obok porywających wokali udało się przemycić sporo gitarowego ciężaru, co zwiastuje nową epokę, nie tylko w samym Black Sabbath, ale i w rodzącej się muzyce metalowej. Drugim szlagierem z tej płyty jest „Junior’s Eyes”, w którym z kolei jest więcej melodii i tego starego, mrocznego sabbatowskiego klimatu. Jest to super kawałek i muzycznie i wokalnie, który pokazuje, że na mistrzów zawsze można liczyć i nie zapomnieli jak się robi wielkie hity. Na podobną modłę zrobiony jest też następny „A Hard Road”, który buja już od pierwszych taktów, ma taką samą zamgloną atmosferę, wciągające wokale i świetną część instrumentalno-solówkową. Czuć w nim też starego bluesa, co zresztą zawsze było pewną cechą muzyki tego zespołu.

Wspomniałem o nowych rozwiązaniach. Zaczynający się organowo „Johnny Blade” nagle rozwija się w elektroniczne dźwięki, które później powracają jeszcze w tle. Sama piosenka ma wybitnie starego ducha, ale przyprawiona jest nowoczesnością. W „Air Dance” natomiast mamy cały długi fragment progresywny i niemalże jazzowy, z dużym udziałem, wpadającego w radosny taniec z gitarami, pianina. Jednak największym zaskoczeniem może być to, że w ostatnim „Swinging The Chain” śpiewa Bill Ward. Ozzy po swoim powrocie odmówił wzięcia udziału w czymkolwiek co zostało stworzone podczas jego nieobecności, a ten kawałek na płycie się znalazł, więc musiał go zaśpiewać ktoś inny. Muszę powiedzieć, że etatowy perkusista poradził sobie z nim bardzo przyzwoicie i nadał mu takiego typowego dla lat siedemdziesiątych, hippisowskiego ducha, kusząc się nawet o wyciągnięty refren i inne, nawet nieco psychodeliczne okrzyki. Jest tu fajny rytm, a dodając solowe popisy na harmonijce, wychodzi z tego kolejny bardzo dobry numer. Sporą dawkę, znów nieco jazzowej, psychodeli daje też poprzedzający go „Breakout” - utwór, który stał się instrumentalny z tych samych co wyżej powodów.

I jak tak zaczynam szukać, gdzie te słabizny, dłużyzny i w ogóle bieda, to jakoś wcale ich nie znajduję. Niewymienione przeze mnie do tej pory „Shock Wave” i „Over To You” to również są dobre blacksabbathowe klasyki. Ze swojej sytuacji zespół wyszedł obronną ręką i godnie zakończył pierwszą erę działalności. Podczas trasy promującej album Ozzy znów opuścił zespół, tym razem już na osiemnaście lat, a następna płyta Black Sabbath z jego udziałem miała ukazać się w roku 2013, czyli za lat trzydzieści pięć.

Tracklista:

1. Never Say Die
2. Johnny Blade
3. Junior's Eyes
4. A Hard Road
5. Shock Wave
6. Air Dance
7. Over To You
8. Break Out
9. Swinging The Chain

Wydawca: Warner Bros. Records (1978)

Ocena szkolna: 5

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły