Zadra
Wracać wciąż do domu Le Guin
Recenzje :

Aphrodisiac - Nonsense Chamber

Nonsense Chamber, Aphrodisiac, ambient, Dødheimsgard, Kristoffer Rygg, Ulver, Borknagar, Arcturus, noise

Skąpa w informacje jest okładka „Nonsense Chamber” Aphrodisiac, ciężko też do czegoś się dokopać w internecie. Jest to ambientowy projekt muzyków Dødheimsgard, który zaistniał tylko tą jedną płytą, w której gościnny udział wziął Kristoffer Rygg z Ulver, a wówczas jeszcze Borknagar i Arcturus, co już samo w sobie jest dużą nobilitacją. Dodatkowych plusów szukać jednak nie trzeba, wystarczy posłuchać. Jak dla mnie, jest to jeden z najlepszych noise ambientowych albumów jakie w życiu słyszałem.

 

„Nonsense Chaber” to jest film. Psychodeliczny horror sensacyjny, w którym liczba scen, wątków i postaci dostarcza niesamowitych emocji. Przede wszystkim w mistrzowski sposób budowane jest tu napięcie. Słuchaniu tego towarzyszy strach. Atmosfera jest gęsta i nasycona niepewnością. Wiemy, że dzieje się coś strasznego, ale nie umiemy tego ogarnąć i zidentyfikować. Szumy, piski i hałasy dopadają nas z różnych stron i tworzą surrealistyczny obraz nadciągającego zewsząd zagrożenia. I te głosy. Nie tylko jęki, odgłosy bólu i pojedyncze westchnienia, ale i całe wypowiedzi. Dowiadujemy się, że ktoś kogoś zabił, znaleziono ciała z odciętymi głowami, prowadzone jest jakieś śledztwo. W pewnym momencie dzwoni telefon. Niby nic wielkiego, ale jest to tak zrobione, że aż ciarki przechodzą po plecach. Dźwięk dzwonka niechybnie oznacza coś złego. Ktoś go odbiera, ale obraz się rozpływa. Nie wiemy co będzie dalej. Nieprzewidywalność jest kolejną znakomitą cechą tej płyty. Aphrodisiac nie przesadza z danym motywem ani przez chwilę. Tu nie ma kawałka nudy, co jest standardową zmorą większości ambientowych albumów. Tu cały czas coś się dzieje i wciąż wszystko się zmienia. Nie ma też jednostajności. W każdej chwili możemy zostać zaatakowani czymś zupełnie niespodziewanym.

Kolejną kwestią jest harmonia tych dźwięków. Przeróżnego rodzaju zgrzyty, stukania, szurania, skrobania i bulgotania układają się w płynne frazy. Postarano się nie tylko o wytworzenie hałasu, ale i poukładanie go w muzyczne kombinacje. W dodatku z tych wszystkich odrealnionych form potrafi wyłonić się melodia na instrumentach. Najlepszym przykładem jest „Lux Et Tenebrae”, gdzie przez cały czas przygrywa gitarka. A jak nagle wjeżdża wkurwiony Meksykanin ze swoją kłótliwą gadką to już jest kompletny odlot. Co on tu robi w ogóle? Potem odgłos odjeżdżającego motorka i znowu zmiana klimatu. Tak jest co chwilę, ciągle coś nowego.

Płyta podzielona jest na trzy części, a każda z nich na poszczególne utwory, ale nie ma co sobie zawracać tym głowy. Tym bardziej, że to się wszystko zlewa i tworzy jedną, kłębiącą się tysiącami pomysłów, całość. Całość, która jest nocną ucztą do słuchania wyłącznie po ciemku i w samotności. Przyjemnych snów.

 

Tracklista:

01 New Adventures In Sci-Fi
02 Rippled With Laughter
03 Like In A Constant State Of Sexual Ecstasy
04 I Know Who I Am
05 Our Relaxations
06 Untitled
07 An Indecent Exposer Of Consciousness
08 Johnny Came Home From Staten Island In A Body Bag
09 Lux Et Tenebrae
10 Paintbrush
11 Fairies And Frogs
12 Children, It Is I

Wydawca: Elfenblut (1997)

Ocena szkolna: 5

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły