Stoi sobie pewien dom na wsi, w którym mieszka pewna rodzina - matka
pracująca na dwie zmiany, nie mająca czasu dla swoich dzieci, ojciec
pracujący na budowach, który w domu spędza tylko weekendy, młodsza
córka, gdyż starsza już tam nie mieszka, syn i babcia.
Babcia ma 71 lat. Ma raka. Ma również wyłonioną stomię (przetokę) - jest to taka dziura w brzuchu, z której wystaje kawałek jelita i
tamtędy
wydostaje się kał, przykleja się tam specjalny "worek", w którym
wszystko się zbiera.
Wszyscy kochają ją i często i gęsto odwiedzają, czego młodsza córka
nie lubi ze względu na to, że przy każdych odwiedzinach jest kelnerką,
a
później sprzątaczką.
Jeden weekend był bardzo obfity w odwiedziny, ale
tacy goście mogą być - którzy pomogą przygotować wspólny posiłek, a
potem posprzątać. Aż miło z takimi przebywać.
Przyszedł niedzielny wieczór. Wnuczka jak zawsze przyszła do babci
rozwiązywać z nią krzyżówki.
- Jak ja śmierdzę! - Jo tam! Babcia jest przewrażliwiona, bo nikt nic nie czuje! - Ale ja czuje - worek się odkleił - mówiła coraz to ciszej.
Przyjechali następni goście. Wnuczka poszła zrobić herbatę. Weszła do
pokoju i przestała oddychać - fetor można było poczuć w całym pokoju,
ale nikt nie powiedział ani jednego słowa. Po wizycie babcia poszła do
łazienki, wyszła wziąć papierowe ręczniki.
- Babcia zostawiła światło! - Ja tam idę... -
Płakała.
Płakała łzami, które były inne, niż te, które widziałam dotychczas.
Płakała nad sobą, nad tym, że nie może sama zadbać o siebie, bo worki
do kału zmienia jej córka.
Płakała nad tym, że jest zależna od kogoś, że jej córka musi ją "przewijać" , musi "sprzątać jej gówno".
Te łzy bezradności na zawsze wryją się w pamięć jej wnuczki.
Może i uznacie, że to historia bez sensu, bez ładu i składu, ale mam
nadzieję, że docenicie to, że jesteście zdrowi i niezależni, bo to w
życiu jest chyba jednak najważniejsze. "... nie pytaj mnie, skąd o tym wiem ..."