Płytę otwiera "The Pig Keeper Daughter" - od samego początku wykręcony rytm, ale od razu jakoś "wchodzi". Wokal Frapoliego, choć typowy dla gatunku, to już nie stanowi bariery dla słuchacza - jest on raczej dodatkiem do muzyki. Zwraca uwagę praca sekcji - równiutka, wykręcona, gitary raz po raz wygrywają niespotykanie nigdzie indziej dźwięki, w innym miejscu brzmią zupełnie bezpośrednio, a w jeszcze innym swobodnie przechodzą do jazzu. Jest to utwór bardzo urozmaicony, płynnie zagrany, gdzie czadowe elementy idealnie współgrają z techniczną biegłością muzyków - wszystko "płynie". Na zakończenie jeszcze kwiczenie świń, aby po chwili usłyszeć pierwsze dźwięki "2". Orientalny, lekkoawangardowy, mroczny wstęp i już po chwili ciąg dalszy wygibasów. Tym razem Arp i jego zdysonansowana gra są dodatkiem do popisu sekcji. Perkusista pokazuje tutaj, że ten instrument nie kryje dla niego tajemnic, a rytm jest pojęciem względnym. "Scissor Fuck Paper Doll" - taki mój cichy faworyt. Jest to bardzo dynamiczny, szalenie czadowy i dziki numer, z bardzo deathmetalową partią sekcji i riffem przypominającym odrobinę "Mirrorrim" z poprzedniej płyty. W tele rozbrzmiewa cykanie talerzy, które w takim tempie brzmi jak dzwoneczki. Tempo tego utworu zmienia się co 3 sekundy, a muzycy swobodnie przechodzą pomiędzy motywami, grając cały czas równo. "Whore Meets Liar" to prawie dwuminutowy kawałek - bardzo głośny, z damskim wokalem, a raczek krzykiem w akompaniamencie. Muzycznie - typowy
Psyopus, czyli wygibasy, wygibasy i jeszcze raz wygibasy. Odnoszę wrażenie, że i tak jest ich tutaj trochę mniej niż w innych utworach. Przypomina mi ten utwór bardziej wściekłą wersję "Sleep Is Wrong" Sleepytime Gorilla Museum. "Insects" to dla odmiany popis Arpa - myślę że tak właśnie brzmiałby Spastic Ink, gdyby miał grać mathcore. Pojęcie riffu w tym utworze absttrakcją. Otrzymujemy bądź jedno długaśne solo, bądź bardzo nowoczesny, zdysonansowany i pomysłowy riff. Liczba nutek, któr wydobywają się z gitary w tym utworze przyprawia mnie o ból głowy, ciężko jest to wszystko ogarnąć, a to dopiero półmetek. Znalazło się także miejsce dla jazzowych fragmentów, dla chwili wytchnienia. "Imogenis Puzzle Pt. 2" to prawdziwe arcydzieło - instrumentalny popis, pseudo-jazzowy, odrobinę awangardowy z pięknie rozbrzmiewającymi cymbałami w tle. Byłby to piękny soundtrack to tańca kropelek deszczu. Sekcja swoją grą zapiera dech w piersiach - dla mnie jest ona jedną z najbardziej fenomenalnych partii jakie słyszałem. "Play Some Skynyrd" to półminutowy kawałek utrzymany bardziej w stylu noisecore, gdzie w tle rozbrzmiewa coś w rodzaju sampla. "Kill Us" to kolejny techniczny wyziew, gdzie Arp pokazuje, że nie ma co zrobić z gryfem, stopa daję po żebrach, że aż miło, a rytm wyżyma ostatnie krople świadomości mojego mózgu. Mimo wszystko formacja odnajduje miejsce na melodię, momentami wyczuwa się nutkę neoklasyki. "Siobhanis Song" to kolejny instrumentalny kawałek, bardzo spokojny, z piękną melodią, jakże inny od reszty kompozycji. Akustyczna gitara i solówka Arpa rozbrzmiewająca w tle - całość polana przepięknym jazzowym sosem. Odpowiedni moment na chwilę wytchnienia. "Happy Valentines Day" to już powrót do "normy", słychać tutaj w pracy sekcji nieco więcej nawiązań do DEP, tempo jest chyba odrobinę wolniejsze, a wystarczająco wykręcona całość nie powoduje, że czujemy chwilę wytchnienia. Nawet zamykający płytę dwuminutowy utwór tytułowy to rzeź niewiniątek, zawrotne tempo i podważenie wszelkich muzycznych standardów.