Oceansize to kolejny
przedstawiciel brytyjski art rockowej sceny muzycznej. Karierę tej
formacji obserwuję od 2005 roku, a więc od czasu, gdy na rynku
ukazał się ciepło przyjęty przez prasę - "Everyone
Into Position". Pamiętam to wydawnictwo, z dwóch powodów
- fascynującej oprawy graficznej, a także przebojowej kompozycji "New Pin". Ostatni album formacji - "Frames" zapamiętam z
zupełnie innych przyczyn.
Mike Vennart i spółka, tym razem położyli o wiele większy nacisk na atmosferę i uchwycenie magicznego klimatu. Oczywiście nie brakuje na płycie bardziej drapieżnych momentów, chociażby niezwykle przewrotny utwór "Unfamiliar", gdzie początkowe gitarowe "ujadanie" kojarzyć się może z post rockowymi bandami. W większości jednak do czynienia mamy z muzyką o bujnym, podniosłym i rozmarzonym charakterze. Utwory sprawiają wrażenie przemyślanych, świetnie skrojonych i idealnie wpisujących się w konwencje albumu. To płyta niezwykła, tajemnicza i intrygująca. Zawierająca rozbudowane muzyczne tematy ("Commemorative 9/11 T-Shirt"), delikatne, prześliczne melodie ("Savant"), a także soczystą i barwną solówkę gitarową Steve'a Durose'a w "Trail Of Fire". Nie jest to na pewno album na wskroś progresywny w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Formacja czerpie swoje inspiracje z różnych źródeł. Od Radiohead ("Only Twin"), poprzez Porcupine Tree ("The Frames"), kończąc na Mogwai ("An Old Friend Of The Christies"). Prawdziwe piękno tego albumu odkrywa się dopiero po kilkukrotnym, uważnym przesłuchaniu.
Pracowity i solidny to zespół, choć oczywiście do statusu fenomenu daleka droga. Nie mam, jednak żadnych wątpliwości - Oceansize to zespół, który poszukuje dopiero swojego miejsca w muzycznym biznesie i póki wydaje płyty takie jak "Frames" - wiem, że robi to w dobrym kierunku.