Następnego dnia cała nasza rodzina wpadła w wir przedsobotnich
przygotowań – ja i dzieciaki sprzątaliśmy dom, zaś mój maż i dziadek
wyszli na miasto, aby zakupić czarny materiał i świece. Lidka
kucharzyła.
Całe popołudnie upłynęło w atmosferze gorączkowej krzątaniny. Dopiero
pod wieczór utraciliśmy tempo, zresztą – wszystko było już gotowe. Dom
lśnił czystością, tu i ówdzie rozlewały się plamy czerni od
zasłoniętych czarnym kirem luster, zaś półki w spiżarce uginały się pod
ciężarem pękatego garnka z bigosem, suto zaprawionej korzeniami
pieczeni wieprzowej i wielkiego makowca. Zapach tych smakowitości
roznosił się po całym domu i łaskotał nas wszystkich w nos.
Wieczorem zebraliśmy się (zmęczeni, ale zadowoleni) przy stole w
kuchni, aby podelektować się odpoczynkiem w rodzinnym gronie. Rozmowa
co prawda nie bardzo się kleiła, ale chodziło przecież o to, aby móc
posiedzieć razem i zrzucić z barków zmęczenie
* * *
Sobota zaczęła się bardzo spokojnie i bardzo zwyczajnie – rano byliśmy
na zakupach, po południu ja z Lusią odwiedziłyśmy salon fryzjerski,
młodsze dzieciaki od dziesiątej okupowały komputer i grały w
„Wiedźmina”, zaś dziadek z moim mężem zajęli się czytaniem gazet i grą
w szachy.
Energia wstąpiła w nas dopiero po południu, gdy zrozumieliśmy, że już
niedługo wieczór. Zgromadziliśmy się zatem w pokoju dziadka, każdy z
nas chciał przytulić się do niego, chwilę porozmawiać, po raz ostatni
pożegnać. Dziadek był tym wszystkim bardzo wzruszony, uronił nawet
kilka łez.
W końcu, gdy już wszyscy złożyliśmy seniorowi ostatni hołd, dziadek z
dostojeństwem podszedł do stojących na środku pokoju mar, ułożył się na
nich wygodnie i ujął w dłoń przygotowaną zawczasu świecę gromniczną.
Następnie zamknął oczy i zastygł w oczekiwaniu. Reszta rodziny otoczyła
jego miejsce spoczynku i zaintonowała prastarą pieśń:
Żegnam cię, mój świecie wesoły
już idę w śmiertelne popioły,
rwie się życia przędza,
a czas w grób zapędza - bije pierwsza godzina.
Pieśń, którą śpiewaliśmy, miała dwanaście zwrotek, z których ostatnia kończyła się tak:
Żegnam was, godziny cukrowe, momenta i dni koronowe,
już zegar wychodzi, indeks nie zawodzi
do wiecznego spania śmierć duszę wygania -
już dwunasta godzina. Amen*.
W momencie, gdy wyśpiewywaliśmy „Amen” w pokoju gwałtownie spadła
temperatura, ze ściany spadł święty obraz i rozległo się pukanie do
okna. Złapaliśmy się z mężem i dziećmi szybko za ręce, tworząc
zamknięty krąg, zaś dziadek słabym głosem zawołał: - Proszę wejść!
Na środku pokoju zmaterializował się szkielet z kosą w dłoni, ubrany w
czarny dres Addidasa. Szkielecik skłonił się grzecznie i powiedział: -
Dobry wieczór Państwu!, po czym zdmuchnął płomień trzymanej przez
dziadka gromnicy. Za oknem zakrakało złowróżbnie jakieś ptaszysko, zaś
kostuch okręcił się trzykrotnie na pięcie i rozpłynął w powietrzu.
Po chwili temperatura w pokoju powróciła do normy, a dziadek otworzył
jedno oko i głosem dochodzącym jakby z dna studni westchnął: - I tyle
było całej zabawy!
Odetchnęliśmy z ulgą – uroczystość odejścia udała się wyśmienicie i
nieboszczyk wyglądał na zadowolonego. Teraz pozostało już tylko
wyprowadzić dziadka z domu nogami naprzód. Wzięliśmy go więc na ramiona
i raz-dwa – wynieśliśmy przed dom, gdzie senior został triumfalnie
usadzony na przygotowanym zawczasu, uwieńczonym liliami fotelu.
- Dziękuję wam bardzo kochani!, odezwał się do nas dziadek, gdy już
przyjął pozycję siedzącą, - Dziękuję wam z całego serca! Bez was by mi
się nic nie udało! – roztkliwił się starowina.
- Skoro już wszystko za nami, to wracajmy do chałupy! - zaproponował
mój mąż. Wypijemy sobie tato z okazji twojej śmierci po kieliszeczku
koniaku!
- Dobrze mówisz synku! – ucieszył się dziadek i dziarsko ruszył z powrotem do domu.
Zapowiadał się miły, rodzinny wieczór. :-)
* Pieśń pożegnalna, zacytowana w tekscie opowiadania, to pieśń którą
rzeczywiscie spiewano niegdyś po wsiach, podczas nocnego czuwania przy
zmarłym