Istniejący już ładnych kilka lat zespół
Blueneck przyzwyczaił nas do monumentalnych kompozycji w stylu „Epiphany” i pięknych kompozycji okraszonych delikatnymi smyczkami. Tym razem jest nieco inaczej, ale równie dobrze. Brytyjczycy z
Blueneck powracają w wielkim stylu, płyta „
Repetitions” to godny następca albumu „The Fallen Host” z 2009 roku.
Już pierwsza kompozycja zapowiada, jaki będzie klimat całego albumu. „Pheumothorax” zaczyna się spokojnie, Duncan Attwood śpiewa niezwykle delikatnie, a dopiero po dwóch trzecich utworu zaczyna się prawdziwa muzyczna powódź – dochodzą gitary i kawałek zyskuje na dramatyzmie. Słuchając dalej staje się jednak jasne, że album ten nastawiony jest na klimat, nie na spektakularne riffy.
Na płycie dominują kompozycje spokojne, wręcz melancholijne. Gitarom elektrycznym towarzyszy fortepian, wiolonczela i skrzypce. W prawie wszystkich utworach pojawia się subtelny wokal. Na pewno nie nazwałabym nowych kawałków
Blueneck post-rockowymi. Ten album miesza w sobie ambient, shoegaze,
post-rock, a nawet swojego rodzaju minimalizm („Una Salus Victus”). Widać, że zespół nie chce zostać zaszufladkowany, co zresztą byłoby niemożliwe.
Słuchając „
Repetitions” nie mogę przestać myśleć o smutku, wprost wylewającym się z każdej kompozycji. Nie jest to jednak smutek tak teatralny i dramatyczny jak w twórczości np. My Dying Bride, wynika on bardziej ze stonowania utworów, podkreślenia partii smyczkowych w odpowiednich momentach i poruszającego (ale nie przesadzonego) wokalu. Nikt tu nic nikomu nie narzuca, utwory idealnie wpasowują się w jesienny nostalgiczny klimat, który sprzyja rozmyślaniom. Nie ma tu prostych melodii do nucenia pod nosem w drodze na autobus. Album jest niezwykle spójny, każdy kawałek ma w sobie specyficzne piękno, które wyrażone jest poprzez melancholię i tęsknotę. Żeby dostrzec piękno tych smutnych kompozycji potrzeba skupienia i wsłuchania się w tekst.
Czy ten album jest nudny, skoro to takie smęcenie? Na pewno nie. Każda kompozycja sprawia wrażenie starannie przemyślanej, a miejscami muzyka stanowi jedynie tło dla wokalu, który jest niezwykle przekonujący. Słuchałam tej płyty z zapartym tchem, bo każdy utwór przepełniony jest napięciem, które ustępuje dopiero w ostatnim kawałku „Lopussa”, który sprawia wrażenie lżejszego od pozostałych. „
Repetitions” zdecydowanie nie jest klonem poprzednika, ale godnie toruje Bleneck drogę do szerszej publiczności.
Tracklista:
01. Pneumothorax
02. Sawbones
03. Venger
04. Sleeping Through a Storm
05. Una Salus Victus
06. Ellipsis
07. Barriers Down
08. The Last Refuge
09. Lopussa